Douma (alqualaure) wrote,
Douma
alqualaure

Powojenność, rozdział 24

~24~



Aleks oczywiście był obecny na uroczystościach związanych z awansem Ptaka – stał w drugim szeregu, za Białą Nocą. Mimo pięknej pogody był w dość ponurym nastroju, który towarzyszył mu aż do wieczora. Przyjaciele urządzili Ptakowi, podobnie jak jemu, przyjęcie w jego nowych kwaterach, ale z czasem pozostali też spoważnieli. Mieszkanie wszystkim przypominało o Szmaragdowym Bluszczu.
Chłopak wolał unikać Pioruna, by jeszcze bardziej nie psuć mu humoru. Chcąc nie chcąc, dosiadł się do Niedźwiedzia, który przy stole opróżniał kieliszek za kieliszkiem. Pułkownik też był mrukliwy. O ile z reguły nie lubił siedzieć bezczynnie, teraz miał aż za dużo roboty; sytuacja na rubieżach się zaogniła, mimo założonych blokad. Ataki następowały regularnie i Ciężka Piechota nie miała chwili wytchnienia. Pułkownik cudem wymigał się od kolejnej akcji, by wpaść do Czerwonego Miasta i pogratulować Ptakowi.
- Wiesz, chłoptasiu, żeby tu coś osiągnąć, trzeba mieć wieki doświadczenia, i mam na myśli kilkanaście stuleci, albo cholernie dobrą motywację – zaczął nagle, patrząc na Aleksa mętnym wzrokiem. – Popatrz na generałów. Jaśmin, Grom, Kwiatuszek, ci pamiętają ze dwa tysiąclecia, jak nie więcej. A reszta? Muszą być najlepsi, żeby w ogóle dano im żyć. Choćby Gronostaj, jest z podłej dzielnicy, bez nazwiska, nie zna ojca. Urodził się albinosem, wyobrażasz sobie, jak go traktowano? Albo pokaże, że jest silny, albo by szukał zębów po rynsztokach, o ile wcześniej by go nie zabili. Piorun podobnie. I Ptaszynka. – Niedźwiedź łyknął piwa z prawie już pustego kufla. – A Dobranocka? – Tu stary pułkownik uśmiechnął się drapieżnie. Nie ukrywał, że nawet on czuł respekt wobec tej kobiety. – Przed nią nie do pomyślenia było, żeby kobieta została głową rodu i utrzymała się na tej pozycji dłużej niż kilka lat. Kobieta generał? I to bojowej dywizji? Takiej jak Lotni? A tu proszę, Panienka radzi sobie jak marzenie. Do licha, większość facetów by nie wytrzymała z tyloma obowiązkami na głowie. Ale ją wychowywał Gwiezdny Blask, jeśliby nie przejęła po nim tytułów, okazałaby się słabą, wątłą księżniczką, kto inny przejąłby władzę, a ją by wydano za jakiegoś dziadygę z tytułem i pieniędzmi, bo na nic by się nikomu z Rodu Gwiazdy i Księżyca nie przydała. Jeśli motywacja, by nie oddać rządów żądnym forsy sukinsynom, nie jest wystarczająca, by ruszyć dupę, to nie wiem, co jest.
- A ty? – spytał ostrożnie Aleks, dolewając mu piwa. Zapowiadało się, że tak dowie się więcej, niż Niedźwiedź w innym wypadku by wyjawił.
- Ja? Lubię bijatyki. W Ciężkiej tego nie brakuje.
- I tyle?
- W swoim okręgu wykosiłem wszystkich, którzy sądzili, że mi dorównują.
- Więc przyszedłeś do wojskowej stolicy szukać sobie równych?
- I znalazłem. – Zaśmiał się ochryple, rozlewając piwo. – Grom pokazał mi, co to jest prawdziwa walka. Dał mi gwiazdki, kazał się pilnować, w zamian dostaję najlepsze kąski. A na ten przykład Jaskółka… O, z moją Jaskółeczką to inna historia. – Cmoknął. – Miała pecha, pojawiła się w Zaświatach ze wszystkimi wspomnieniami. Wiesz, jaki to cholerny problem? Nie wiesz. Zresztą, ja też nic nie pamiętam i mi z tym dobrze. Normalnie jak tu wracasz, masz spokój, zero zmartwień, hulaj dusza. A ona? Nawet mi słówka nie pisnęła, ale popatrz na nią. Mulatka kilkaset lat temu była albo niewolnicą, albo dziwką. Normalnie dno społeczne. To nie ma tutaj znaczenia, a ona o tym wie i to umie docenić, więc pokazuje, na co ją stać. Udowadnia sobie, że jest wolna. Moja mała demonica. Mówię ci, chłoptasiu, drugiej takiej to ze świecą nie znajdziesz. Jak tu przylazłem, szukałem rosłego chłopa do bijatyki, a ta pchełka rozłożyła mnie na łopatki w mgnieniu oka.
- Jaskółka cię pokonała?
- Kurde, nie powinienem tyle pić. Nikomu o tym nie piśniesz.
- Jasssne.
- Ale wiesz, trzeba mieć motywację albo cholerne szczęście. Albo nieszczęście, zależy, jak na to patrzeć. Jaskółka przeklina wspomnienia i z nich drwi, bo teraz jest wolna. Ty miałeś i jedno, i drugie. A Ptaszyna? Jego los potraktował marchewką i kijkiem. Jak coś zyska, to zaraz mu się przypomina, ile może stracić. Nie to, co ten idiota Błysk.
- Co z nim? – Dopiero po chwili Aleks skojarzył, że chodzi o generała Posłańców.
- Miał farta. Niesamowitego farta i tyle. Bo czego można jeszcze chcieć? Dobra rodzina, do tego poszczęściło mu się z talentem, od razu wzięli go na oficera.
- Jak to: od razu?
- Jeszcze w Akademii dostał przydział do Posłańców, podobno z miejsca trzyramienne gwiazdki. Młody geniusz, patrzcie, bierzcie przykład, mówili. A my patrzymy i co? Porucznik nadęty jak paw, uważał, że świat jest jego. A tu figa z makiem, sądził, że kolejne zaszczyty się posypią, a na nie trzeba już było zapracować. Kiedy on był porucznikiem, Biała Noc i Gronostaj zdążyli dołączyć do armii i dorobić się sześcioramiennych gwiazdek pułkowników. Potem Błysk chyba dostał kapitana, bo kogoś przenieśli do innej dywizji, to się ucieszył i potem znowu długo nic. A potem wyszła ta afera z Gwiezdnym Blaskiem i wszystko się posypało.
- Jaka afera?
- Czekaj, to ty nie wiesz? Dziadek Nocy i Półksiężyca, wychowywał ich, kiedy ich rodzice wykitowali. Nazywali go Smokiem. Mówię ci, to był chłop na schwał. Urodzony Wojownik. Żelazną ręką dowodził Lotnymi, trzymał w ryzach arystokrację. Traktowano go jak wcielenie samego Króla. Aż jakieś trzydzieści lat temu wybuchła ta afera… - Głos Dźwiedzia był coraz bardziej bełkotliwy.
- Jaka afera?
- No, ta z Jesionem. Był wtedy generałem Sił Specjalnych. Pojawiały się jakieś zmutowane demony, naprawdę silne musiały być, skoro posłali generałów. I to w takich zakątkach, że musieli dać Siły albo Lotnych, jeśli chcieli, by tałatajstwo się nie rozpanoszyło. Coś je musi nasyłało. Więc posłali wreszcie dwóch generałów, by się z nimi rozprawili na dobre. Pewnie była niezła jatka, nie znam szczegółów, a szkoda. Więc Jesion przepadł, nawet miecza nie znaleźli, spora strata, mówię ci, czasem trenował z Ciężką. – Dźwiedź cmoknął z uznaniem. – A Smok…
- Obrońca, a wy co tak w kącie siedzicie? – Dźwiedź rzucił Półksiężycowi ponure spojrzenie. Nie lubił, kiedy mu się przerywało. Aleks zacisnął zęby. Zirytowałby się na przyjaciela, gdyby nie to, że Półksiężyc patrzył na niego całkowicie niewinnie. To był tylko zbieg wypadków.
Zaraz za Strażnikiem pojawiła się Jaskółka. Przechyliła się nad ramieniem Dźwiedzia i cmoknęła go w policzek.
- Misiaczku, nie za mało dziś wypiłeś?
Niedźwiedź popatrzył mętnym wzrokiem na plamy rozlanego na blacie piwa, ale szybko skupił uwagę na Jaskółce. Księżyc przysiadł się do Aleksa.
- To była ciekawa rozmowa – zauważył cierpko chłopak.
- Przepraszam. – Głos Strażnika naprawdę zabrzmiał szczerze. – Nie wyglądasz na zbyt szczęśliwego – zauważył ostrożnie.
Aleks wzruszył ramionami.
- Czego się spodziewałeś, po tej przeprawie z Nocą i Gronostajem?
Półksiężyc bez słowa sięgnął po kieliszek.






Oczywiście to był pomysł Półksiężyca, zresztą całkiem dobry. Sobotnia przejażdżka po okolicy była bardzo miłą odmianą od codzienności ograniczonej murami Czerwonego Miasta. Jeśli chodzi o kolację i spędzenie nocy w domu przyjaciela, po namyśle Aleks uznał, że nie ma nic przeciwko. Pozostawał tylko jeden problem: koń.
Aleks, nieco zły na siebie, że od razu nie pomyślał o sprawach organizacyjnych, chcąc, nie chcąc, zapukał do gabinetu Białej Nocy, mając szczerą nadzieję, że generał z nim porozmawia, jeśli tylko będzie wystarczająco uprzejmy.
- Wejść.
Zasalutował w progu i podszedł do biurka.
- Pani generał, czy mógłbym pani zająć chwilkę? – Kiedy skinęła głową, kontynuował. – Wiem, że Margerytka należy do armii, ale to jedyny koń, który jako tako mnie toleruje, więc zastanawiałem się, czy mógłbym ją wykorzystać prywatnie? – powiedział szybko. Od czasu ich kłótni starał się przygotowywać w myślach wszelkie wypowiedzi zawczasu, by nie jąkać się przed generał. Jak dotąd szło mu nieźle, choć nie minął jeszcze tydzień.
- Jako starszy oficer masz do tego prawo – odparła Noc bez cienia zainteresowania.
Odetchnął z ulgą. Dochodziło wpół do dwunastej, z Półksiężycem był umówiony za dwie godziny i, prawdę mówiąc, nie miał planu na wypadek, gdyby Noc nie wyraziła zgody.
- Jak długo będziesz nieobecny? – spytała rzeczowo kobieta.
Poczochrał włosy. Nocy na pewno nie interesowało jego życie prywatne, więc skąd to pytanie?
- Planuję wrócić jutro koło południa, pani generał. – Nie mógł się powstrzymać przed dodaniem. – Dlaczego pani pyta?
- Ze względów praktycznych dobrze by było, gdyby przynajmniej jedno z nas przebywało w Czerwonym Mieście. Oczywiście nie jest to obowiązkowe i nie zawsze możliwe, jednak wolałabym, byś o planowanej nieobecności informował mnie z kilkudniowym wyprzedzeniem, ponieważ mam w zwyczaju spędzanie niedziel w domu rodzinnym. Mimo że w przypadku alarmu dzwon bije również tam, dotarcie Rozmyciem do dowództwa zajmuje około dziesięciu minut.
- Przepraszam, nie wiedziałem – wymamrotał chłopak, nieco zbity z tropu.
- W innym przypadku pułkownik Bursztynowy Płomień nas zastąpi, jednak wolę unikać niepotrzebnego zamieszania.
- Rozumiem, więc… kiedy pani przeważnie nie ma? Chciałbym wiedzieć na przyszłość – spytał, przypominając sobie, że Noc rzeczywiście zawsze go informowała o swojej nieobecności w czasie służby, a i poza nią też czasem wspominała.
- W soboty wieczorem opuszczam teren Czerwonego Miasta. Możesz spodziewać się mnie z powrotem w koszarach w niedziele po porze obiadowej.
- Dziękuję. W takim razie do zobaczenia wieczorem, pani generał – rzucił bezmyślnie, salutując, i odwrócił się do wyjścia.
- Adiutancie.
Przeklinając to, że nie umie trzymać języka za zębami, znów zwrócił się do niej.
- Wyjaśnij – zażądała.
Poczochrał sobie włosy. Nie mógł skłamać, ale też nie chciał zrzucać wszystkiego na przyjaciela. Chyba jednak nie miał wyboru.
- Półksiężyc zaprosił mnie na przejażdżkę po okolicy, skoro nie widziałem niczego w Zaświatach poza Czerwonym Miastem i terenami zniszczonymi przez demony. Potem planowaliśmy wstąpić do jego… waszego domu na kolację. Pani nie ma nic przeciwko, prawda? – spytał dla pewności.
Odniósł wrażenie, że Noc skrzywiła się nieznacznie.
- To również jego dom. Poza tym, jestem pewna, że Promień Mojego Słońca Gwiezdny Blask ucieszy się z możliwości spotkania syna swojego przyjaciela – dodała z dziwnym błyskiem w oku.
Aleks naprawdę nie przewidział tego następstwa ich „przejażdżki po okolicy”. Nie bardzo wiedział, co mógłby odpowiedzieć. Gwiezdny Blask? Jeden z pierwszych Wielkich Wojowników, przyjaciel samego Króla? Noc na szczęście nie oczekiwała odpowiedzi.
- Jeśli to już wszystko… - zawiesiła znacząco głos.
- Tak, pani generał.
- W takim razie do wieczora, adiutancie.
- Do widzenia – odpowiedział odruchowo, prawie zapominając o salucie na pożegnanie. Kiedy się odwrócił, Noc uśmiechnęła się z satysfakcją.

Stajenny przyprowadził mu osiodłaną Margerytkę szybko, jakby na niego czekał. Klacz zastrzygła uszami i prychnęła. Nie kładła uszu po sobie, jak ostatnio, ale nadal była zdenerwowana. Aleks nie próbował zaglądać do stajni; nawet z odległości kilkudziesięciu kroków konie go wyczuwały i zaczynały się niepokoić. Podziękował stajennemu, poprawił przerzuconą przez ramię torbę i poprowadził klacz w stronę głównego dziedzińca.
Wierzchowiec posłusznie szedł za nim, jednak chłopak na wszelki wypadek trzymał wodze krótko, tuż przy wędzidle. Nie ufał zwierzętom. Chociaż nie, bardziej nie ufał nieprzewidywalnemu demonowi pasożytującemu w jego umyśle. Gdyby nie Bezimienny, Aleks pewnie by polubił jazdę konną jak każdy inny sport.  Margerytka skubnęła go chrapami w zaciśniętą na wodzach dłoń. Przystanął i obejrzał się na nią. Pochyliła łeb, Aleks poczuł jej ciepły oddech na policzku. Wyciągnął rękę, by ją pogłaskać, ale klacz szarpnęła się w tył. Chłopak westchnął z rezygnacją.
Nieliczni Wojownicy krzątający się po głównym dziedzińcu pozdrowili go z uśmiechem. Aleks odpowiedział im tym samym. Mógł nie być w najlepszych stosunkach z oficerami, ale z młodszymi Wojownikami dogadywał się bez większych problemów. Na ulicach poza terenem koszar panował tłok, jak w każde inne sobotnie popołudnie. Trochę trwało, zanim Aleks dostrzegł Półksiężyca stojącego na skwerku przy skrzyżowaniu i próbującego odciągnąć masywnego deresza od skubania trawy. Strażnik miał na sobie cienką szarą pelerynę sięgającą bioder i granatową kamizelkę, które ładnie komponowały z maścią konia.  Aleks przyglądał się im przez chwilę, rozbawiony tą sceną. Wierzchowiec oczywiście wyczuł jego obecność. Przestał ciągnąć Strażnika w stronę roślinności, podniósł łeb i prychnął. Księżyc pogładził go po chrapach i rozejrzał się. Aleks pomachał mu na powitanie i zaczął przeciskać się przez ciżbę.
Tłum uniemożliwiał im swobodną rozmowę i zmuszał do skupienia się na otoczeniu. Poza krótkimi powitaniami nie zamienili ze sobą ani słowa, tylko ruszyli w stronę Alei Kasztanowej, gdzie wreszcie mogli dosiąść koni, i dalej na zachód.
Dzień był słoneczny i ciepły, a w cieniu palczastych liści czuło się lekki powiew. Dwa rzędy starych kasztanów wydzielały pas pośrodku ulicy dla szybkiego ruchu, skupiając pieszych po jego obu stronach. Szeroką brukowaną drogą sunęły dorożki i wozy kupieckie, te ostatnie często malowane w kolorowe wzory lub przykryte pstrokatymi płachtami. Między nimi przeciskali się jeźdźcy, pojedynczo, czasem parami. W większości byli to Wojownicy w szarych mundurach, ale zdarzali się też cywile. Przyjaciele właśnie minęli dość młodą kobietę w wąskiej sukience, siedzącą bokiem. Siodło wyraźnie nie było przystosowane do takiej jazdy i Aleks rozproszył się na chwilę, podziwiając zmysł równowagi amazonki. Z wyrazem determinacji na jej twarzy kłóciły się kurczowo zaciśnięte na wodzach palce. Rozbawiło to chłopaka, dopóki nie przypomniał sobie, że sam pewnie zachowywał się tak samo.
Tłum był coraz gęstszy w miarę, jak zbliżali się do bram miasta. Wozy kupieckie z trudem manewrowały w ścisku, tworząc zator. Półksiężyc westchnął z irytacją, ale nie próbował się przeciskać, tylko uspokoił konie cmoknięciem. Aleks zatrzymał Margerytkę i oparł ręce na łęku siodła.
Kiedy zbliżyli się do bramy, przed nimi zapanowało poruszenie. Chłopak nie był pewien, co się działo, ale wyglądało na to, że strażnicy miejscy w granatowych mundurach próbowali utorować komuś drogę. Obejrzał się za siebie, ale nie dostrzegając nikogo ważnego, popatrzył bezradnie na Półksiężyca. Strażnik ścisnął wodze i zaczął manewrować, by przecisnąć się do przodu.
- O co chodzi?
Księżyc nie odpowiedział, z uporem patrząc przed siebie. Rad, nierad, Aleks zmusił Margerytkę, by podążała za dereszem. Kiedy przejeżdżali pod bramą, strażnicy miejscy pochylili głowy, po czym dotknęli czoła i ust, a następnie unieśli zaciśniętą pięść. Półksiężyc skinął im w odpowiedzi głową i gry tylko ich minął, ścisnął konia piętami, by ten ruszył kłusem. Aleksowi z trudem udało się z nim zrównać.
- O co chodziło? – ponowił pytanie.
Księżyc milczał, dopóki nie znaleźli się na pylistym, utwardzonym trakcie wiodącym na zachód. Tu ruch nadal był spory jak na standardy Zaświatów, ale przynajmniej nikt nie powinien usłyszeć ich rozmowy.
- Zdajesz sobie sprawę, że jestem księciem następcą, Obrońco? – spytał poważnie Strażnik.
Aleks przytaknął. Nigdy tak o przyjacielu nie myślał, ale wiedział o tym.
- Poza koszarami nie mogę uciekać od obowiązków przez zakładanie munduru. Straż miejska to część sił zbrojnych Pierwszego Księstwa, którymi dowodzi moja siostra, a po niej ja.
- Jasne. Ten gest to był salut?
- „Służę myślą, słowem i czynem”, salut najemników.
Aleks wzdrygnął się. Ton Półksiężyca był wyjątkowo ponury.
- Nie lubisz tego – stwierdził chłopak.
- Niezupełnie. – Strażnik uśmiechnął się krzywo. – Wiem, że nie nadaję się na władcę. Nie jestem urodzonym politykiem jak moja siostra, nie potrafię prowadzić dyplomatycznych rozmów, sądzić morderców czy rozkazywać straży tłumić rozruchy z użyciem broni palnej. Jestem pacyfistą, po prostu nie mogę inaczej. Za to lubię rozmawiać z przypadkowymi ludźmi, poznawać ich problemy, bo z tymi mogę co nieco zrobić. I wydaje mi się, że oni też to dostrzegają.
- To dobrze – orzekł ostrożnie Aleks. – Wiem, o co ci chodzi. U Lotnych chyba panują podobne porządki.
Półksiężyc odwzajemnił jego uśmiech.
Minęli kilka rozstajów. Aleks bez pytania kierował się za Półksiężycem, aż trafili na ledwie utwardzoną, prawie nieuczęszczaną drogę.
- Galop? – spytał retorycznie Strażnik i już pochylił się w siodle.
- Nie! – zawołał czym prędzej Aleks. Półksiężyc wstrzymał konia.
- Nadal nie przepadasz za końmi? – spytał, poluzowując wodze i pozwalając wierzchowcowi przejść do stępa.
- Raczej one za mną – odparł chłopak. – Tylko Margerytka jako tako mnie toleruje.
Strażnik uśmiechnął się pokrzepiająco.
- To dobrze. Jazda konna to jednak dość przydatna umiejętność.
- Księżyc. – Aleks przerwał jego docinki. – Twój koń cię nie zrzuci jak ostatnio? – spytał, zły na siebie, że nie pomyślał o tym wcześniej. Niby wszystko wskazywało, że deresz się go nie boi, ale nigdy nic nie wiadomo. Póki kłusowali, to nie byłoby takie niebezpieczne, ale przy galopie wolał nie myśleć.
- Nie, na pewno nie. Układałem Obłoka, odkąd był źrebięciem, i… - Urwał, zaciskając usta, by powstrzymać chichot.
- I co? – Obrońca zerknął na niego z zaciekawieniem.
Księżyc parsknął śmiechem.
- Miałem wtedy trzydzieści parę lat. Moja siostra z powodzeniem zaczynała swoją karierę w wojsku, a mój dziadek jest Pierwszym Skrzydlatym Jeźdźcem. Nasłuchałem się od niego opowieści o Latach Jutrzenki i zapragnąłem mieć własnego bojowego rumaka. Gwiezdnego Blaska tak rozbawił ten pomysł, że nawet pomógł mi układać Obłoka tak, by nie spłoszył się przez ogień czy demony.
Aleks zaśmiał się, szczerze i głośno. Fakt, że jedynym demonem, jakiego ten koń miał szansę spotkać, był Bezimienny, tym bardziej go rozśmieszył. O, ironio… Księżyc przyglądał mu się, by się upewnić, czy aluzja nie popsuła mu nastroju.
- I umiejętności twojego „rumaka bojowego” marnują się na moim demonie. – Wciąż uśmiechał się szeroko. Czuł ulgę, że sytuacja z ich poprzedniej przejażdżki, jeszcze w czasie wojny, kiedy wierzchowiec Półksiężyca prawie się pod nim rozbrykał, się nie powtórzy, również poprawiała humor. – Swoją drogą, myślałem, że koni nie używano tu do walki? – zmienił temat.
Półksiężyc zaraz wyjaśnił:
- Rozmycie odkryto może półtora tysiąca lat temu, kiedy zaczęto prowadzić systematyczne eksperymenty nad energią. Przedtem do podróży używano koni. Byli ludzie, którzy potrafili nauczyć je, jak pokonać instynktowny strach przed demonami i pomagać Wojownikom w walce. Mój dziadek do nich należał. Teraz te umiejętności zostały zapomniane, ponieważ przestały być potrzebne, a nawet wtedy niewielu to potrafiło. Mój dziadek zebrał ich i tak powstała Dywizja Skrzydlatych, teraz nazywana Lotną.
- Dlaczego „Skrzydlatych”? Konie nie latają.
Księżyc popatrzył na niego dziwnie.
- Obrońco, jak sobie wyobrażasz udział koni w bitwie? – spytał ostrożnie.
- Rycerze szarżują na przeciwnika, taranując wszystko po drodze? – odparł Aleks z rozbrajającą szczerością.
Księżyc wymownie przyłożył dłoń do czoła. Chłopak zachichotał.
- Żałuję, że zapytałem – odciął się Strażnik. – Tak jak ty potrafisz utrzymać się w powietrzu dzięki swojej energii, Skrzydlaci Jeźdźcy mogli skłonić wierzchowce nawet do galopu nad ziemią, przynajmniej na krótkich dystansach. Dodatkowo w czasie Prawojny Wojownicy pozwalali duchom swoich mieczy walczyć u swojego boku, zwłaszcza że większość z nich przez cały czas była materialna. Duchem miecza mojego dziadka jest ogromny biały ogier. – Zastanowił się przez chwilę. – Co prawda słyszałem pogłoski, że potem zdarzało mu się walczyć z grzbietu pegaza, a on ani tego nie potwierdził, ani nie zaprzeczył…
Aleks odwrócił wzrok. Wzmianka o Gwiezdnym Blasku w rozmowie z Nocą nieźle go speszyła, ale dopiero teraz w pełni do niego dotarło, że dziadek jej i Półksiężyca to ten sam Wojownik, o którym pisano w książkach i opowiadano jak o jakimś półbogu. Chciał go spotkać, oczywiście, że tak, tylko…
- Coś nie tak, Obrońco? – spytał Strażnik.
Chłopak zacisnął usta. Księżyc już tak miał, że zbyt szybko się martwił, zupełnie niepotrzebnie.
- Nie, nic. – Przyjaciel popatrzył na niego sceptycznie. – Właśnie do mnie dotarło, w jak znakomitym towarzystwie się znalazłem – powiedział Aleks, szczerząc zęby.
Księżyc parsknął śmiechem.
- Ty masz tremę, Obrońco?
- Książę następca, Pierwszy Książę i Biały Smok, pierwszy Skrzydlaty Jeździec…
Półksiężyc przewrócił oczyma.
- Ty naprawdę masz tremę.
- Tak. – Aleks popatrzył na niego wyzywająco.
- Nie przejmuj się, to będzie kameralna kolacja w rodzinnym gronie. Zresztą mój dziadek zrzekł się tytułu Pierwszego Księcia na rzecz mojej siostry.
- Wiem, mówiłem o Nocy.
Półksiężyc zamarł na ułamek sekundy. Zacisnął dłonie a wodzach, by ukryć drżenie.
- Wybacz, Obrońco. Nie miałem pojęcia, że ona się pojawi – powiedział głucho.
- Daj spokój, akurat ona nie jest moim największym zmartwieniem. – Aleks machnął ręką.
- Czy… Ile powiedziałeś jej o naszych planach na dzień dzisiejszy? Bardzo proszę o odpowiedź.
Aleks poczochrał włosy. Księżyc teraz naprawdę był spłoszony.
- Tylko ogólnie, że zwiedzimy okolicę i wpadniemy do waszego domu na noc. Tak jakoś wyszło. Zapytałem ją, skąd wziąć konia, ona zaczęła mnie wypytywać i… jakoś się wygadałem.
- Czy ona miała coś przeciwko?
- Nie, w końcu to też twój dom. Sama tak powiedziała.
Półksiężyc uspokoił się tylko odrobinę. Niewystarczająco.
- Nie przejmuj się tym tak bardzo. Jak mówiłem, to nie ona jest moim największym zmartwieniem.
- Obrońco, nie wiem, czy to los lubi mi robić na złość, czy moja siostra, ale naprawdę tego nie przewidziałem. Przepraszam.
- Przecież ona co tydzień wraca do domu – powiedział Obrońca, zanim przemyślał te słowa. – Ale uwierz, ja naprawdę nie mam nic przeciwko – dodał.
- Z całym szacunkiem, Obrońco, tu nie chodzi o ciebie. – Księżyc wyraźnie unikał jego wzroku.
Chłopak spiął konia piętami i zmusił go, by zbliżył się do deresza Strażnika. Wychylając się dość ryzykownie z siodła, położył przyjacielowi rękę na ramieniu. Półksiężyc spiął się, zaskoczony, i popatrzył na niego pytająco.
- Do wieczora mamy jeszcze dużo czasu, a ty obiecałeś pokazać mi okolicę. To co, jedziemy?

Skręcili w polną, prawie niewidoczną wśród traw drogę i zagłębili się w jasny bukowy las. Półksiężyc jechał przodem, kierując Obłokiem pewnie, jakby doskonale znał okolicę. Margerytka sama z siebie dreptała za nim, więc Aleksowi pozostało tylko podziwianie okolicy.
W lesie pachniały upajająco konwalie. W połączeniu z ptasim śpiewem i szumem liści to pozwalało oderwać się od rzeczywistości. Aleks powoli odpływał. Zaskoczyło go lekkie szarpnięcie, kiedy Margerytka zatrzymała się, prawie zderzając się z Obłokiem. Półksiężyc cmoknął z niezadowoleniem, ale nic nie powiedział.
Stali na skraju lasu, nad kilkumetrową skarpą. Półksiężyc zeskoczył z konia, zagłębiając się we mchu i trawie prawie do kolan, i poprowadził go do rosnącego nieopodal starego dębu, którego korzenie wystawały ze zbocza. Aleks otrząsnął się i poszedł w ślady przyjaciela. Kiedy przywiązali konie do zwieszającego się nisko konaru i poluzowali im popręgi („Niech odpoczną,” powiedział Strażnik, „tak będzie im wygodniej”), Półksiężyc zdjął pelerynę i rozłożył ją na trawie, po czym usiadł, zwieszając nogi ze skarpy. Nie czekając na zaproszenie, Aleks usadowił się obok niego.
- Gratulacje – powiedział z szerokim uśmiechem. – Po raz pierwszy, odkąd pamiętam, zastanawiam się, czy jestem odpowiednio ubrany albo jak powinienem się zachowywać.
Księżyc przewrócił oczyma.
- Biorąc pod uwagę to, że jesteś w mundurze, do mojej siostry nadal możesz mówić „pani generał”. Jeśli chodzi o mojego dziadka, on nie jest miłośnikiem celebry, więc nie przejmuj się tym za bardzo. Jest generałem w stanie spoczynku, a w armii służy się do odejścia na Drugi Świat, więc ostatecznie mógłbyś zwracać się do niego jak do starszego stopniem, jednak bardziej odpowiednie byłoby „wasza książęca mość” na początku, a potem „mój panie”, „mój książę”.
Aleks miał cokolwiek niewyraźną minę.
- Jak mam się z nim przywitać? Powinienem się ukłonić czy coś?
Księżyc w zamyśleniu odłożył bukłak na pelerynę. Skrzyżował ręce na piersi i pochylił się.
- Tak wystarczy, oczywiście na stojąco. Znając go, może ci podać rękę, ale ty nie wyciągaj ręki pierwszy. Poza tym do gości przeważnie zwraca się w trzeciej osobie, to archaiczna forma uprzejmościowa, więc się nie zdziw. To chyba tyle.
Aleks przygryzł wargę. Po chwili parsknął cicho.
- To i tak lepiej, niż się spodziewałem.
- Czy powinienem pytać, czego się spodziewałeś?
- Sam nie wiem, pięciominutowej litanii tytułów i ukłonu, przy którym można sobie połamać nogi?
- Obrońco! – Półksiężyc bezskutecznie próbował zamaskować uśmiech oburzeniem. – Chcesz litanię tytułów? „Wasza książęca mość, Promieniu Mego Słońca, Biały Smoku, który jesteś prawą ręką Króla, mój panie, jam twój pokorny sługa…”
Przerwał mu śmiech chłopaka. Księżyc nie mógł się powstrzymać i też zachichotał. Kiedy spoważnieli, Aleks powiedział:
- Szczerze mówiąc, cieszę się, że tego nie trzeba.
- Życie Wojownika jest prostsze – przyznał Księżyc. – Nie wyobrażam sobie, byś przed kimkolwiek klęknął, nawet przed Pierwszym Księciem. – Po chwili dodał cicho. – Nawet przed Królem.
- Dlaczego? – spytał Aleks, czując ciarki na plecach.
- Ty jesteś wolny, Obrońco Ludzi, nie służysz nikomu. Masz siłę, by sprzeciwić się bezcelowym prawom i zwyczajom. To… godne podziwu. – Półksiężyc odwrócił wzrok.
W czasie wojny Obrońca uparł się wejść do siedziby Rady Dwunastu przy Sądzie Najwyższym, mimo że drzwi były zapieczętowane i nikt oprócz Dwunastu i Wywyższonych, gwardii Króla, nie mógł ich otworzyć. Uparł się, ponieważ rozumiał, że tradycja nic nie znaczyła, kiedy życia najważniejszych urzędników państwowych wisiały na włosku. Przy nim książę następca był tylko niewolnikiem systemu.
Z zamyślenia wyrwał Księżyca ruch. Z zaskoczeniem patrzył, jak Obrońca wstaje, otrzepuje nerwowo spodnie i poprawia pas z mieczem.
- Co robisz? – spytał Strażnik. Miał bardzo złe przeczucie.
Chłopak nie odpowiedział. Nie wyobrażasz sobie, tak? To było wyzwanie. Zresztą, musiał się wreszcie przełamać i zachowywać się tak, jak tutejsze zwyczaje wymagały. Przy Księżycu nie czuł się tak niezręcznie, a w dodatku Strażnik powinien wreszcie przestać traktować go jak jakiegoś herosa. Kiedy Aleks szybkim ruchem dobył miecza, Księżyc zerwał się na nogi, gotowy do obrony, ale nie wyjął broni. Obrońca przyłożył zaciśniętą na rękojeści dłoń do piersi, trzymając ostrze w górze, podniósł miecz, obrócił go i przyklęknął, wbijając głownię w mech.
Strażnik wzdrygnął się jak oparzony.
- Wstań! Natychmiast wstań. Co ty wyprawiasz? – Chłopak dźwignął się na nogi, uśmiechając się szeroko. Jeszcze trudno było ocenić, czy terapia szokowa podziałała, ale przeczucie mówiło mu, że tak. – Nie powinieneś salutować mieczem nikomu poza marszałkiem i Królem.
- Wiem, ale nie miałem szabli – odparł beztrosko.
- To nie jest temat do żartów! Co ty sobie myślisz?
- Posłuchaj, Księżyc. – Chłopak teraz stał przed nim, patrząc mu poważnie w oczy. – Jestem takim samym człowiekiem jak ty. Muszę przestrzegać tego samego prawa. Może słabo je znam, ale to niczego nie zmienia. Nie chcę być traktowany inaczej z jakiegokolwiek powodu.
- Obrońco – spróbował mu przerwać, bez skutku.
- A poza tym wiem, że jestem adiutantem generał Białej Nocy, a ty jej następcą, ale do tej pory to nie miało…
- Obrońco! – Chłopak urwał dopiero, kiedy Księżyc położył mu ręce na ramionach. – Obrońco. Jeśli moje słowa cię zasmuciły, przepraszam cię za to.
- Nie przepraszaj. – Obrońca odwzajemnił gest. – Wiem, że tak o mnie myślicie. Nie tylko ty, Piorun czy Ptak, generałowie Noc i Gronostaj też. I to oni mi wytknęli, że zachowywałem się tak, jakby rzeczywiście zasady mnie nie dotyczyły. To… był mój błąd.
Uścisnęli się po przyjacielsku. Kiedy znowu usiedli na pelerynie Księżyca, ten spytał:
- Więc jak planujesz go naprawić? Ten błąd.
- Nie wiem. – Aleks wzruszył ramionami. – Może powinienem był się uprzeć, by mnie wzięli do Akademii albo pozwolili zacząć od szeregowca? Może…
Księżyc odchrząknął.
- Po kolei. Jak to sobie wyobrażasz? Potrafisz walczyć na równi z generałami, w Akademii nawet bez miecza każdego instruktora rozłożyłbyś na łopatki.
- Mógłbym nie uczestniczyć w treningach albo spotykać się z wami…
- Czy to nie jest prośba o specjalne traktowanie? – Aleks jęknął. – Dobrze, przejdźmy dalej. Chciałbyś dołączyć do armii jako szeregowy Wojownik. Już mówiłem o różnicy w uwolnieniu i sile. Dodaj do tego pewien drobny szczegół. Jesteś urodzonym przywódcą. Podczas gdy inni zastanawiają się, co robić, wydają rozkazy, sami zostając z tyłu, ty prowadzisz podkomendnych, stajesz obok nich. Jedynym, czego ci brakowało, kiedy złożyłeś przysięgę, była wiedza czysto techniczna. Generałowie uznali, że zamiast ułatwiać ci życie i przyrównywać cię do poziomu podchorążych czy szeregowych, mogą wrzucić cię na głęboką wodę, a ty i tak sobie poradzisz. Odebrałbym to jako komplement. Uznali, że poradzisz sobie, ucząc się wszystkiego na bieżąco.
- Ale… wcale nie wydaje mi się, że się czegokolwiek nauczyłem.
Księżyc uśmiechnął się krzywo.
- Na niezamieszkanych terenach pojawił się tuzin demonów. Co zrobisz?
Chłopak poczochrał sobie włosy.
- Niezamieszkany teren, więc pewnie się rozlezą. Posłałbym kompanię, by jak najszybciej je wszystkie wyłapali, najlepiej trójkami…
- Uzdrowiciele?
- Dwie drużyny. Jedna zbiera rannych, druga udziela pierwszej pomocy.
- Czy dwa miesiące temu potrafiłbyś odpowiedzieć?
- No… nie.
- A widzisz.
- Ale wciąż jest tyle rzeczy…
Księżyc westchnął.
- Z czasem wszystkiego się nauczysz. Tu rok czy dwa nie robią różnicy, co powinieneś już zauważyć.
- Tak, ale trochę czasu zajmie mi oswojenie się z tym.
Znów ten krzywy uśmiech.
- To może inaczej: czas tu nie ma znaczenia.
- Tak, tak… Wciąż jesteś na mnie zły?
- Nie. Nie mógłbym się na ciebie gniewać. – Chłopak popatrzył na niego sceptycznie. – Może odrobinę. Nigdy więcej tego nie rób.
- Tak jest. – Tylko szeroki uśmiech i ciepłe spojrzenie sprawiły, że nie zabrzmiało to przymilnie.
Aleks wstał i przeciągnął się.
- Ładnie tu – zmienił temat.
Rzeczywiście, widok ze skarpy rozciągał się imponujący. Teren opadał na północ, gdzie, skryta za zagajnikami i niskimi pagórkami, wiła się Wydrza Woda, ta sama rzeka, która przepływała przez Czerwone Miasto. Pola uprawne, soczyście zielone o tej porze roku, upstrzone były kępami drzew. W dolinach można było dostrzec trzy wsie, rozpoznawalne po czerwieni dachówek, połączone jasną wstążką drogi. Nawet z tej odległości dało się słyszeć podniesione głosy, dobiegające z najbliższej wsi i widać było zamieszanie. Aleks wstał, by lepiej się przyjrzeć, ale to nic nie pomogło.
- Co tam się dzieje? – spytał.
Księżyc stanął obok niego.
- Nie wiem. Sprawdzimy?




~*~


Kolejny rozdział: 25
Tags: Powojenność, rozdział 24
Subscribe

  • Powojenność, rozdział 28

    ~28~ Siedzieli we trójkę w przytulnym mieszkaniu Półksiężyca na piętrze budynku przy kwaterze dowództwa Strażników.…

  • Powojenność, rozdział 27

    ~27~ - Paniczu, już siódma. Proszę panicza, by się obudził. Aleks otworzył oczy. Nad jego głową rozpościerał się ażurowy baldachim…

  • Powojenność, rozdział 26

    ~26~ Noc jako pierwsza dołączyła do Gwiezdnego Blaska w jadalni. Usiadła po jego prawej ręce i zapytała. - Przydzieliłeś Obrońcy Ludzi…

  • Post a new comment

    Error

    default userpic

    Your reply will be screened

    Your IP address will be recorded 

    When you submit the form an invisible reCAPTCHA check will be performed.
    You must follow the Privacy Policy and Google Terms of use.
  • 0 comments