?

Log in

No account? Create an account

Previous 10

Jul. 22nd, 2014

avatar swan

Powojenność, rozdział 28

~28~
Siedzieli we trójkę w przytulnym mieszkaniu Półksiężyca na piętrze budynku przy kwaterze dowództwa Strażników. Półksiężyc, Aleks i Ptak. Niedźwiedź wciąż raz po raz był wysyłany  na rubieże, a Piorun wymigał się nawałem pracy w Lekkiej Piechocie. Aleks dodatkowo podejrzewał, że generał wciąż się na niego boczył, ale zaraz się uspokajał, to było niepodobne do poczciwego marynarza.
Zielony Ptak opowiadał gospodarzowi, jak się odnajdywał w roli adiutanta generała, Półksiężyc komentował jego wywody celnie, ale niezbyt uszczypliwie. Aleks przyglądał się im, popijając rozcieńczony syrop z wiśni i czując się coraz bardziej melancholijnie. Ptak i Księżyc znali się jeszcze z Akademii Wyszkolenia Wojskowego i od tamtego czasu byli na tyle nierozłączni, na ile pozwalała im służba. Do Aleksa zawsze zwracali się z pewnym dystansem, spowodowanym z trudem ukrywanym podziwem, lecz między sobą rozmawiali jak – chłopak zauważył z rozbawieniem – przyjaciółeczki Gośki z gimnazjum.
Adiutant generała Sił Specjalnych skończył monolog wzmianką o zwierzyńcu Kocimiętki, który jeszcze bardziej rozpanoszył się po koszarach, i napił się. Księżyc wstał, by sięgnąć po karafkę, a przy okazji zapytał:
- Co u ciebie, Obrońco? Jakieś plany na koniec tygodnia?
- Do rodzinki nie idę, jeśli o to pytasz. Byłem w ostatnią sobotę.
Księżyc skinął głową, dolewając Ptakowi nalewki.
- Ale tak, mam plany – kontynuował chłopak. – Tylko nikomu nie mówcie. – Ptak wyszczerzył zęby z łobuzerskim błyskiem w oku. – Mówię poważnie, nikomu ani słowa. Zwłaszcza Piorunowi i… generałowi Gronostajowi.
- Oczywiście, że mu nie powiem – oburzył się Ptak.
- Wiem, ja tylko…
- Znowu się w coś wpakowałeś – dokończył Księżyc z ciepłym uśmiechem.
- I nie bardzo wiem, od czego zacząć.
- Niech zgadnę, za namową mojej siostry postanowiłeś odszukać Leśny Dwór i skontaktować się z panią Jarzębiną?
- Tak.
Ptak prawie upuścił kieliszek. Rzucił Strażnikowi szybkie spojrzenie, upewniając się, że to nie jest żart, i przeniósł wzrok z powrotem na Aleksa, ale nie skomentował. Przetarł twarz dłonią. Chłopak po jego spojrzeniu poznał, że bardzo chciał wybić mu z głowy ten pomysł, ale przez wzgląd na przyjaźń się powstrzymywał.
- Zanim po raz kolejny ci powtórzę, że nie musisz, co więcej, nie powinieneś tego robić, zapytam dla porządku: jaki masz plan? – Ton Księżyca był spokojny, nawet nie sarkastyczny czy protekcjonalny. Mimo wszystko Aleks poczuł się jak urwis ganiony przez nauczyciela.
- Wiedziałem, że wam się to nie spodoba – mruknął.
- Obrońco, odpowiedz.
- Bramą gdzieś nad Odwieczną Puszczę, w okolice, gdzie prawdopodobnie jest osada, potem Rozmyciem nad lasem. Raróg pomoże mi szukać. Pokręcę się po okolicy, słup dymu powinno być łatwo wypatrzyć.
- J jak już go wypatrzysz? – ponaglił go Ptak.
- Zeskoczę tuż przy wejściu do osady i poszukam Jarzębiny.
Przez chwilę panowała cisza.
- Półksiężycu, proszę, powiedz mi, że on żartuje.
Strażnik pokręcił głową, nie odrywając wzroku od Aleksa. Ten wydął wargi.
- Macie lepszy pomysł?
- Nie iść tam – odpowiedział natychmiast Ptak.
- Nie rozumiem, co może się stać. Jak niczego nie znajdę albo nie dogadam się z ciotką, po prostu wrócę.
- Od czego mam zacząć…
- Serio, mieliście mniej zastrzeżeń, kiedy postanowiłem odbić siostrę z Podziemi… - Umilkł pod spojrzeniami przyjaciół. Spojrzeniami jasno mówiącymi mu, że posunął się za daleko.
- Obrońco Ludzi – odezwał się poważnie Półksiężyc. – To, co chcesz teraz zrobić, będzie nieporównywalnie trudniejsze i prawdopodobnie bardziej niebezpieczne od tego, co zrobiliśmy w czasie wojny. Nie, nie wyolbrzymiam. W Leśnym Dworze spotkasz uzbrojonych w najnowocześniejszą broń palną ludzi, których wolność zależy od tego, by nikt nie wiedział, gdzie się ukrywają. Nie zdziwiłbym się, gdyby zaczęli do ciebie strzelać, zanim zdążysz się odezwać.
- Jeśli zaczną, to zwieję. Nawet jeśli mnie postrzelą, nie zginę od tego, już to przetestowaliśmy.
Nikt nie odebrał tego jako żartu.
- Będą strzelali do skutku – mruknął Ptak. – I bez ostrzeżenia. Mogą poczekać, aż wylądujesz, by cię otoczyć.
- To są ludzie, Ptak. Z ludźmi można rozmawiać.
- Nie jesteś dyplomatą, Obrońco Ludzi – ostudził jego zapały Księżyc. – Potrafisz przekonywać innych szczerością, ale w tym wypadku szczerość może cię zabić. Pamiętaj, że tym ludziom moja siostra zniszczyła życie, kiedy była już generałem. Ty nosisz oznaki jej adiutanta. – Urwał na chwilę. – Nawet gdyby pozwolili ci się odezwać, co potem? Co im powiesz?
- Mam list od ojca.
To zastanowiło Półksiężyca.
- Nie jestem w stanie przewidzieć, jak na to zareagują. To wcale nie musi być klucz otwierający drzwi do ich serc. Najprawdopodobniej uznają to za podstęp. Nawet jeśli dogadasz się z nimi, jak wrócisz? Dlaczego mieliby cię puścić wolno?
Aleks przygryzł z frustracją wargę.
- Jakoś zwieję. Nawet bez miecza będę w stanie wyłamać drzwi czy coś.
Wilczyca pisnęła z niepokojem. Półksiężyc popatrzył na nią, nie mniej zmartwiony od niej.
- Co z Wilczycą? Tak po prostu ją tam zostawisz? Jak odzyskasz miecz? Jeśli uciekniesz bez niego, złamią go. Jak planujesz uciec, unikając walki? Będziesz w stanie walczyć z ludźmi? Nie zawahasz się przed skrzywdzeniem ich w obronie własnej? – Aleks nadal milczał. – Zauważ, że to nijak nie będzie przypominało Podziemi. Tu twoimi przeciwnikami nie będą bezrozumne demony. Tu staniesz przeciwko drugiemu człowiekowi… Obrońco Ludzi.
Wzruszył ramionami, próbując ukryć niepewność.
- Najwyżej zginę i mój demon już nikomu nie zagrozi.
- „Najwyżej”? – Księżyc wyraźnie posmutniał. – Naprawdę nie chcę stracić przyjaciela z powodu byle kaprysu – powiedział, patrząc mu uparcie w oczy.
- To nie jest byle kaprys!
- Obrońco – uciszył go Ptak. – Więc zginiesz. Byłeś świadkiem śmierci Wojownika sporo słabszego od ciebie. Pomyśl, jakie szkody wyrządzi wybuch towarzyszący twojej śmierci. Zmieciesz ich osadę z powierzchni ziemi. Zniszczysz wszystko, co im w życiu pozostało. Być może zabijesz… ilu? Kilkudziesięciu ludzi? Po co?
- Obiecałem ojcu i pani generał, nie mogę się teraz wycofać.
- Możesz, Obrońco – sprzeciwił się Księżyc. – I naprawdę wolałbym, byś zrezygnował.
Aleks nie odpowiedział. Nie potrafił. Milczenie przeciągało się. Wreszcie odezwał się Ptak.
- Po co tak właściwie to robisz? Co chcesz osiągnąć?
- Jarzębina jest moją ciotką. Naprawdę chciałbym poznać tu jakąś rodzinę, mieć cokolwiek swojego, bo do tej pory wszystko dostałem od was albo od Armii.
- Dlaczego zakładasz, że przywita cię z otwartymi ramionami tylko dlatego, że jesteście spokrewnieni?
- Nie zakładam. Właśnie to chcę sprawdzić.
- Czy to naprawdę jest warte ryzyka?
- Tak. Chcę wiedzieć.
- Przecież każdy Odrodzony zaczyna z niczym. Pojawia się tu w białej szacie, bez wspomnień…
- Nie jestem Odrodzonym, Ptak. Właściwie nie wiem, kim jestem. A chciałbym być kimś, znaleźć tu sobie jakieś miejsce. Rozumiesz?
- Obrońco – wtrącił się Półksiężyc. – Ufam, że to twój pierwszy i najważniejszy powód, ale czy możesz mi powiedzieć z czystym sumieniem, że nie przekonały cię do tego prośby mojej siostry?
Aleks zawahał się. To wystarczyło za odpowiedź. Półksiężyc odwrócił głowę z miną, która sprawiła, że chłopak zaraz poczuł wyrzuty sumienia.
- Naprawdę myślicie, że mogę tam zginąć? – spytał poważnie, nie wyzywająco.
Księżyc popatrzył na niego, otwierając usta do odpowiedzi, i zamarł. Przez chwilę wpatrywał się w przestrzeń, wreszcie zmarszczył brwi, skupiając się na własnych myślach. Aleks był zbyt zaskoczony, by przerwać ciszę, po prostu patrzył na przyjaciela zdezorientowany. Półksiężyc wreszcie otrząsnął się i odchrząknął.
- Przepraszam was na chwilę.
Nie czekając na ich reakcje, wstał i poszedł do swojej sypialni. Aleks śledził go wzrokiem, jeszcze bardziej skonfundowany.
- Tak, naprawdę tak myślę – powiedział Ptak, odwracając jego uwagę. – Nie wiesz, czego się tam spodziewać.
- Tak – potwierdził Aleks. – Będę improwizować.
- Już chyba wolałbym być przy tobie, gdy będziesz popełniał kolejne głupstwo.
Aleks uśmiechnął się ciepło.
- Przepraszam. Wiesz, że tym razem się nie da.
- Wiem, Obrońco.
Półksiężyc wrócił po chwili, powitany zaniepokojonymi spojrzeniami przyjaciół. Ptak, wisząc jego spokój, zaraz przestał się martwić. Obrońcę dużo trudniej było zbyć.
- Wszystko w porządku?
Strażnik uśmiechnął się uspokajająco.
- Tak, to nic takiego.
- Na pewno?
- Tak, nic się nie stało – zapewnił go. – Nie przekonamy cię, jak widzę. W takim razie odpowiem na twoje pytanie: nie, nie sądzę, że tam zginiesz.
Ptak popił nalewki, patrząc na chłopaka krytycznie.
- Nie wiem, Księżyc. Nie uważasz, że on wygląda na takiego, co żyje burzliwie i wkrótce odchodzi z wielkim hukiem?
Strażnik uśmiechnął się krzywo.
- Z wielkim hukiem na pewno, ale nie wydaje mi się, że Obrońcy jest pisane krótkie życie. Nawet gdyby takie wolał, dostanie długie. Nadal burzliwe.
Aleks zaśmiał się cicho, drapiąc Wilczycę za uchem. Półksiężyc spoważniał, obserwując go.
- Skoro nie odwiedziemy cię od tego szaleństwa, chciałbym cię przynajmniej ostrzec. Dać ci radę.
- Jasne, powiedz.
- Uważaj na istoty zamieszkujące Odwieczną Puszczę. Jeślibyś wylądował na odpoczynek, nie ruszaj się z tego miejsca. Jeśli masz się przemieszczać, to tylko powietrzem.
- Dlaczego? Jakie istoty?
- Przede wszystkim samowiły. Przeważnie przybierają postać młodych, zwiewnych dziewcząt ze skrzydłami podobnymi do ważki, ale czasem zamienią się w wir powietrzny, łabędzia czy wilka.
Aleks zawahał się. Słowa Półksiężyca brzmiały jak żart, ale jego twarz była poważna, wręcz zmartwiona. Chłopak przypomniał sobie, jak po spotkaniu ze smokiem Biała Noc powiedziała mu, że w Zaświatach wciąż żyją mityczne istoty. Co prawda nigdy nie słyszał o czymś takim jak samowiły…
- Co to w ogóle jest? Te samowiły.
- Rodzaj rusałek. Małe szanse, żebyś je spotkał, ale na wypadek, gdyby tak się stało: nigdy, przenigdy nie podążaj za dziewczyną spotkaną w lesie, nawet gdyby wyglądała na potrzebującą pomocy.
- A co one mi zrobią?
Księżyc i Ptak wymienili spojrzenia, decydując, który powinien odpowiedzieć. Wreszcie Ptak wypalił:
- W wersji dla dzieci załaskoczą cię na śmierć.
- A napraw…
Aleks urwał. I zarumienił się mocno.
- To nie może być taka zła śmierć – wymamrotał.
Ptak parsknął głośno. Półksiężycowi nie było aż tak do śmiechu.
- To nadal jest śmierć.
- Dobra, przyjąłem, nie iść za nieznajomymi dziewczynami. Co jeszcze? Co w ogóle można spotkać w lasach?
Spojrzenie Strażnika złagodniało, kiedy dostrzegł szczere zainteresowanie chłopaka.
- W tamtych rejonach najczęściej spotyka się bagienniki. Żyją w stawach i bajorach, najlepiej zamulonych. Czasami z nich wyjrzą, zrobią bąble na powierzchni albo chlupną głośno. W sumie są całkowicie neutralne wobec ludzi.
- Jak to coś wygląda?
- Bagiennik. Nieduży, z pokrytą śluzem zielonkawą skórą, ma wodniste oczy i nozdrza na czole. – Księżyc zamyślił się. – Trochę przypomina żabę, ale ma ze cztery stopy wysokości.
- Aha. Co jeszcze?
- Leszy – stwierdził Ptak. – Ale będziesz miał prawdziwe szczęście, jak go spotkasz. To ktoś w rodzaju strażnika lasu. Jak będziesz się dobrze zachowywał, pomoże ci znaleźć drogę i dopilnuje, by złośliwe duchy nic ci nie zrobiły. Jak go zdenerwujesz, to cię stamtąd przegoni. To ktoś w rodzaju rzecznika wszystkich pierwotnych istot mieszkających w lasach.
Półksiężyc potwierdził skinięciem głowy.
- Naprawdę trudno go spotkać, jest jeden na całą puszczę. Dobrochoczy też mieszka w lasach, ale raczej tam, gdzie zaglądają ludzie. Zresztą, trudno go znaleźć, nie lubi się pokazywać. Zamienia się w drzewo i wtapia w otoczenie. Najwięcej przekazów o nim pochodzi ze Wschodniego Księstwa, na zachodzie Odwiecznej Puszczy raczej rzadko się pojawia. Pomaga pokrzywdzonym, karze chorobami niesprawiedliwych, choć nie do końca wiadomo, czy rozumie sprawiedliwość tak samo jak ludzie. Możliwe, że zainteresuje się Leśnym Dworem, ale trudno powiedzieć, jak osądzi Ród Szóstego Drzewa. Co jeszcze… Bełt, ale on przesiaduje raczej przy drogach, gdzie można spodziewać się podróżnych. Pomaga im pobłądzić, jest raczej złośliwy. Błędne ogniki pojawiają się nocami nad terenami podmokłymi, więc na nie raczej nie trafisz. Są jeszcze południce, ale te zamieszkują pola i trzymają się skraju lasu. Tych duchów jest naprawdę mnóstwo, ale najlepiej znamy tylko te, które mają styczność z ludźmi. Jestem przekonany, że o istnieniu wielu wciąż nie mamy pojęcia. Jeśli któreś nie chcą się pokazywać ludziom… - Strażnik zawiesił głos.
- Albo po prostu tych duchów nie rozróżniamy – dorzucił Ptak. – Na pewno jest cała masa boginek… - Półksiężyc wzdrygnął się zauważalnie.
- Wspomniałeś, że zabierzesz ptaka. To dobrze – zmienił temat. – Raraszek w kieszeni podobno przynosi szczęście.
- W sumie na twoim miejscu nie przejmowałbym się duchami lasu, tylko skupił na mieszkańcach Leśnego Dworu – podsumował Ptak. – Duchy lubią Wojowników. Przez duchy mieczy wydajemy im się bardziej przystępni od przeciętnych ludzi. Dodatkowo po tobie widać, że jesteś zbyt silny, by dać się łatwo zwieść. Chyba tylko samowiły mogłyby próbować.
- Ptak ma rację, te duchy naprawdę mają instynkt samozachowawczy – przytaknął mu Księżyc. – Co najwyżej będą cię obserwowały, raczej nie zaczepią. O ile oczywiście ich nie rozzłościsz. Wtedy… niech Żywioły mają cię w swej opiece, przyjacielu.
- Czym mógłbym je rozzłościć?
- Wzniecaniem ognia, łamaniem gałęzi, ogólnie wandalizmem. Krzyczeniem bez powodu… Nie zabieraj niczego, nawet liści czy szyszki, na pamiątkę.
- Dlaczego?
- Wszedłbyś do czyjegoś domu i od tak zabrał bibelot, który ci się spodoba?
- Przecież ludzie ścinają drzewa do budowy domów albo na opał.
- I odwdzięczają się sadzeniem nowych drzew lub inną zapłatą. Potraktuj to jako wycieczkę do innego kraju, z którym utrzymujemy neutralne stosunki i kontakt tylko poprzez handel. Pojąłeś?
- Nigdy nie byłem za granicą.
Półksiężyc przyłożył wymownie dłoń do czoła.
- I nie goń za białym jeleniem – dorzucił Ptak.
- …Co?
- Po prostu za nim nie goń.





To było w środę. W sobotni poranek Aleks stanął na Placu Bramy. Miał duże problemy z wyjaśnieniem ptakowi, czego szukać. Raróg przekrzywił głowę i wydał dźwięk, który zabrzmiał prawie protekcjonalnie.
- Zrozumiałeś?
Raróg przekrzywił głowę w drugą stronę.
- To naprawdę bardzo ważne. Szukaj czegoś, czego w lesie nie powinno być.
Znów ten dźwięk. Może chłopak powtórzył to zbyt wiele razy, a do ptaka dotarło już dawno? Nieważne, to i tak był najlepszy pomysł, na jaki wpadł. Odetchnął głębiej, podszedł do Bramy i skinął wartownikom, by otworzyli przejście. Raróg wbił szpony w grubą rękawicę, nieco niedopasowaną, ale chłopak nie bardzo się tym przejmował. Dla pewności Aleks poprawił chwyt na rzemyku, którym związano ptakowi nogi, i zagłębił się w przejście.
Przechodząc przez Bramę, można było dotrzeć w najdalszy zakątek świata. Oczywiście preferowano podróże między dwoma Bramami, zwłaszcza te zaplanowane z kilkudniowym wyprzedzeniem, by uniknąć problemów z ruchem przychodzącym i wychodzącym jednocześnie, ale była też możliwość wysłania kogoś na kompletne odludzie. Aleks z niej skorzystał.
Po kilkusekundowej podróży znalazł się w powietrzu kilkadziesiąt metrów nad lasem. Nie żeby go przed tym nie ostrzegano, w końcu to było o wiele bezpieczniejsze niż ryzykowanie pojawienia się w drzewie czy pagórku, ale kto by traktował poważnie uwagi członków Dywizji Obronnej? Na wszelki wypadek wykorzystując więcej energii, niż to było konieczne, Aleks utrzymał się w powietrzu i rozejrzał dookoła. Raróg, zupełnie nieprzejęty podróżą, znów wydał ten irytujący dźwięk.
Dookoła był las. Po prostu… las. Kiedy Aleks przeglądał z Nocą mapy, patrzył na puszczę rozciągającą się na wschód od rzeki Białej i mógł stwierdzić, że to był ogromny obszar. Na mapie las ciągnął się od brzegu Morza Wschodniego do Krańcowych Stepów i od rzeki Białej do krawędzi arkusza. Północno-zachodnia część była jako tako zamieszkała, zbudowano tam trakty łączące miasta, Noc nawet wspomniała, że bogatsi ludzie często wybierali się tam na polowania, co było uznawane za formę eleganckiej rozrywki. Aleks znalazł się daleko za zamieszkałym obszarem, a bliżej miejsc, gdzie powinna się ukrywać Jarzębina. Jak okiem sięgnąć, wszędzie był las i nic poza tym. Dopiero teraz chłopak uświadomił sobie, jak nikłe miał szanse na odnalezienie dworu ciotki.
Raróg przestąpił z nogi na nogę.
- Dobra, pierzaku nieszczęsny – westchnął Aleks. – Polecisz i poszukasz dworu, jakiejś wsi, czegokolwiek, co by świadczyło, że nie jestem jedynym idiotą, który się tu pakuje. Szukaj dymu. Słupa dymu nad lasem. Dziwnych chmur, rozumiesz?
Przekrzywił głowę i zakwilił ni to uspokajająco, ni to pogardliwie.
- A idź ty… - mruknął chłopak i wyrzucił ptaka w powietrze, by pomóc mu wystartować.
Żeby nie czekać bezczynnie, postanowił wzbić się możliwie najwyżej w powietrze. Kiedy raróg znikł mu z oczu na wschodzie, wyskoczył Rozmyciem w górę. Potem wykonał kolejny skok. I jeszcze jeden. Po może ośmiu zaczął mieć problemy ze złapaniem oddechu i dostał zawrotów głowy. Zapomniał, że im wyżej, tym niższe ciśnienie powietrza. Zacisnął zęby i wyskoczył jeszcze raz, ale z trudem utrzymał wysokość. Spróbował ponownie, przypominając sobie oglądane na Ziemi zdjęcia z samolotów pasażerskich, lecących na wysokości kilku kilometrów. Jeszcze trochę i starczy… Pogoda dopisywała, po niebie dryfowały pojedyncze białe obłoki. Zatrzymał się na tej samej wysokości, co chmury. Utrzymanie się w powietrzu wymagało naprawdę dużej ilości energii, więc rozejrzał się, chcąc czym prędzej wrócić na ziemię. Na północnym wschodzie majaczył biały słup ni to dymu, ni to chmur. Co prawda chłopak nie miał pewności, czy nie ulega złudzeniom, skoro tak bardzo chciał to zobaczyć. Zaczynało brakować mu tchu i zrobiło mu się zimno, więc opadł powoli, hamując energią, aż zatrzymał się tuż nad wierzchołkami drzew. Słup dymu musiał być naprawdę ogromny, skoro dało się go dostrzec z takiej odległości, ale w końcu nie miał do czynienia ze zwykłym domostwem, tylko fabryką broni podobno napędzaną parą.
Raróg znikł na dobre. Aleks uznał, że nie ma sensu marnować więcej energii, i wylądował na najbliższej polanie, zapamiętując, w którym kierunku było widać dym. Las był… zielony. To pierwsze określenie, jakie przyszło mu na myśl. Spodziewał się zobaczyć szare kamienie, czarną korę, brązowe huby – kolorową mozaikę znaną mu ze zdjęć i ilustracji, ale wszystko to, co mogło być wielobarwne, pokrywał mech. Mech był wszędzie: na korze, kamieniach, zbutwiałych, zwalonych pniach… Chłopak zapadał się w niego głęboko i pogratulował sobie decyzji, by iść w wygodnym, praktycznym mundurze – wysokie buty skutecznie chroniły jego nogi przed wilgocią.
W lesie było duszno. Roślinność parowała, a woda skraplała się na liściach, płatkach i grzybach. W dodatku w powietrzu unosił się słodkawy zapach kwiatów i rozkładu, połączenie przypominające, że o tej porze roku las żył w pełni, a to, co umarło, zaraz zmieniało się w pożywkę dla tego, co rosło. Zapach, nawet jeśli nieco duszący, nie był nieprzyjemny, i chłopak odetchnął nim pełną piersią.
Las… szumiał. To nie był szum pojedynczych drzew w parku, ale nieustanny szmer tysięcy odgłosów zlewających się w jedno. Ptaki świergotały, gałęzie stukały o siebie i trzeszczały, liście szemrały, gdzieś w oddali chlupotał strumyk, pszczoły i inne owady bzyczały, a Aleksowi naprawdę zaczęło się wydawać, że słyszy, jak odwieczna puszcza żyje i wciąż rośnie. To było ciekawe, całkiem miłe wrażenie. Gdzieś nad jego głową rozległo się głośne, miarowe stukanie. Odwrócił się natychmiast, ale w koronach drzew nie potrafił niczego wypatrzyć. Był wyczulony na ruch, ale ten zmysł na niewiele się zdawał w miejscu, gdzie całe otoczenie poruszało się nieustannie. Po chwili w górze załopotał niewielki ptak, biało-czarny z czerwoną plamką na głowie. Dzięcioł. Oczywiście. Aleks poczuł się jak idiota.
Między drzewami zamajaczyły ciężkie, prawie czarne sylwetki dzików. Chłopak sięgnął po pistolet, uznając, że huk powinien spłoszyć zwierzęta, zanim się zbliżą. Poczuł się pewniej z bronią w ręku. Dziki odeszły, nie zwracając na niego żadnej uwagi.
Wilczyca pojawiła się obok niego, dość wyraźnie okazując irytację.
Uspokój się, Wilcze Szczenię, w jego myślach rozległ się jej głos. Jestem przy tobie, a ty jesteś tu gościem. Nie zachowuj się jak nieprzyjaciel.
- Co  masz na myśli?
Las nie wyrządzi ci krzywdy. Las jest domem, nie warowną fortecą.
- Jasne… - Nie był do końca przekonany. Przypomniał sobie opowiadania przyjaciół o duchach lasu. Wciąż nie był przekonany, czy to były żarty.
Zagwizdał, by przywołać raroga. Kryształowy Słowik mu mówił, że ptak usłyszy wołanie niezależnie od odległości. Oby.
Pozostało mu czekać. Przysiadł na mchowej poduszce na głazie i przejrzał zawartość torby. Peleryna przeciwdeszczowa zajmowała dużo miejsca, a list od ojca do Jarzębiny był przez nią odrobinę wymięty, bardziej niż mapa i list od Nocy. Poza tym chłopak miał przy sobie kule i prochownicę oraz niewielką manierkę z  rozcieńczonym winem i kanapki z kiełbasą i serem. Przesunął dłonią po pasku na biodrach. Miecz, nóż i pistolet, wszystko na swoim miejscu.
Zdecydował się zjeść teraz drugie śniadanie, by zmniejszyć obciążenie, ale przede wszystkim z nudów. Zresztą, z każdą chwilą nabierał przekonania, że słup dymu nie był przywidzeniem, a to oznaczało, że nie będzie się kręcił nad lasem godzinami, tylko w miarę szybko odnajdzie cel.
Raróg przyleciał po kilku minutach i usiadł na gałęzi, piszcząc cicho.
- Znalazłeś coś? – spytał bez przekonania chłopak.
Ptak załopotał skrzydłami. Wilczyca popatrzyła na niego z zaciekawieniem.
- Mam ci wierzyć? – mruknął retorycznie Aleks.
Raróg pisnął przeraźliwie i wzbił się w powietrze, obwieszczając światu, że znowu się obraził.
- Hej, zaczekaj! – zawołał za nim Aleks, ale on już zdążył zniknąć nad koronami drzew. Chłopakowi pozostało tylko za nim podążyć, a Wilczycy wrócić do miecza.
Dwadzieścia rozmyć. To dawało jakieś dziesięć kilometrów, a puszcza ciągnął się na kilkaset w każdą stronę. Aleks zacisnął zęby. Zaczynał mieć wątpliwości, czy starczy mu kondycji, by odnaleźć dwór. Raróg zagwizdał, wskazując mu kierunek.
- Obyś mnie nie oszukiwał, poduszko niedoszła – mruknął chłopak i wykonał kolejny skok nad koronami drzew.
Słup dymu było widać z daleka. Aleks odetchnął z ulgą, ta podróż zaczynała go męczyć. Wkrótce dostrzegł wykarczowaną płaską przestrzeń, kontrastującą z ciemną leśną gęstwiną. Teren osady był otoczony prymitywnym ostrokołem. Chłopaka odrobinę zdziwił ten anachronizm, ale właściwie czego więcej było potrzeba, by zniechęcić dzikie zwierzęta do grasowania między zabudowaniami? Niezupełnie pośrodku, bliżej niego wzniesiono dość duży kompleks budynków. Kiedy chłopak zbliżył się jeszcze trochę, zaczął dostrzegać szczegóły poszczególnych domów, a za nimi wypasane krowy i kozy, ludzi kręcących się po osadzie, nawet suszącą się za domami pościel. Domy były zbudowane z bali, kryte gontem. Oczywiście, jaki inny budulec można było znaleźć w sercu puszczy? Z prawej stał największy budynek mieszkalny – przysadzisty dwór zaprojektowany na planie prostokąta. Z lewej, w pewnym oddaleniu od domówi i zabudowań gospodarczych, stała niesławna fabryka ziejąca w niebo słupem dymu i pary.
Fabryka była ogromna w porównaniu z innymi budynkami. Znacznie wyższa i mniej ozdobna, sprawiała nieprzyjazne wrażenie. Z miejsca, gdzie Aleks się zatrzymał, wyglądała na przytuloną do ściany lasu. Poza tym z tej odległości niewiele dało się powiedzieć.
Aleks utkwił wzrok w placu między fabryką a oborami i wykonał kolejne Rozmycie w tamtym kierunku. Po jeszcze jednym, zauważył, że na placu zebrało się około sześciu ludzi. Stali i wskazywali na niebo. Na niego. Póki co to go nie zaniepokoiło, od początku nie zamierzał wślizgiwać się do dworu po kryjomu. Ostatni skok Rozmyciem przeniósł go nad teren osady, tuż za ostrokół. Chłopak zawisł w powietrzu, jeszcze raz ogarnął wzrokiem plac i wreszcie dostrzegł coś, czego powinien wypatrywać od początku. Ludzie na dole nie wskazywali na niego rękoma. Celowali w niego z długolufowych strzelb.
Otarł pot z czoła i skrzywił się. Oczywiście spodziewał się, że każdy mieszkaniec Leśnego Dworu będzie miał przy sobie broń palną, ale liczył, że zadają mu kilka pytań, zanim będą strzelać. Teraz nie był już tego taki pewny.
Ludzie rozmawiali między sobą, zbyt cicho, by to usłyszał. Nie miał zbyt dużego wyboru poza podniesieniem rąk do góry. Wolał jak najszybciej zejść na ziemię, wiszenie w powietrzu było naprawdę męczące na dłuższą metę.
- Nie strzelajcie, jestem posłańcem.
Odpowiedź otrzymał prawie natychmiast.
- Złaź. Trzymaj ręce w górze.
Polecenie spełnił z ulgą. Nawet nie patrzył, gdzie ląduje, i to był błąd. Znalazł się na otwartym terenie, z dala od jakiejkolwiek osłony, z ostrokołem za plecami, a teraz już dziesiątką uzbrojonych, celujących w niego z różnorakiej broni ludzi przed sobą. Z frustracją otarł pot z czoła. W dodatku Wilczyca zaczęła domagać się wyjścia na świat. Zirytowany, uciszył ją w myślach.
Ciemnowłosy, zarośnięty mężczyzna stojący przed pozostałymi, kiwnął wymownie dużym pistoletem o szerokiej lufie. Aleks posłusznie podniósł wyżej ręce. Wciąż słabo znał się na broni, ale i tak mógł sobie wyobrazić, jak paskudne będą rany wylotowe po postrzale z tego monstra. Miał ogromną nadzieję, że broń była nabita zwykłymi nabojami.
- Chciałbym porozmawiać z panią Jarzębiną – odezwał się, czując się jak ostatni idiota. To naprawdę nie zaczęło się dobrze, a po części winny był on, że nie przemyślał lepiej wejścia.
- Zobaczymy, czy pani Jarzębina zechce rozmawiać z tobą. Coś za jeden?
- Obrońca Ludzi, adiutant generał…
- Oznaki widzę, coś za jeden?
Aleks przełknął przez zaschnięte gardło. To nie był odpowiedni moment, by sięgnąć po manierkę czy nawet o to poprosić.
- Syn Jesiona.
- Oczywiście. I pewnie sędziny Wiązówki.
Chłopak popatrzył na rozmówcę niepewnie, nie mając pojęcia, o kim mowa. Herszt machnął ręką, widząc, że zmarnował żart.
- A pan kim jest? Skoro już się przedstawiamy.
Wilczyca zaczęła dopominać się coraz bardziej nachalnie. Aleks przymknął oczy, próbując ją uspokoić.
- Najpierw daj mi powód, bym mógł schować broń, potem się przedstawię.
Aleks zaczął gorączkowo myśleć, co jeszcze mógłby powiedzieć. Czerstwa twarz, nieufne spojrzenie zmrużonych oczu, a przede wszystkim wycelowana w niego armata nie zachęcały do wylewności. Tymczasem ludzi na placyku, a co za tym idzie skierowanych w niego luf, zaczęło przybywać. Otoczony tłumikiem gapiów, z ponad trzymetrowym ostrokołem za plecami, po raz pierwszy w życiu poczuł się naprawdę poważnie zaniepokojony. I po raz pierwszy miał czas o tym myśleć. Nie miał wątpliwości, żę ci ludzie nie zawahają się przed pociągnięcie za spusty na sygnał herszta, a wtedy cała nadzieja w Bezimiennym.
- Rozbroić go? – spytał ktoś z boku, stojący bliżej chłopaka niż przywódca.
- Zostaw. To Wojownik, wyciągnie miecz, zanim zrobisz krok – ostudził go mężczyzna.
Kilku ludzi cofnęło się o krok, nie ze strachu, bardziej z ostrożności. To dało Aleksowi punkt wyjścia. Słaby, bo słaby, ale jedyny.
- Przed kulami też się uchylę. A nawet jeśli nie, to niewiele mi zrobią – odezwał się, przygotowując się do Rozmycia w jedynym niezablokowanym kierunku: w górę. – Możecie schować broń, nie będę sprawiał kłopotów. Chcę tylko porozmawiać z panią Jarzębiną.
- Nie ma mowy.
Wcale nie oczekiwał, że coś osiągnie.
- Mogę wam oddać broń. I miecz.
Wilczyca zawyła ostrzegawczo w jego umyśle.
- Nie ma mowy. Nie próbuj nas oczarować, żołnierzyku. Jeśli mamy ci uwierzyć na słowo, uwierzymy w jedno: w przysięgę, którą złożyłeś, wstępując do Armii. – Aleks kompletnie nie miał pojęcia, jakie to miało znaczenie. – Ty obiecałeś nie skrzywdzić innego człowieka, my nie. Więc zatrzymaj sobie swój miecz, a my nie opuścimy broni.
- I… będziemy tutaj tak stać?
- Aha.
Przełknął ponownie.
- Mogę się chociaż napić? Leciałem tu od rana.
- Nie umrzesz bez tego.
Przestąpił z nogi na nogę. Ręce zaczynały mu drętwieć, a Wilczyca się niecierpliwiła.
- I… na co tak właściwie czekamy? Aż pani Jarzębina zauważy zamieszanie z drugiego końca osady?
- Czekam na pretekst, by móc cię zamienić w kupkę popiołu.
Aleks poczuł ciarki na karku.
- Naprawdę nie radzę próbować. Jeśli zginę, wybuch energii zmiecie wam fabrykę, ostrokół, trochę zabudowań i wszystkich ludzi po drodze – powiedział z napięciem. To miało być ostrzeżenie, ale zabrzmiało jak groźba. Tłum zaszemrał.
- Czyli jednak możesz zginąć od kul.
Wzruszył ramionami. Nawet nie był na siebie zły, że dał się podpuścić.
- Skoro już tu sterczymy, mogę wypuścić ducha miecza? Macie rację, że nic wam nie zrobię, bo…
- Nie czaruj. Odpowiedź brzmi: nie.
Wilczyca była uparta jak osioł.
- Proszę. Zawsze chodzę ze zmaterializowanym.
- Nie wydurniaj się.
- Naprawdę jej nie utrzymam.
Wilczyca pojawiła się, zanim herszt odpowiedział. Aleks usłyszał huk gdzieś z prawej, a po chwili smagnięcie gorąca na udzie. Uskoczył, zanim zarejestrował, co się stało, więc kula tylko go musnęła. Westchnął z ulgą. Po przypomnieniu, jak wygląda śmierć Wojownika, większość ludzi opuściła lufy, by celować poniżej jego klatki piersiowej, i całe szczęście. Rana zagoiła się, zanim chłopak ocenił szkody. Nie dziękuj, rzucił Bezimienny. Wilczyca popatrzyła w miejsce, z którego padł strzał, z miną wyrażającą politowanie, i zwróciła złote oczy na herszta. Ten wykazał się większym opanowaniem, ale też przestał sprawiać tak przyjazne wrażenie jak dotąd.
- Mówiłem, że kule niewiele mi zrobią – odezwał się bez przekonania Aleks.
Mężczyzna zmrużył oczy jeszcze bardziej.
- Następnym razem strzelajcie z przyłożenia. W kolana – wycedził, patrząc chłopakowi w twarz.
Ludzie posłusznie zmienili cel, a Wojownik nie mógł się nie zastanawiać, czy po strzale z takiej armaty, jaką trzymał herszt, z jego kolan cokolwiek zostanie. Prawdopodobnie nawet Bezimienny nie poradziłby sobie z takim urazem. Wilczyca, która stała z opuszczonym ogonem przy jego lewym boku, szczerząc zęby, nie poprawiała sytuacji.
Wciąż jedyną drogą ucieczki było powietrze. Celowano w niego z odległości kilku metrów, ale przy takiej ilości kul, ktoś prawie na pewno by trafił, gdyby chłopak uskoczył w tył czy w bok, jak wcześniej.
- Żarty się skończyły, chłopcze – powiedział herszt, pochodząc do niego.
Aleks uparcie patrzył mu w twarz, ale kiedy poczuł szturchnięcie czymś twardym w krocze, odruchowo opuścił wzrok. Mężczyzna miał zaskakująco delikatną, wcale nie sękatą dłoń, zauważył absurdalnie, zanim zamknął oczy. Dłoń trzymała pistolet wycelowany poniżej jego pasa. Chłopak przełknął z trudem, próbując się uspokoić. Przede wszystkim nie prowokować.
- Chciałem po dobroci, ale jak nie, to nie – ciągnął herszt. – Sikorko, rozbrój go.
Przed tłum wyszła dobrze zbudowana kobieta w burych spodniach i nieco rozchełstanej koszuli i schowała swoją broń. Aleks przypomniał sobie, że Półksiężyc wspominał o kapitan o takim samym imieniu w swoim pułku. Chłopaka nie zdziwiłoby, gdyby to było jedno z popularniejszych żeńskich imion. Kolejna absurdalna myśl w tej sytuacji.
Sikorka wyjęła mu z kabury pistolet, prawie odruchowo zerknęła na chwyt.
- O, nasz. – Wydawała się lekko zaskoczona.
Wsadziła pistolet za pasek, zabrała chłopakowi nóż i sięgnęła po torbę. Aleks pochylił głowę, by jej trochę pomóc. Kobieta przerzuciła ją sobie przez ramię.
- Co jest w torbie? – rzucił przywódca, nie spuszczając wzroku z twarzy chłopaka.
Sikorka odrzuciła klapę i pogrzebała w niej torbie jedną ręką.
- Peleryna przeciwdeszczowa, prochownica, kule, manierka, jakieś papiery… - Przyjrzała się uważniej, pochylając się i opierając torbę o kolano. – Mapa, dwa listy.
- Co jest na pieczęciach?
- Na jednej nic, pusta. Druga… granatowy lak z Księżycem i Gwiazdą.
Aleks poczuł, że ludzie dookoła stali się mu jeszcze bardziej nieprzychylni. Herszt nie zadawał więcej pytań, więc Sikorka znowu zbliżała się do chłopaka, tym razem z lewej.
- Niech pani zaczeka – odezwał się szybko. – Mogę pani oddać miecz, ale niech pani go nie dotyka, bo panią kopnie. – Nie zrozumiała. – Niegroźnie strzeli.
Popatrzyła pytająco na przywódcę. Ten skinął głową. Aleks z ogromną ulgą opuścił lewą rękę do paska, rozpiął klamerkę, nieco nieporadnie przez rękawicę sokolniczą, chwycił miecz za pochwę i podał kobiecie. Ta schowała jego nóż do torby i wzięła miecz w obie ręce, ostrożnie, ale nie strachliwie. Odrobinę ugięła się pod jego ciężarem, ale zaraz poprawiła chwyt i przyjrzała się rękojeści.
- Wstążeczka od ukochanej? – zadrwiła.
Aleks zacisnął zęby. Sikorka przesunęła dłońmi po jego nogach i ramionach, po wewnętrznej stronie paska, wreszcie sprawdziła, czy nie ukrył czegoś w cholewkach butów. Kiedy odstąpiła od niego, znów odezwał się herszt.
- Teraz zawołaj ptaka.
- Co? – spytał odruchowo Aleks.
Mężczyzna popatrzył wymownie na rękawicę na jego lewej dłoni. Aleks westchnął w myślach. Nie pozostało mu nic poza potulnym spełnianiem poleceń. Zniżył prawą dłoń do ust i zagwizdał.
Raróg bardzo szybko pojawił się nad osadą i zaczął kołować. Chłopak zagwizdał ponownie i wyciągnął w górę lewą rękę. Ledwo ptak na niej wylądował, został zabrany przez jakiegoś młodego mężczyznę. Ten, odebrawszy chłopakowi ptaka, wyszedł na otwartą przestrzeń, a za nim kobieta, która pospiesznie przeszukiwała kieszenie. Wreszcie wyjęła kapturek – Aleks zmrużył oczy, by lepiej widzieć – i założyła rarogowi. Chłopak znów skupił się na przywódcy.
- Imię – usłyszał.
- Obrońca Ludzi.
Mężczyzna popatrzył na niego sceptycznie. Aleks wzruszył ramionami.
- Ród, jeśli jakiś?
- Szóstego Drzewa.
- Bez żartów. Wisielczy humor ci nie pomoże.
- Nie żartuję, jestem synem Jesiona.
- Dobra, wrócimy do tego. Kto cię tu przysłał?
- On i Biała Noc.
- Po co?
- Z listami. – Powoli zaczynał chrypnąć. Naprawdę chciało mu się pić.
- Dlaczego ciebie?
Nie zrozumiał, o co chodzi.
- Dlaczego wybrali cię na posłańca? Skazaniec? Szaleniec? Samobójca?
- Bo… byłem w stanie tu przylecieć, a pani Jarzębina jest moją ciotką.
- Śpiewaj tak dalej. Jak się tu dostałeś?
- Rozmyciem. Przeskakiwałem po jakieś sześćset kroków do przodu i trochę w górę, potem znowu, zanim spadłem.
- Czyli jednak szaleniec.
Aleks wzruszył ramionami.
- Mogę wreszcie opuścić ręce?
- Nie.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem.
- Związać go, wilka też – polecił przywódca, a chłopak poczuł przypływ desperacji.
- Naprawdę nie będę stawiał oporu, obiecuję – zawołał. Bez skutku.
Ludzie zbliżyli się do niego, stanęli pomiędzy nim a Wilczycą, która pisnęła rozpaczliwie. Między ich ramionami Aleks dostrzegł, jak założono jej na szyję pętlę ze sznura. Duch szarpnął się odruchowo i chłopak zaraz poczuł jego panikę, gdy pętla się zacisnęła. Mimo wszystko Wilczyca uparcie nie chciała wrócić do miecza. Zaraz założono jej drugą pętlę.
Tymczasem w tłumie, który urósł do prawie dwudziestu ludzi, znalazł się kawałek sznura wystarczająco długi, by związać chłopaka. Dopiero gdy Aleks poczuł, jak szorstki powróz drapie go w szyję, zaczęło do niego docierać, w jak paskudnej sytuacji się znalazł. Do tej pory łudził się, że w każdej chwili będzie mógł uciec Rozmyciem w górę, ale teraz stracił tę pewność. Rozmycie było dość trudno wykonać, mając ograniczone ruchy, w dodatku zbyt wiele musiałby zostawić w rękach mieszkańców osady.
Jakby co, jestem do usług, zaszydził Bezimienny. Spaprałeś to koncertowo.
Aleks zacisnął zęby. Trudno było zaprzeczyć, że demon mógł się okazać jego jedyną nadzieją, skoro chłopak pozwolił sobie odebrać miecz i związać Wilczycę. Myśl, że go nie zabiją z obawy przed wybuchem, wciąż była niejakim pocieszeniem.
Mają twój miecz. Użyją go i będziesz miał problem z głowy. A głowę z karku…
Napięcie w tonie Bezimiennego było niepokojące. Jeśli nawet demon przejmował się sytuacją… Jakby nie patrzyć, miał rację. Wojownika można było zabić jego własnym mieczem, by uniknąć wybuchu energii. Aleks nie był aż tak naiwny, by zakładać, że mieszkańcy osady o tym nie wiedzieli.
Zawiązano mu pętlę na szyi, przekręcono węzeł na kark, drapiąc mu niemiłosiernie gardło, i przełożono oba końce sznura nad jego ramionami do przodu. Szturchnięciem lufą herszt przypomniał mu, by niczego nie próbował. Chłopak nie miał takiego zamiaru. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak bezsilny. Kazano mu opuścić ręce i związano je w niewielkiej odległości od jego szyi – tak, że nijak nie mógł ich wyprostować czy nawet sięgnąć do paska albo do kieszeni. Nie mógł też dotknąć węzła na karku. To było przerażająco skuteczne.
Herszt sprawdził węzły jedną ręką, chwycił za sznur i pociągnął gwałtownie, ale niezbyt mocno. Zaskoczony, chłopak zrobił krok do przodu, by złapać równowagę. Zaklął pod nosem.
- Nie jestem psem. Możecie mi po prostu powiedzieć, żeby iść – zawołał.
Zignorowano go. Otoczono go dość zwartym kordonem i poprowadzono w stronę dworu. Aleks zauważył, że na czele pochodu szła Sikorka z jego mieczem przerzuconym przez ramię. Chłopak zacisnął zęby z frustracją. Wpakował się, nie ma co. A chciał tylko pokazać, że nie będzie sprawiał kłopotów. Nie miał pojęcia, co go teraz czekało, ale dopóki nic mu bezpośrednio nie zagrażało, mógł udawać potulnego, a potem… ciekawe, czy Bezimienny będzie w stanie rozerwać sznur czystą siłą fizyczną. Bez jego pomocy i bez miecza pod ręką chłopak raczej sobie nie poradzi.
Wreszcie poszedłeś po rozum do głowy, zadrwił demon, a chłopak natychmiast zaniechał tego pomysłu.
Nie przeszli pięćdziesięciu kroków, kiedy od strony dworu dobiegły ich głosy rogów i pojedyncze wystrzały.
- O, jakie piękne wyczucie czasu – skomentowała Sikorka.
Nikt więcej się nie odezwał, ale ruszyli nieco żwawiej. Szturchany i pociągany za sznur, z widokiem w dużej mierze zasłoniętym przez ludzi, Aleks zbliżył się do dworu. Dwór nie był duży w porównaniu z gmachami w Czerwonym Mieście, zbudowany na podmurówce z kamieni, ze ścianami z bali i dachem z gontu, sprawiał bardzo swojskie wrażenie, jak przydrożne zajazdy na Ziemi. W ogóle cała osada wyglądała na skansen, nawet w Zaświatach. Budynki były z zewnątrz toporne, wręcz prymitywne i tego wrażenia nie poprawiały pięknie wycinane okiennice i deski na obrębach dachów, a sterczyny na kalenicach nadawały zabudowaniom wręcz archaiczny wygląd. Sterczyny były rzeźbione bardzo ładnie, w siedzące koty i stroszące pióra sowy, ale mimo wszystko przywodziły na myśl dawno wymarłe kultury.
Strój ludzi pasował klimatami do otoczenia. Zdecydowana większość nosiła spodnie, przeważnie skórzane. Pojedyncze kobiety, które nadeszły od strony domostw i zabudowań gospodarczych, miały na sobie proste spódnice, ale to naprawdę były wyjątki. Z drugiej strony, jeśli chłopak dobrze sobie wyobrażał częściowo zautomatyzowaną fabrykę broni, nie przypuszczał, by wpuszczano w pobliże kuźni kogoś w luźnym stroju, który mógł się wciąć w maszyny lub zająć się ogniem. Poza tym przeważały jasne, proste koszule, niektóre ze skróconymi czy w ogóle odciętymi rękawami. Dwóch mężczyzn nie miało nawet koszul, a jeden na gołą klatkę piersiową założył fartuch z grubej skóry. Cała trójka była umorusana czarnym pyłem, a ich ciała znaczyły drobne różowe blizny po oparzeniach. Musieli pracować w kuźni.
W sumie Aleks nie wiedział, co o tym myśleć. Ci ludzie przenieśli się do Leśnego Dworu jakieś dwadzieścia sześć lat temu. W Zaświatach dorastało się w wieku lat około pięćdziesięciu, więc nikt z tu obecnych nie urodził się w tej osadzie. Wszyscy pochodzili z zaawansowanej kultury. Chłopakowi trudno było uwierzyć, że bez żalu porzucili wygody życia w większym społeczeństwie. Przyjrzał się uważniej twarzom prowadzących go ludzi. Właściwie z bliska nie wyglądali na zaniedbanych. Mieli zdrową cerę, opaloną skórę (w przypadku niektórych nawet spaloną słońcem). Ci, którzy mieli długie włosy, splatali je na karku w ścisłe warkocze. Mężczyzna, który prowadził Aleksa, był jedyną aż tak zarośniętą osobą. Proste, zniszczone i brudne stroje bardzo łatwo było wytłumaczyć nienajczystszą pracą fizyczną, czy to w gospodarstwie, czy w fabryce.
Kordon zatrzymał się, gdy weszli na dziedziniec przed dworem, i rozwinął się, otwierając Aleksowi widok na plac, budynki mieszkalne po lewej i otwartą na oścież bramę po prawej. Przed bramą stała tęgawa kobieta w obcisłym skórzanym stroju i z brązowym warkoczem zwisającym na plecy. Przez jedną rękę przełożyła przełamaną strzelbę, a drugą dyrygowała ludźmi wchodzącymi do osady, niosącymi – Aleks nie mógł uwierzyć własnym oczom – ćwierci upolowanej zwierzyny. Ogromne ciemnobrązowe nogi przypominały z wyglądu krowie, ale to zdecydowanie nie była krowa. Wreszcie trójka ludzi wniosła na platformie opieranej na ich ramionach głowę… żubra. Jarzębina (Aleks nie miał wątpliwości, że to właśnie była jego ciotka) upolowała żubra. Chłopak poczuł nagłą chęć, by usiąść choćby i na gołej ziemi. Ciotka wróciła z polowania z poćwiartowanym żubrem.
Kiedy za myśliwymi zamknięto bramę, Jarzębina zwróciła się do zebranych.
- Co to za zbiorowisko? Tulipanie, Modrzewiu, dlaczego nie ma was przy ogniu? – zwróciła się do umorusanych sadzą mężczyzn.
Sikorka wystąpiła do przodu.
- Ich zmiana skończyła się ponad godzinę temu. Nieźle się zabawiłaś.
Jarzębina zmarszczyła brwi, wpatrując się w miecz, który druga kobieta wciąż trzymała oparty na ramieniu.
- Aha, to nie koniec rozrywek – Sikorka potwierdziła jej domysły.
- Intruz. – Druga kobieta z uśmiechem wskazała na Aleksa, który bardzo się starał zachować resztki godności. – Ten dzieciak?
Jarzębina podeszła kilka kroków w jego stronę, przyglądając się mu z marsową miną. Po chwili zerknęła na miecz niesiony przez Sikorkę i potrząsnęła głową.
- Zaraz się nim zajmiemy.
Wyraźnie szukała kogoś wzrokiem w tłumie. Zarośnięty mężczyzna, który prowadził Aleksa, oddał komuś sznur i wyszedł na spotkanie szlachciance.
- I jak? – spytała.
- Cztery dni ślęczałem nad tymi obliczeniami. Fizyka twierdzi, że się da. Moja intuicja upiera się, że jeśli źle nawiercimy te otwory albo materiał będzie wadliwy, wybuchnie ci to w rękach.
- Zerknę wieczorem, co ci wyszło – zapewniła go Jarzębina.
- Będę wdzięczny. – Przetarł dłonią oczy.
- Obliczenia są w porządku, sprawdzałam je – wtrąciła się Sikorka. – Ale, Jarzębino, wciąż nie rozumiem, po co my się nad tym głowimy. Broń palna powinna być głośna i robić duże dziury. Jak ktoś chce cichą broń, niech sobie znajdzie kuszę. Celność porównywalna, a może i lepsza.
- Wyjątkowo zgadzam się z Sikorką. Tłumieniem huku można dodatkowo obniżyć celność.
Jarzębina potarła w zamyśleniu policzek.
- Jak powiedziałam, przyjrzę się temu wieczorem. Tymczasem, Mosiężny Liściu, idźże się przespać. Znowu zarywałeś noce, prawda?
- Nie aż tak bardzo, ale nie odmówię drzemki. Ledwo co skończyłem, ten dzieciak spadł z nieba.
Jarzębina popatrzyła na niego pytająco, ale tylko machnął ręką.
- Idź, zaczynasz bredzić. I ogol się przy okazji, bo wyglądasz jak ostatni zbir.
Odszedł w stronę dworu, mamrocząc coś pod nosem. Jarzębina przez chwilę patrzyła za nim, po czym zwróciła się do Aleksa, ten popatrzył jej buntowniczo w oczy, ale wcale nie czuł się taki pewny siebie. W spojrzeniu kobiety była determinacja i stanowczość, jakiej mogłaby jej pozazdrościć nawet Biała Noc.
- Co o nim wiemy? – spytała, nie odrywając od niego wzroku.
- Nic, co by się trzymało kupy – powiedziała Sikorka. – Patrzysz na niego: dzieciak, ledwo pięćdziesiątka mu stuknęła. Ale mundur oficera.
- Adiutanta generała, widzę – sprecyzowała Jarzębina.
- Aha. Skrzydlatych. Czyli na piękne oczy nie dostał.
- Tego nie byłabym pewna. Biała Żmija dostała gwiazdki po Białym Smoku. Co dalej?
- Miecz też jak na starszego oficera przystało. A, tamten futrzak to jego duch miecza, pojawił się, jak tylko chłopak wylądował, i za nic nie chciał zniknąć.
- W jakim sensie „wylądował”?
- Wypatrzyliśmy go, jak wisiał w powietrzu, dysząc jak stara szkapa. Twierdzi, że przeskakiwał Rozmyciem nad puszczą, aż nas znalazł. To w ogóle możliwe?
Jarzębina kiwnęła głową.
- Jesion też tak robił, ale niewielu to potrafiło na dłuższy dystans. Co jeszcze?
- Miał raroga, zamknęliśmy go w ptaszarni. Teraz najlepsze. Pistolet od nas i to robiony na specjalne zamówienie. Poznajesz? – Sikorka podała szlachciance broń.
- Wykonany dla Czerwcowego Wiatru na zamówienie Białego Smoka. Prezent dla niedoszłego szwagra.
Sikorka parsknęła cicho.
- Jakie wnioski dotychczas?
- Wszystko poza wiekiem pasuje. Adiutant generała z rozwiniętym samoistnym mieczem i bronią swojego poprzednika mógł się tu dostać Rozmyciem. – Urwała. Chwyciła Aleksa za szczękę i przyjrzała mu się uważniej. Zacisnął zęby. – Ale, Żywioły, to naprawdę jest dzieciak. Ile masz lat? – zwróciła się do niego.
Spróbował odpowiedzieć, ale z jego wyschniętego na wiór gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Popatrzył błagalnie na kobietę. Krzywiąc się z irytacją, skinęła na Sikorkę.
- Co ja, niańka jestem? – mruknęła druga kobieta, wyjmując z torby manierkę Aleksa. Otworzyła ją, przytknęła mu do ust i przechyliła. Zdążył wypić zaledwie dwa łuki, zanim zabrała naczynie. Oblizał łapczywie wargi.
- Dziękuję – powiedział szczerze.
- Ile masz lat? – powtórzyła Jarzębina.
- Dziewiętnaście.
Kobieta jeszcze bardziej zmarszczyła brwi.
- Odrodzony?
- Nie… Niezupełnie. To skomplikowane.
Zamilkł pod jej twardym spojrzeniem.
- Skomplikowane będzie, jak usłyszysz resztę – kontynuowała Sikorka, poważniejąc. – Twierdzi, że przysłali go tu Biała Noc i jego ojczulek. – Jarzębina przeniosła wzrok na nią. – A tenże ojczulek podobno ma na imię Jesion i jest twoim bratem stryjecznym.
Jarzębina popatrzyła na niego z czystą furią. Chłopak opuścił głowę. Nie chciał rozgniewać ciotki, to naprawdę nie było jego zamiarem. Sądził, żę szczerość będzie dobrym rozwiązaniem. Nawet Sikorka wyglądała na zaniepokojoną, kiedy patrzyła na bliską wybuchu przywódczynię.
- Jeśli to podstęp, to marny – syknęła Jarzębina. – Jeśli to żart, tym gorzej dla ciebie. Obrażasz pamięć mojego kuzyna. Mojego przyjaciela. – Urwała, zbyt wściekła, by mówić dalej.
Aleks popatrzył na nią rozpaczliwie.
- Proszę, niech pani mnie posłucha, tylko tyle. – Nie odzywała się, jakby zachęcając go, by dał jej pretekst do wyładowania na nim jej furii. – Przysięgam na miecz i honor, że to prawda, moim ojcem jest Jesion, były generał Sił Specjalnych. W mojej torbie jest list od niego.
- I od Białej Nocy – wtrąciła Sikorka.
- Tak, pani generał dała mi glejt posłańca i powiedziała, gdzie szukać Leśnego Dworu. Nie mogłem przed nią ukryć, że chcę odnaleźć rodzinę, a gdybym spróbował i mi się nie udało, ona jest moim bezpośrednim dowódcą, naprawdę nie chcę jej podpaść. Ale to wszystko po to, by ciocię poznać i powiedzieć, co tak naprawdę się stało z Jesionem.
- Nie nazywaj mnie „ciocią”. To żałosne. – Jarzębina nie krzyczała, mówiła z pozoru spokojnie. Aleks skulił się jeszcze bardziej, wyczuwając jej z trudem hamowany gniew. – Dlaczego mam wierzyć w choćby jedno twoje słowo?
Odchrząknął. Znów zaczynało zasychać mu w gardle.
- W lewej kieszeni mam zawinięte w kartkę guziki Jesiona. Na kartce jest list do mnie, przeczytajcie go. Jak dołączałem do Armii, nie wiedziałem jeszcze, że był Wojownikiem.
Sikorka wyjęła zawiniątko i rozwinęła papier. Przeczytała list, parsknęła bez wesołości i podała Jarzębinie. Popatrzyła na guziki.
- Ośmioramienne gwiazdki. Nie jedyne w swoim rodzaju.
Jarzębina nie oderwała wzroku od listu. Bardzo starała się zapanować nad wyrazem twarzy, ale dało się zauważyć, że sytuacja wymyka się jej spod kontroli.
- Jeden powinien mieć wyszczerbioną krawędź i małą rysę – powiedziała, wciąż nie odwracając wzroku od listu, ale wyraźnie przestała czytać.
Aleks przymknął oczy, prosząc Króla, Żywioły i wszelkie inne moce, by szczęście mu dopisało. By mógł się stąd wydostać z mieczem, Wilczycą i pamiątkowym pistoletem.
- Jest – potwierdziła Sikorka.
Ręka Jarzębinie zadrżała, ale poza tym się nie poruszyła. Zaniepokojony ciszą, Aleks odważył się zerknąć na nią kontrolnie. W tym samym momencie kobieta zgniotła w ręku kartkę i z wykrzywioną ze złości twarzą zbliżyła się do chłopaka.
- Powiedziano mi, że po Jesionie nie zostało nic, nawet złamany miecz. Nawet guziki – powiedziała takim tonem, że Aleks poczuł ciarki na karku.
Zacisnął dłonie, wbijając sobie paznokcie w ich wnętrza. Miał zdrętwiałe ręce i ten gest nie uspokoił go tak bardzo, jak zazwyczaj. Przesunął ręce, napinając sznur, by nie zasłaniać sobie ust. Powstrzymał się przed powiedzeniem, że nic nie zostało dlatego, że Jesion nie umarł. Nie chciał jeszcze bardziej rozgniewać ciotki.
Mógł się z nią sympatyzować. Według słów ojca, kuzyni byli sobie bliscy i strata kogoś, kogo traktowała jak brata, z pewnością była bardzo bolesna dla Jarzębiny. Gdyby Jesion rzeczywiście zginął, jakaś pamiątka po nim na pewno pomogłaby kobiecie się z tym pogodzić. Przypomniał sobie, jak po śmierci Szmaragdowego Bluszcza zanurzył ręce we wciąż ciepłym popiele i poparzył sobie palce o nadtopione guziki. Wciąż miał po tym drobne blizny, prawie niewidoczne. Pamiętał, że złamanego miecza bał się dotknąć…
Bezimienny odchrząknął.
Nastąp się, ośle. Masz argument pod nosem i go nie widzisz.
Aleks powstrzymał się od kontynuowania wewnętrznego monologu.
„Nadtopione guziki”?
Gdyby nie związane ręce, palnąłby się dłonią w czoło.
- Pani Jarzębino – powiedział poważnie, starając się nie przypominać sobie szczegółów śmierci Bluszcza. – Kiedy Wojownik umiera, tak, w popiele można znaleźć guziki i inne metalowe drobiazgi, ale one zawsze są zniszczone. Nadtopione. Guziki Jesiona…
- Poza tą szczerbą nie mają uszkodzeń – dokończyła za niego Sikorka.
Jarzębina się wahała. Argument podsunięty przez Bezimiennego wyraźnie dał jej do myślenia, ale chłopak był daleki od celebrowania sukcesu. Jednak gdy kobieta nie odzywała się naprawdę długo, nie wytrzymał.
- Po prostu mówię, że generał Jesion nie zginął, tylko poświęcił miecz, co dało wybuch, który Dywizja Obronna odebrała jako jego śmierć. Teraz mieszka na Drugim Świecie i ma się dobrze.
Kobieta nachyliła się do niego, a wyraz jej twarzy sprawił, że Aleks po stokroć pożałował, że nie trzymał języka za zębami.
- Jesion dla mnie zginął. Dostałam list. Opłakiwałam go. Własnoręcznie wykonałam tabliczkę z jego imieniem, ku pamięci. Pogodziłam się z tym.
- I… pani nie chce, żeby okazało się, że on jednak żyje i nic mu nie jest?
- Minęło trzydzieści lat. Co mi po świadomości, że mój kuzyn żyje jako dezerter na Drugim Świecie. Tak czy inaczej już nigdy go nie spotkam, a teraz tym bardziej bym chciała. Nawet dezertera. Nawet durnia, który poświęca miecz i zwiewa z podkulonym ogonem bez pożegnania. Po co mi o tym powiedziałeś, chłopcze?
Aleks opuścił głowę, odchylając ręce na bok. Czuł się podle. Pomysł, by poznać ciotkę tylko dlatego, że są spokrewnieni, teraz wydawał się mu bardzo samolubny.
- Przepraszam panią. Naprawdę przepraszam. Nie pomyślałem o tym w ten sposób.
- Oczywiście. Nie pomyślałeś.
- Oddajcie mi miecz i pistolet. I ptaka. Zniknę stąd i przekażę pani generał Białej Nocy, by nigdy więcej nie próbowała się z wami kontaktować. Jeszcze raz przepraszam.
Jarzębina przybrała surową minę, czego chłopak nie zauważył, wciąż wbijając wzrok w ziemię.
- Doskonale wiesz, że nie możemy tak po prostu cię wypuścić – powiedziała twardo szlachcianka.
- To… co teraz ze mną będzie? Bardzo proszę o odpowiedź. – Znów musiał odchrząknąć i przełknąć.
- Zastanowię się. Posadźcie go gdzieś w cieniu i zwiążcie na kijku – rzuciła do kilku ludzi, którzy pozostali po zbiorowisku: dwóch trzymających Wilczycę, reszty pilnującej chłopaka.
Ogarnęła go jeszcze raz spojrzeniem i odeszła w stronę dworu.

Jan. 30th, 2014

avatar swan

Powojenność, rozdział 27

~27~
- Paniczu, już siódma. Proszę panicza, by się obudził.
Aleks otworzył oczy. Nad jego głową rozpościerał się ażurowy baldachim powyginanych konarów. Między liśćmi prześwitywały promienie słońca. Zamrugał. Baldachim łóżka, haftowany cieniutkimi nićmi. To wiele wyjaśniało. Po pokoju krzątała się dziewczyna w sztywnej granatowej sukience. Kiedy chłopak usiadł na łóżku, dygnęła.
- Dzień dobry paniczowi. Śniadanie zacznie się za półtorej godziny.
Na odchodnym obejrzała się przez ramię. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, chłopak podszedł do okna.
Krajobraz był bardzo malowniczy. Za rezydencją rozciągały się łąki, w oddali upstrzone kępami drzew. Z prawej widok ograniczało skrzydło budynku. Biblioteka, uznał chłopak, odtwarzając w wyobraźni rozkład pomieszczeń. Centralnie, wzdłuż osi gmachu, w odległości może trzystu kroków od niego rosło samotne drzewo. Było ogromne, o perłowej korze i liściach lśniących jak pawi ogon. Mimo otwartej przestrzeni było smukłe i wysokie, niepowykręcane. To było Smocze Drzewo? Nazwa pasowała idealnie, uznał Aleks, przypominając sobie perłowe łuski smoka. Postanowił, że koniecznie musi wypytać o to Półksiężyca.
Przed śniadaniem rozejrzał się po apartamencie. Wszędzie przewijały się motywy drzew. Obrazy przedstawiały polowanie w lesie, zdawały się tworzyć jeden ciąg. Aleks z zaskoczeniem zauważył, że myśliwi mieli krótkie, wygięte łuki, podobne z kształtu do refleksyjnych, ale nie do końca, za to nigdzie nie dostrzegł broni palnej. Może i coś w tym było. Przejrzał książki na regale. Było tam niewiele fikcji, raczej zbiory esejów i almanachy. Nie znalazł niczego, co wyglądałoby na zbiór baśni. Szkoda, opowieść, którą usłyszał od Gwiezdnego Blaska, go zaciekawiła.
Zaraz po śniadaniu Półksiężyc z łobuzerskim uśmiechem wyciągnął Aleksa z jadalni. Najpierw poprowadził go na piętro, pokazał przelotnie gościnne apartamenty, jakby chciał to odbębnić. Okazało się, że cztery największe, w tym ten, w którym nocował Aleks, przeważnie przeznaczone były dla książąt, ale Gwiezdny Blask podchodził do tego dość liberalnie.
Chłopakowi dużo bardziej podobały się szeregi zagraconych pomieszczeń nad biblioteką i sypialniami gospodarzy. Pomyszkowali po nich i zeszli na parter. Aleks mógł wreszcie obejrzeć bibliotekę w blasku słońca. Musiał przyznać, że wyglądała jeszcze bardziej imponująco. Firany w licznych oknach rozpraszały światło. Wczoraj, w marnym blasku kryształów i ognia pomieszczenie wydało mu się ponure, drewno regałów i galerii ciemne, a książki jednolicie oprawione w skórę koloru czerwonego wina. Teraz zauważył, że drewno rzeczywiście było ciemne, ale o ciepłym, czerwonawym odcieniu, a książki miały różnokolorowe grzbiety z posrebrzanymi tytułami.
Nie spędzili tam zbyt wiele czasu – tylko tyle, by Półksiężyc zdążył opowiedzieć anegdotkę, jak przez uchylone okno wleciał tam gołąb. Potem wyszli na korytarz, ominęli gabinet Gwiezdnego Blaska. Księżyc zaprowadził przyjaciela do kolejnego pomieszczenia – dużego pokoju dziennego ze ścianami przystrojonymi trofeami myśliwskimi. Następny w kolejności był salon, umeblowany reprezentacyjnie, prawie że z przepychem. Wchodziło się do niego z jadalni lub z sali wejściowej. Znajdowały się tu oszklone drzwi, zasłonięte firankami, prowadzące na taras. Salon był raczej pusty w porównaniu z innymi pokojami. Księżyc wyjaśnił, że tu przeważnie odbywają się przyjęcia. Aleks rozejrzał się po ścianach, na których wisiały malowane herbowe tarcze z zasadzonymi za nie szablami, a w niektórych przypadkach mieczami.
Księżyc poprowadził go przez jadalnię do mniejszego pokoju dziennego, urządzonego w jaśniejszych barwach.
- Kiedy mężczyźni przebywają w bibliotece, popijając miód i dyskutując o polityce, kobiety mogą tu haftować, słuchać muzyki czy poezji… Co prawda moja siostra nigdy nie spędzała tu zbyt wiele czasu.
Aleks prychnął cicho.
- Gośki też byś tu nie utrzymał zbyt długo.
Księżyc zarumienił się.
- Nigdy nie próbowałbym jej tu zatrzymywać na siłę – odpowiedział prawie bez zająknięcia. Prawie.
Aleks zaśmiał się.
- Oczywiście.
Strażnik nagle spoważniał, skupiając wzrok na dużym urządzeniu pod ścianą. – Tego nie powinno tu być.
Rozsunął drzwi prowadzące do sąsiedniego pomieszczenia. Wypełniały je przeróżne instrumenty muzyczne.
- Mówiłem im, by nie przenosili dzwonków, bo są poluzowane, a i bez tego za łatwo je uszkodzić – westchnął. – No nic, później porozmawiam z Janowcem. Chodźmy na dwór, w domu nie ma już niczego ciekawego.
Aleks podążył za nim bez słowa. Wyszli przez salon na taras, gdzie Półksiężyc rozsiadł się wygodnie na nagrzanych schodach z piaskowca. Aleks zatrzymał się za nim i przyjrzał się mu. W granatowej kamizelce i lśniącej białej koszuli, która aż raziła w oczy odbitym światłem, doskonale pasował do tego miejsca. To był jego dom. Aleks, mimo wszelkich uroków, wciąż czuł się tu nieswojo.
- Obrońco? – ponaglił go Strażnik. Kiedy chłopak usiadł koło niego, spytał: - I jak?
- Ładnie tu.
- Wyglądasz na niespokojnego.
Chłopak potrząsnął głową.
- To po prostu trochę przytłacza. Ten dom, służba…
- Daj spokój, to praca jak każda inna, a dom… Doprawdy, wychowałeś się w domu grabarza, nad warsztatem, w którym robił trumny.
Aleks parsknął cicho.
- To co innego.
- Być może, jednak do tego też da się przywyknąć. Choć nie przeczę, że Biały Dwór był bardziej przytulny.
- Biały Dwór? – podchwycił chłopak.
- Tam mieszkała twoja rodzina, zanim generał Jesion zaginął. Urocze miejsce, bardzo jasne i przestronne, choć osobiście wolę pejzaże i scenki rodzajowe od schematów broni palnej na ścianach.
- Byłeś tam?
- Kilka razy, w dzieciństwie.
- Gdzie to jest?
- Na północy, na skraju Odwiecznej Puszczy. Tylko, Obrońco, w tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć, w jakim stanie jest dwór.
- Jak to?
- Kiedy odkryto przekręty pani Jarzębiny, dobra, których nie sprzedała, zostały zajęte, by spłacić zaległe podatki. Dzieła sztuki, instrumenty czy broń przetransportowano do skarbca książęcego, ale same zabudowania… Rozumiesz.
- Biała Noc przywłaszczyła sobie jej majątek.
- Nie! Nie w ten sposób. Wszystko jest przechowywane w skarbcu, moja siostra nie spieniężyła tego, do niczego nie wykorzystała.
- Dlaczego? Nie rozumiem.
Księżyc westchnął.
- Nie chcę ci zbytnio mieszać w głowie.
- Wiesz, że ona namiesza mi jeszcze bardziej. Biała Noc.
- Nie pytaj jej o to, to drażliwy temat. Ile wiesz?
- Niewiele. Za wykręcanie się od podatków Biała Noc pozbawiła ciotkę licencji i majątku. Próbowała odebrać jej tytuł, ale ciotka zwiała.
- Wierzysz w to? – Wzruszył ramionami. – Naprawdę wierzysz, że moja siostra tak po prostu odpuściła? Ona?
- Myślałem, że książę ją przekonał.
- To też. Spytam inaczej, ile słyszałeś o Smoczych Drzewach?
- Co to ma do rzeczy?
- Zaraz wyjaśnię. Więc?
Wzruszył ramionami.
- Wczoraj pierwszy raz o nich usłyszałem.
Księżyc pokręcił z niedowierzaniem głową.
- I nie zdziwiło cię twoje własne nazwisko?
- Nie.
- Dobrze, po kolei. Zanim Król zamieszkał w Pałacu w Chmurach, polecił swoim przyjaciołom sprawować rządy w swoim imieniu. Na dowód swojej przychylności i jako symbol ich władzy i przywilejów przy ich domostwach zasadził Smocze Drzewa, szczep wychodowany w Pałacu w Chmurach. Drzewa te mają korę twardą jak smocza łuska, a ich sok pali jak smoczy ogień. Tych drzew nie złamie wiatr ani żadna siła znana ludziom. Król powiedział, że dopóki te drzewa będą rosły, pan na tych ziemiach będzie dźwigał nadany mu tytuł.
- Tylko tyle?
- W tym problem.
- Król mówił o książętach, prawda? Zatem Smoczych Drzew jest pięć, a to jest jedno z nich? – Wskazał na samotne drzewo, które rano widział z okna.
- Tak, to jest Smocze Drzewo i nie, nie pięć. – Księżyc uśmiechnął się krzywo.
- Jak to?
- Doprawdy, Obrońco, Ród Szóstego Drzewa?
- A.
Aleks popatrzył na niego pytająco, jakby czekał na kontynuację. Półksiężyc skrzyżował ręce na piersi i odpowiedział mu wymownym spojrzeniem. Pomyśli.
- Czekaj, co? – Chłopak otrząsnął się. – Ale… Ród Szóstego Drzewa to tylko szlachta, nadano im tytuł dość niedawno, prawda?
- Zgadza się. To nie Król zasadził Smocze Drzewo przy Białym Dworze.
- Więc skąd…?
- Chyba rozumiesz, że Smocze Drzewa są bardzo cenione. Jeśliby ktoś niepowołany dostał w swoje ręce choćby nasiona, mogłoby się to skończyć bardzo źle. Dlatego też, kiedy tylko drzewa wydadzą owoce, książęta mają obowiązek wysłać je przez zaufanego posłańca do siedziby Rady Dwunastu, dotychczas uważanej za najbezpieczniejsze miejsce w Krainie Zachodnich Wzgórz. Posłaniec z Północnego Księstwa został napadnięty w miejscu, gdzie teraz stoi Biały Dwór. Nasiona Smoczych Drzew są bardzo drobne, prawie jak mak. Możesz domyślić się, co się stało.
- Spodziewałbym się, że w takiej sytuacji posłaniec będzie wyjątkowo dobrze wybrany, a nasiona jakoś zabezpieczone.
- Oczywiście, że tak było. Co prawda, do tej pory uważano, że samosiejki nie wyrosną, klimat im nie sprzyja. To się wcześniej nie zdarzyło.
- Kiedy to było?
- Wkrótce po Pierwszej Wojnie Ludzi, czyli jakieś dwa tysiące czterysta lat temu. To znaczy wtedy napadnięto posłańca. Biały Dwór zbudowano jakieś osiemdziesiąt lat później, kiedy nadano twojemu pra-pradziadkowi tytuł i herb. Z początku widniał na nim niebieski obłok dymu, ale po kilkunastu latach odkryto kiełkujące drzewo…
- Księżyc, naprawdę wierzysz, że od zasiania do skiełkowania minęło prawie sto lat?
- Te drzewa wyhodowano w Pałacu w Chmurach, tam czas praktycznie stoi w miejscu.
Aleks nie był przekonany.
- Niech ci będzie. I co dalej?
- Książęta byli oburzeni, stara arystokracja też. Huk Gromu, twój pra-pradziadek, został okrzyknięty uzurpatorem, świętokradcą. Posądzano go o spisek, o napad na posłańca. Zrozum, wtedy uważano, że Smocze Drzewa są symbolem władzy książęcej. Huk Gromu próbował pozbyć się problemu, dosłownie, ale oczywiście nie mógł nijak uszkodzić drzewa. Sytuacja się zaogniła. Od sięgnięcia po miecze powstrzymywał ich tylko mój dziadek. Przypomniał im, że Król mówił o „nadanych im tytułach”, nie sprecyzował, jakich. Poza tym wielu wyznawało teorię, że miał na myśli pięć zasadzonych przez niego drzew. Ta interpretacja jako tako udobruchała arystokrację, ale Huk Gromu i tak musiał ślubować posłuszeństwo Pierwszemu Księciu i Królewskiemu Prawu. W dodatku twoi przodkowie bardzo kategorycznie odmawiali korzystania z władzy, jaką mieli. To znaczy na sejmach często się wypowiadali, ale byli raczej bezstronni i nie wetowali podjętych decyzji. Ich rad słuchano, ale nie mieli zbyt dużych wpływów w polityce, za to w przemyśle rusznikarskim i na związanym z tym rynku to oni dyktowali zasady. Piastowali swoje tytuły jak należy, z czasem zaczęto ich nieco ironicznie nazywać Szóstym Drzewem i tak w końcu zostało.
- Trudno mi uwierzyć, że książęta tak po prostu odpuścili.
- „Tak po prostu”? – Księżyc prychnął. – Stara arystokracja była gotowa sięgnąć po miecze. Wkrótce po wojnie ludzi z ludźmi.
- I?
Księżyc skrzywił się.
- Mówimy o Zaświatach, Obrońco. Tu ta jedna wojna, jedyna okazja, kiedy uzbrojeni ludzie stanęli do walki z innymi tak, jakby tamci byli demonami, jest najczarniejszą kartą historii. Huk Gromu włożył naprawdę dużo wysiłku w udobruchanie arystokracji, uwierz. Z tego samego powodu moja siostra musiała surowo potraktować panią Jarzębinę, kiedy jej przekręty wyszły na jaw, a jednocześnie nie mogła odebrać jej tytułów i ziem.
- Tego nie rozumiem.
- Wszystko przycichło tylko dlatego, że twoi przodkowie obiecali nie wychylać się z szeregu. Pani Jarzębina zawiodła zaufanie arystokracji. Jednocześnie Smocze Drzewo zabezpieczało ją przed utratą tytułu i herbu. Oczywiście książęta trzymają się interpretacji, że Król mówił o pięciu zasadzonych drzewach, ale spora część szlachty temu się sprzeciwiła. Jak powiedziałem, twoi przodkowie byli szanowani. Rada Dwunastu uznała, że Ród Szóstego Drzewa poniósł zasłużoną karę, i zasugerowała, by moja siostra odpuściła.
- Zasugerowała? Serio?
- Nie mogli wydać żadnego wyroku, nawet o niewinności, kiedy pani Jarzębina była nieobecna na sali. Moja siostra musiała posłuchać, inaczej naraziłaby się na utratę wielu popleczników. Od tego zaczęły się jej zwady z resztą książąt. – Księżyc machnął ręką. – Choć może i nie, i tak by jej nie lubili.
- Czemu tak sądzisz?
- Uważają, że kobieta nie powinna być ani księciem, ani generałem, tym bardziej nie powinna piastować obu tytułów. Nikt nie powinien. Mojego dziadka nie czepiali się tylko dlatego, że był prawą ręką Króla, ale nigdy im się to nie podobało. – Odchrząknął. – W każdym razie, Biały Dwór wciąż należy i zawsze będzie należał do twojej rodziny. Pani Jarzębina nie mogła go sprzedać ani moja siostra go odebrać, więc… Powinieneś to z nią przedyskutować, ale wydaje mi się, że masz do niego prawo
- Słucham?
- Należy tak samo do ciebie, jak do pani Jarzębiny. Może nawet bardziej, biorąc pod uwagę to, że jesteś spadkobiercą generała Jesiona i jakby nie patrzeć męskim potomkiem.
Minęła chwila, zanim te słowa dotarły do chłopaka.
- Ale ja… nie wiem, czy chcę.
- Jak to? – zdziwił się Księżyc.
- Wystarczy mi przytulne mieszkanie w koszarach.
- Od wczoraj próbuję ci pokazać, że istnieje tu coś więcej niż armia. To piękna kraina, ogromne państwo. Jesteś uparty, wiesz?
- Wiem. I o tym, i o tym. Może masz trochę racji, ale nie mam pojęcia, po co mi dom z daleka od Czerwonego Miasta. Kiedy miałbym tam mieszkać?
- Po dziesięciu latach służby corocznie będziesz miał prawo do czterech miesięcy wolnego, a wcześniej… Każdy czasem potrzebuję kilku dni odpoczynku. To jest myślenie przyszłościowe, ale moglibyśmy się tam wybrać,
- Dzięki, ale naprawdę jeszcze nie myślałem o tym, by szukać sobie czegoś poza armią.
- Rozumiem, jednak dziwi mnie, że nie chcesz zobaczyć, jak wygląda twój rodzinny dom.
Warto było ustąpić choćby dla szerokiego uśmiechu Półksiężyca. Strażnikowi wyraźnie sprawiała przyjemność możliwość oprowadzania przyjaciela po świecie, pokazania mu tych wszystkich miejsc. To było zastanawiające.
- Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy? – spytał Aleks, kiedy nie doszedł do żadnych sensownych wniosków.
Księżyc wzruszył sztywno ramionami. Chłopak od razu pożałował pytania.
- Po prostu nie chcę, by coś cię ominęło. Poza tym wciąż twierdzisz, że chcesz być jak każdy inny. Większość Wojowników poza armią ma domy i rodziny… - Zawiesił głos. – Sądziłem, że chcesz normalnego życia.
- Tak, ale ty je komplikujesz.
- Życie jest skomplikowane, Obrońco.
- Biały Dwór – Aleks wrócił do poprzedniego tematu. – Mówiłeś, że gdzie jest?
- Na północ stąd, na skraju Odwiecznej Puszczy.
- Jak sobie wyobrażasz taką wycieczkę? Nie piszę się na tydzień w siodle.
- Nie przesadzaj, pociągiem możemy dojechać do Wolnego Miasta albo…
- Tu są pociągi?
- Obrońco! – Księżyc wyglądał na urażonego. – Ty żartujesz, prawda? – Chłopak pokręcił głową. – Przecież tu, w Czerwonym Mieście jest główny węzeł, stacja jest na północnych obrzeżach. Naprawdę nie zauważyłeś?
- Wszędzie podróżowałem przez Bramę albo Rozmyciem.
- Ale… tory.
- A wszystkie misje miałem na kompletnym odludziu. Podziękowania dla pani generał.
- Chciałem zaproponować przeskok Bramą, jeśli skorzystasz z przywilejów starszego oficera, ale nie, nie ma mowy, pojedziemy pociągiem.
- Księżyc, wiem, czym są pociągi – ostudził go chłopak.
- Nie przeczę. Możesz się wzbraniać, Obrońco, ale naprawdę uważam, że powinieneś poznać Zaświaty z punktu widzenia cywili, nie alienować się, nie ukrywać pod mundurem. W końcu to im służysz, ich przysięgałeś chronić.
- Wiem! – Chłopak machnął energicznie rękoma. – Pozwolisz, że poznam Zaświaty w swoim czasie? Najpierw armię, potem resztę? Bo wybacz, ale póki co od służby więcej w moim życiu zależy niż od majówek nad morzem.
Półksiężyc podniósł ręce w obronnym geście.
- Przecież nie mówię, że masz to robić już teraz. To plany na przyszłość, jak wspomniałem. Przepraszam, jeśli cię uraziłem.
- Wiem, nie przepraszaj. Po prostu ta cała sprawa z ciotką mnie niepokoi, zwłaszcza że pani generał najwyraźniej chce, żebym był posłańcem albo negocjatorem, już sam nie wiem.
Półksiężyc popatrzył na niego poważnie.
- Nie musisz tego robić. Moja siostra nie ma prawa ci tego rozkazać.
- Książę powiedział to samo, ale i tak to zrobię. Powiedziała, że nie będę miał przez to kłopotów…
- Jesteś naiwny.
- Wiem. A może po prostu chcę, żeby ta sprawa wreszcie się skończyła. Póki co poza armią znam tylko was, ale mam wrażenie, że ewentualni przyszli znajomi woleliby się zadawać z kimś z czystym kontem.
- Powinieneś już wiedzieć, że nikt nie ma prawa obarczać cię winami twoich przodków.
- Ale nie jestem aż tak naiwny, by sądzić, że nie będą mnie po nich oceniać.
- Nie jesteś politykiem. Jesteś sobą, Obrońco Ludzi. Nie próbuj być nikim innym.
Aleks wzruszył ramionami, zastanawiając się, co odpowiedzieć. Ta dyskusja za bardzo się pogmatwała jak na jego gust. To prawda, że Księżyc potrafił przesadnie troszczyć się o przyjaciół, pilnując, by żyło im się jak najspokojniej, ale nigdy dotąd nie robił tego aż tak nachalnie.
Za ich plecami na tarasie rozległo się zgrzytanie kółek. Półksiężyc wstał płynnie, Aleks poderwał się i otrzepał spodnie. Strażnik ukłonił się swojemu dziadkowi z cichym „mój książę”. Aleks też się ukłonił, choć znacznie mniej wprawnie.
- Mój wnuk dał panu adiutantowi mądrą radę. – Gwiezdny Blask podniósł talerz z ciastkami, który trzymał na kolanach. – Poczęstujcie się, to specjalność pani Hortensji.
Podczas gdy Aleks mrugał, nie wierząc własnym oczom i uszom, Księżyc bez wahania sięgnął po ciastko.
- Dziękuję. Mmm, miodowe – wymamrotał.
Aleks jak w transie również wziął jedno. Gwiezdny Blask, Pierwszy Skrzydlaty Jeździec jak gdyby nigdy nic właśnie poczęstował ich ciastkami. Bardzo dobrymi, jeszcze ciepłymi, miodowymi pierniczkami.
- Dziękuję, są pyszne – wydusił chłopak.
- Pozwolicie ze mną? – spytał stary książę, wskazując na ścieżkę wiodącą do Smoczego Drzewa.
Księżyc bez słowa stanął za wózkiem i popchnął go w kierunku rampy umieszczonej pod ścianą domu. Aleks szedł obok.
- Domyślam się, że mój wnuk opowiadał panu adiutantowi o Smoczym Drzewie? – spytał Gwiezdny Blask, wskazując Księżycowi, by prowadził ich alejką w tamtą stronę. Żwir i kamyki zgrzytały pod kołami i podkutymi podeszwami. Kiedy wyszli na otwartą przestrzeń, Aleks poczuł wiatr, dość silny. Dziwne, liście na Smoczym Drzewie ledwo drżały.
- Tak, książę – odpowiedział Aleks pod naglącym spojrzeniem Półksiężyca.
- Szkoda by było nie zobaczyć go z bliska. – Gwiezdny Blask zamilkł na chwilę. – O Smoczych Drzewach mówi się, że symbolizują to, do czego powinien dążyć każdy Wojownik. Nie tylko siłę i wytrzymałość smoków, ale również wytrwałość, nieugiętość… Smocze Drzewo nie zachwieje się nawet w czasie najpotężniejszej wichury.
Aleks pokiwał głową, opierając dłoń na rękojeści miecza. To, co mówił książę, brzmiało jak nauki powtarzanymi od tak dawna, że stały się zbyt idealistyczne, by ktokolwiek potraktował je poważnie. Chłopak pamiętał swoje spotkanie ze smokiem.
- Z całym szacunkiem, ale nie wydaje mi się, by ktokolwiek zdołał dorównać smokom – zdecydował się powiedzieć, gdy milczenie zaczynało się przeciągać.
Gwiezdny Blask poczęstował ich ciasteczkami.
- Dorównać nie, jednak dążenie do nieosiągalnego pozwala na jedno: świadomość, że zawsze można być lepszym, zawsze jest coś, o co można się starać.
Aleks przystanął, zaskoczony. Łatwość, z jaką stary książę obrócił morały w racjonalną ideę, z którą chłopak zgadzał się całym sercem, była wręcz przerażająca.
- Niech pan adiutant mi powie, do czego dąży pan teraz, kiedy nie potrzeba mu siły tak bardzo jak rok temu?
- Chyba… szukam celu, do którego mógłbym dążyć.
Gwiezdny Blask uśmiechnął się ciepło. Obserwując jego mimikę i maniery, Aleks uznał, że Półksiężyc jednak był podobny do swojego dziadka.
- Ciasteczka? – Książę ponownie podsunął mu talerz.
Kiedy przyjaciele się poczęstowali, odchrząknął.
- Ze słów Białej Nocy wiem, że pan adiutant nie osiągnął jeszcze pełnego uwolnienia, a jednak nieustannie czuję jego energię, która aż prosi o możliwość, by coś zdziałać.
- Mam powód, by póki co o to się nie starać – przyznał chłopak. – To mogłoby być niebezpieczne dla innych Wojowników.
- Ach, tak, Bezimienny.
Aleks stanął jak wryty. Był pewien, że nie użył imienia demona w czasie ich rozmowy.
- Skąd pan wie, jak go nazywam?
- Zarówno Biała Noc, jak i generał Jaśmin radzili się mnie w tej sprawie, kiedy zaproponowano panu adiutantowi wstąpienie do armii.
Zanim Aleks zdołał wyrazić swoje niezadowolenie, Gwiezdny Blask kontynuował.
- Jakie podstawy pan adiutant ma, by sądzić, że demon jest w stanie użyć jego uwolnienia.
- Nie jestem pewien co do uwolnienia, ale samego miecza używał. Wolałbym nie ryzykować.
- Rozsądne postanowienie. A jednak energia pana adiutanta wciąż szuka ujścia i dla niego samego lepiej by było, by dał jej upust.
Tak, książę miał rację. Chłopak to czuł. Wiedział, że starsi oficerowie powinni regularnie uwalniać miecze właśnie po to, by spożytkować nadmiar energii. Tylko że Aleks nie mógł trenować z kimś, kto nie znał jego stylu walki. Niewielu potrafiło się bronić przed strumieniem czystej energii, poza tym w czasie walki zbyt łatwo można było zauważyć obecność demona.
- Trenuję regularnie z pułkownikiem… to znaczy adiutantem generała Zielonym Ptakiem, ale wiem, że to nie wystarcza. Tylko nie za bardzo mam pomysł, co innego mogę zrobić.
Zatrzymali się w cieniu Smoczego Drzewa. Wokół niego rozciągał się wysypany żwirem okrągły plac. W promieniu kilkunastu kroków od pnia powierzchnię sfałdowały korzenie, ale dalej była gładka.
- Czy pan adiutant wysłucha rady? – spytał książę. Aleks skinął głową, przypominając sobie spotkanie ze smokiem. Oby te rady okazały się mniej abstrakcyjne. – Niech pan adiutant pozwoli duchowi jego miecza towarzyszyć mu jako materialnej istocie.
- Co pan ma na myśli?
Ku jego zaskoczeniu to Półksiężyc odpowiedział.
- W Latach Jutrzenki Wielcy Wojownicy pozwalali duchom swoich mieczy, by towarzyszyły im przez cały czas. Tak było łatwiej, wygodniej. To im pozwalało ustabilizować energię.
Aleks patrzył z niedowierzaniem to na Półksiężyca, to na jego dziadka. Miałby naśladować Wielkich Wojowników? Bez szans. Nie było takiej opcji.
- Pan adiutant wątpi w nasze słowa czy jego możliwości?
- Nie, mój książę, nie wątpię, tylko nigdy nie słyszałem… - urwał, kiedy książę uniósł rękę.
Przez chwilę wydawało mu się, że obraził starca bezładnymi tłumaczeniami, ale nie, Gwiezdny Blask wciąż patrzył na niego życzliwie. Kiedy chłopak umilkł, książę zagwizdał, naśladując ptasi trel. Półksiężyc popatrzył na wzgórza w oddali, a Aleksowi pozostało podążyć wzrokiem za jego spojrzeniem.
Biały koń wyraźnie kontrastował z zielenią łąk. Ogier galopował w ich stronę nadzwyczajnie szybko. Aleks poczuł, jak zasycha mu w gardle. Duch miecza Pierwszego Skrzydlatego Jeźdźca. Nie czekali długo, ogromny koń, wyższy w kłębie od dorosłego mężczyzny, zatrzymał się przed księciem. Gwiezdny Blask pogładził ducha po policzku. Aleks mógł jedynie podziwiać zwierzę, białe jak śnieg, lśniące wewnętrznym blaskiem. Wiedział podświadomie, że koń przez cały czas galopował po łąkach; duchy mieczy pojawiały się u boku Wojowników, kiedy były wzywane.
- Obrońco? – ponaglił go Półksiężyc.
- Niech pan adiutant się poczęstuje. – Gwiezdny Blask podsunął mu talerz z ciasteczkami.
Aleks sięgnął po jedno prawie odruchowo. Książę podsunął kawałek ciastka duchowi. Chłopak jadł powoli, obserwując konia i zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Promień mojego Słońca nie jest jedyną osobą, która pozwala, by duch miecza mu towarzyszył. Spotkałeś Miedź pułkownika Bursztynowego Płomienia, Rtęć jego adiutanta. Nie wiem, czy pamiętasz Szarotkę, doga generała Jaśmina…
- Półksiężycu – przerwał mu łagodnie książę. Aleks był mu za to wdzięczny, lista imion tylko go przytłoczyła. Strażnik pochylił głowę, milcząc posłusznie. – Nie wspomniałeś o pułkowniku Niedźwiedziu. Przybył do Czerwonego Miasta ze swoim duchem miecza u boku. Wielu osobom nie podobało się to, że dość agresywny niedźwiedź chodził samowolnie ulicami. Pośrednio dlatego marszałek nakazał Ciężkiej Piechocie trzymać duchy mieczy na terenie ich koszar.
Aleks przygryzł wargę.
- Mój książę, wiem, że jest wielu Wojowników, z których mógłbym brać przykład, ale…
- Pan adiutant zatem wątpi w swoje możliwości. Czy pan adiutant zechciałby pokazać mi swój miecz?
Chłopak odpiął pochwę od paska i podał starcowi. Inny Wojownik pewnie by się zawahał, lecz Aleks nigdy nie uważał miecza za coś aż tak osobistego. Nie kiedy Wilczyca nie miała żadnych oporów przed pokazywaniem się, komu popadnie.
Gwiezdny Blask przyjął miecz z pochyloną głową. W skupieniu oglądał zdobienia na jelcu i głowicy, gładząc je palcami. Najdłużej przyglądał się pyskowi wilka zaciśniętemu na czerwonej wstążce.
- Zechce pan adiutant wyjaśnić? – Aleks opowiedział pokrótce. Gwiezdny Blask pokiwał głową. – Wilk?
- Wilczyca, proszę pana.
- Tak, słusznie. Proszę wybaczyć osobiste pytanie, ale jak często pan adiutant z nią rozmawia?
Aleks wzruszył ramionami.
- Kiedy tylko się pojawi.
- Jak często zatem się pojawia?
- Ostatnio dość często, nawet kiedy niespecjalnie ją wołam.
- Miecz nie poprosi pana adiutanta wprost.
Aleks zamyślił się.
- Nigdy by mi nie przyszło do głowy takie rozwiązanie – przyznał.
- Niech pan adiutant rozważy moje rady i może skorzysta z nich we właściwym czasie. I niech pamięta, że gdyby zaproponowane przeze mnie rozwiązanie okazało się zbyt wymagające, duch jego miecza zawsze może wrócić.
Aleks przeniósł wzrok na Półksiężyca.
- Obrońco, uważam, że mógłbyś spróbować. Naprawdę dobrze by było, gdybyś zdołał ustabilizować energię. – Uśmiechnął się krzywo. – Teraz wycieka z ciebie jak woda z przepełnionej misy.
Chłopak prychnął cicho. Zwrócił się do księcia.
- Dziękuję za rady. Naprawdę zastanowię się nad tym, to brzmi jak dobre rozwiązanie.
Gwiezdny Blask uśmiechnął się ciepło.
- Półksiężycu – zwrócił się do wnuka. – Wierzę w twoją wyrozumiałość. Możesz liczyć na moje rady w każdej chwili, podczas gdy pan adiutant pojawił się tu po raz pierwszy i nie wiem, kiedy ponownie się go spodziewać.
- Kiedy książę zechce – zapewnił chłopak.
Starzec machnął ręką.
- Jednakże nigdy o nie nie prosisz – kontynuował. – Dlaczego?
- Nie osiągnąłem niczego, w czego sprawie potrzebowałbym rady, Promieniu mojego Słońca. Mój trening postępuje w swoim tempie.
- Udało ci się uwolnić miecz?
- Tak, odrobinę.
- To wspaniałe wieści. Aż dziw, że dotąd ich nie słyszałem.
- To nic nadzwyczajnego.
- Półksiężycu. – Książę mówił odrobinę surowiej. – Pod tym drzewem uczyłem Jesiona, jak władać mieczem. W cieniu tych gałęzi twoja siostra po raz pierwszy uwolniła miecz, podobnie jak on. Tu twój ojciec po raz pierwszy zaprezentował mi swoją manifestację, tu ćwiczył swoje uwolnienie. Każde z tych wydarzeń było równie wiekopomne jak to, o które musiałem wypytywać.
- Wybacz mi, mój książę.
- Nie przepraszaj mnie, chłopcze. Pozwól mi nacieszyć oczy twoimi osiągnięciami.
Półksiężyc wyraźnie chciał tego uniknąć, jednak Aleks nie mógł stwierdzić, czy wstydził się przed nim czy przed dziadkiem.
- Promieniu mojego Słońca, potrzebuję przeciwnika.
- Panie adiutancie?
- Nie trenowaliśmy, odkąd uwolniłem miecz. Robię to odruchowo, prawie w każdej walce. jestem pewien, że pani generał by zechciała… - Urwał, dostrzegając, jak Półksiężyc gorączkowo kręci głową.
Kiedy Gwiezdny Blask zwrócił się do wnuka, ten zebrał się w sobie.
- Obrońco, jeśli mam tu cokolwiek do powiedzenia, wolałbym trenować z tobą. Jestem pewien, że wyolbrzymiasz. Panujesz nad mieczem lepiej, niż sądzisz.
- Nie, Księżyc. Wiesz, dlaczego trenuję z Ptakiem, a nie z Piorunem, który jest silniejszy i ma doskonale opanowane pełne uwolnienie? – Strażnik pokręcił głową. – Wiatr trudniej zranić. Wystarczy, że mnie draśniesz…
- W takim razie przeceniasz moje siły. – Uśmiechnął się krzywo. – Pozwól Wilczycy się zmaterializować. To naprawdę powinno ustabilizować ci energię… przynajmniej na początku.
- Jesteś pewien?
Półksiężyc skinął poważnie głową.
- Panowie. – Gwiezdny Blask patrzył na nich w zadumie. – Zapewniam was, że nie jestem aż tak niedołężny, by nie powstrzymać was przed zabiciem jeden drugiego.
Dla podkreślenia swoich słów wysunął miecz z pochwy przypiętej do oparcia. Długie, szerokie ostrze zalśniło w słońcu. Ogier zarżał, potrząsając łbem. Aleks zerknął na Półksiężyca nie wiedząc, jak się zachować. Nie miał pojęcia, jak Gwiezdny Blask wciąż mógł walczyć, ale nie wątpił, że był do tego zdolny.
Strażnik ukłonił się lekko i rozpiął kamizelkę. Aleks po namyśle zdjął kurtkę, było zbyt ciepło, by walczyć w wierzchnich okryciach. Gwiezdny Blask położył miecz na kolanach i wyciągnął do nich ręce. Księżyc bez wahania podał mu swoją kamizelkę.
- Panie adiutancie?
Aleks poszedł w ślady przyjaciela. Książę powiesił ich ubrania na podłokietnikach i skinął ręką, by zaczynali. Zasalutowali mu jak generałowi i dobyli mieczy.
- Obrońco? – ponaglił go Księżyc.
Chłopak zawołał w myślach Wilczycę. Duch pojawił się u jego boku i natychmiast zwrócił w stronę starego księcia i konia wciąż stojącego obok jego wózka. Pochylił z szacunkiem głowę.
- Wilczyco, poczekaj tam – polecił jej Aleks. – Nie wtrącaj się, rozumiesz? To tylko trening.
Duch popatrzył na niego i pisnął cicho, jakby potulnie potakiwał.
- No już, idź – ponaglił ją chłopak.
Wilczyca usiadła po lewej ręce Gwiezdnego Blaska, a po chwili namysłu położyła się, wyciągając łapy przed siebie. Głową sięgała ponad kolana księcia. Aleks skinął jej i zwrócił się do Księżyca.
Miejsce rzeczywiście było wspaniałe do treningu, ocienione, z chłodnym wiatrem tańczącym pod gałęziami. Plac był wyrównany, a żwir na nim drobny, oczyszczony z kamyków. Przyjaciele stanęli naprzeciwko siebie i w milczeniu przybrali postawę.
Półksiężyc preferował lżejszy styl walki niż Aleks. Wolał robić uniki i usuwać się spod ostrza, niż je odbić. Chłopak zdążył zapomnieć, jak zwinny był jego przyjaciel. To niczego nie zmieniało, Aleks nadal był szybszy i dużo silniejszy. Poza tym jego miecz rzeczywiście przestał domagać się uwolnienia, co pozwoliło mu skupić się na przeciwniku.
Zbliżało się południe, białe obłoczki, którymi upstrzone dotąd było niebo, rozwiały się. Aleks cofnął się poza zasięg miecza Półksiężyca i przesłonił dłonią oczy. Wydawało mu się, że pod drzewem nie ma już cienia, a lśniące jak labradoryty liście odbijają jeszcze więcej światła.
- To moja manifestacja.
Aleks uznał, że woli nie wiedzieć, jak w takim razie będzie wyglądało uwolnienie. A pełne uwolnienie? Półksiężyc zmusi słońce, by spopieliło jego wrogów?
Strażnik dyszał coraz bardziej, jego energia wirowała w powietrzu. Aleks uśmiechnął się zachęcająco. Chwilę później pożałował tego. Światło boleśnie go oślepiło, co prawda tylko na chwilę, ale to wystarczyło, by Księżyc wężowym ruchem podciął mu nogi. Aleks upadł na plecy. Przetoczył się i natychmiast pozbierał, jednak Księżyc nie zaatakował go ponownie. Pochylił się, opierając ręce na kolanach. Oddychał ciężko.
Aleks wyprostował się i schował miecz, po czym podszedł do przyjaciela i klepnął go w ramię.
- Dobrze ci poszło. Nie mam pojęcia, dlaczego zawsze trafiam na tak podstępnych przeciwników.
Księżyc uścisnął mu dłoń.
- Może tylko tacy mają przeciwko tobie szansę, Obrońco – odparł, zdyszany.
Kiedy stanęli przed Gwiezdnym Blaskiem, ten uśmiechnął się z zadowoleniem i schował miecz. Wilczyca podbiegła do Aleksa i szturchnęła nosem jego rękę. Podrapał ją za uchem.
Spektakularne widowisko.
- Jesteś na mnie zła?
Stary książę zaproponował dobre rozwiązanie. Chcę pozostać wolna, ale przy tobie.
Aleks zaśmiał się cicho. Gwiezdny Blask popatrzył na niego pytająco.
- Wilczyca właśnie mnie poprosiła, by pozostać na zewnątrz, mój książę.
Starzec machnął ręką.
- Zatem się myliłem. Miecz pana adiutanta jest nadzwyczaj osobliwy. – Książę zwrócił się do wnuka. Ten przestąpił z nogi na nogę. – Mój chłopcze, władasz światłem jak na syna mojego syna przystało. Jestem z ciebie dumny.
Na policzkach Półksiężyca pojawiły się plamy rumieńca. Przyklęknął przed dziadkiem w dworskim ukłonie i sięgnął po jego prawą dłoń, by pocałować sygnet.
- Dziękuję, Promieniu mojego Słońca.
Gwiezdny Blask położył mu dłoń na głowie.
- Wstań – polecił książę. Kiedy Księżyc dźwignął się na nogi, dodał: - Pokaż mi swój miecz.
Jelec broni Strażnika pokrywały ledwo widoczne grawerowane zawijasy. Te na chwycie były znacznie wyraźniejsze, by dłoń się nie ślizgała, z kolei na głowicy prawie w ogóle ich nie było.
- Subtelna broń – orzekł stary książę, oddając ją wnukowi.
Ruszyli w stronę rezydencji. Ogier oddalił się, ale Wilczyca pozostała przy Aleksie. Chłopak upewnił się kilkakrotnie, czy gospodarze nie będą mieli nic przeciwko, ale Gwiezdny Blask praktycznie rozkazał mu, by duch mu towarzyszył, dopóki to nie nadwyręży jego sił.
Przed wejściem do rezydencji, już na tarasie Księżyc zatrzymał się i zwrócił do dziadka.
- Promieniu mojego Słońca, czy teraz mógłbym poprosić o radę? – Książę skinął głową. – Czy bardzo nieodpowiednie byłoby naśladowanie Pierwszego Skrzydlatego Jeźdźca i trenowanie walki z końskiego grzbietu?
- Naśladowanie tak, byłoby nieodpowiednie. Twój miecz to ty, a ty nie powinieneś się do nikogo upodabniać. Jeśli tak ci dyktuje twój miecz, cieszy mnie to i chętnie ci pomogę.
- Przepraszam, jak? – wyrwało się Aleksowi. Zaraz się spostrzegł, a Księżyc i tak syknął ostrzegawczo. – Przepraszam, mój książę, nie chciałem być nieuprzejmy, tylko…
Starzec uniósł dłoń.
- Pan adiutant mnie nie uraził. Dawno temu walczyłem z grzbietu mojego wierzchowca. Teraz siła w rękach mi pozostała, a duch mojego miecza służy mi za nogi.
Aleks pochylił z szacunkiem głowę. Nie spodziewał się tego, choć z drugiej strony nigdy by nie uwierzył, że Pierwszy Skrzydlaty Jeździec tak po prostu porzucił miecz.
- To naprawdę imponujące, mój książę. Do tej pory nie wyobrażałem sobie, ale nie wątpię…
Urwał, kiedy służący wyszedł na taras i ukłonił się przed nim.
- Panie adiutancie Obrońco Ludzi, jej książęca mość Biała Noc oczekuje pana w małym pokoju dziennym. Z pańskim zezwoleniem, zaprowadzę pana.
- Już idę. – Jeszcze raz zwrócił się do Gwiezdnego Blaska. – Mój książę, jeszcze raz dziękuję za rady. Półksiężycu. – Skinął przyjacielowi głową na pożegnanie i poszedł za służącym.
Strażnik pokazał mu ten pokój rano, kiedy oprowadzał go po rezydencji. Przestronny, utrzymany w jasnych odcieniach błękitu, z licznymi lustrami na ścianach sprawiał wrażenie większego, niż był w rzeczywistości. Półksiężyc powiedział mu, że to pokój dla kobiet. Najwidoczniej Noc chciała podkreślić, że to ona jest gospodarzem czy coś w tym stylu. Siedziała w jednym z foteli o wysokich oparciach. Wstała, kiedy służący otworzył drzwi. W dłoni trzymała kieliszek z białym winem. Chłopak przelotnie zastanowił się, czy dobierała wino do koloru sukni – tym razem granatowo-srebrnej – czy też zakładała suknię pod kolor wina, na jakie miała ochotę.
- Pani generał – powitał ją, przykładając pięść do serca i pochylając krótko głowę.
- Obrońco Ludzi. – Wskazała fotel naprzeciwko swojego.
Kiedy zajął wskazane mu miejsce, zaproponowała mu wino. Odmówił. Wilczyca usiadła obok jego fotela. Widząc ją, Noc zamarła z karafką w powietrzu. Chłopak z trudem powstrzymał uśmiech. Duch poruszał się bezszelestnie. Wsunął się do pomieszczenia za chłopakiem, a Biała Noc była skupiona na gościu. Aleks prawie zapomniał o Wilczycy, książę dał mu naprawdę dobrą radę i nareszcie chłopaka nie przytłaczała jego własna energia.
Noc odstawiła karafkę, wciąż nie odrywając wzroku od ducha miecza. Satysfakcję Aleksa zastąpił niepokój.
- Pani nie ma nic przeciwko Wilczycy, prawda? – upewnił się.
- Nie, dopóki pozostanie przy tobie przez cały czas. Cieszy mnie, że znalazłeś sposób, by ustabilizować swoją energię. – Noc obróciła w palcach kieliszek, wciąż przyglądając się duchowi. Po chwili kontynuowała. – Wilczyca. Jakże odpowiedni stróż dla Wilczego Szczenięcia.
Aleks poczuł, że się rumieni.
- Pani chciała ze mną rozmawiać?
Skinęła głową i bez pośpiechu napiła się wina.
- Na początku chciałabym wrócić do kwestii, którą poruszyłeś tydzień temu. Czy nadal obstajesz przy swojej prośbie?
Aleks spiął się. Fakt, że Białą Noc obserwowała go tak uważnie, nie pomagał.
- Tak, proszę pani.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że szansa na to, bym była w pobliżu, gdy twój demon zechce przejąć kontrolę, jest niewielka?
- No… tak, oczywiście. Ale taka szansa nadal jest, prawda? Pomyślałem, że to dobry początek. – Poczochrał sobie włosy. – Właściwie nic innego nie przychodzi mi do głowy.
- Zginąć. Poświęcić miecz. – Popatrzył na nią z oburzeniem, ale kobieta w ogóle tym się nie przejęła. – Choć przyznaję, że żadne z tych rozwiązań nie jest optymalne.
- Co pani by mi poradziła? – zapytał z nutką irytacji. Wolał uważać jej poprzednią wypowiedź za żart niż pogodzić się z tym, że generał naprawdę była aż tak bezwzględna.
- Poinformowanie o tej sytuacji pozostałych generałów, choć nadal szanse, że któryś z nich będzie w pobliżu, gdy zmienisz się w demona, będę nikłe. Poza tym polecam udanie się d0 generała Obsydiana, by dogłębniej zbadał twoją relację z demonem.
- Wolałbym, żeby Szklany Piorun o tym nie wiedział – zaoponował.
- Dlaczego?
- Moi przyjaciele potrzebują kogoś, na kim mogą polegać, w kogo mogą wierzyć. O kim mogą powiedzieć „cokolwiek się stanie, on mi pomoże”. Rozumie pani, co mam na myśli?
Skinęła głową.
- Nadal nalegam, byś udał się z tym do Dywizji Obronnej. Być może jest sposób, by zneutralizować działanie demona.
- Przemyślę to. Ale pani nadal mi nie odpowiedziała.
- Spełnię twoją prośbę, o ile to będzie możliwe. Zresztą tak mi nakazuje przysięga wojskowa. Na przyszłość postaraj się informować mnie o podobnych sprawach, zanim dojdzie do sytuacji zagrożenia życia.
- Tak jest.
Znowu napiła się wina, obserwując go. Podrapał Wilczycę za uchem. To dodało mu pewności siebie.
- Przechodząc do przyjemniejszych tematów – ciągnęła Biała Noc – czy nadal chcesz odnaleźć Leśny Dwór?
Znów poczochrał włosy. Powinien pozbyć się tego dziecinnego nawyku, zwłaszcza teraz, kiedy związywał włosy rzemykiem, by nie wpadały mu do ust i oczu.
- Nie jestem pewien, proszę pani. – Uniosła sceptycznie brew. – Na pewno chciałbym znaleźć tu jakąś rodzinę, poinformować ciotkę Jarzębinę o swoim istnieniu, ale wciąż nie jestem pewien czy mogę albo czy powinienem. Nie chcę złamać prawa ani wybierać między panią a ciotką, przynajmniej dopóki jej nie poznam.
- Cieszy mnie, że jest chociaż jedna sprawa, do której podchodzisz rozsądnie. – Przewrócił oczami. – Jeśli chodzi o prawo, przypominam ci, że jako pierwszy książę sprawuję najwyższą władzę sądowniczą do czasu ustanowienia nowej Rady Dwunastu. Ufam, że już o tym wspomniałam.
- Tak, proszę pani.
- Najprostszym sposobem, by zapewnić ci ochronę przed prawem, jest danie ci glejtu posłańca. Chciałabym, żebyś dostarczył Jarzębinie list, co w pełni uzasadniłoby taki glejt. Jako starszy oficer możesz skorzystać z Bramy w celach prywatnych. To pozwoli ci dostać się w okolice Leśnego Dworu, którego położenie ustaliłam z dokładnością do około osiemdziesięciu wiorst. Dalej będziesz musiał radzić sobie sam. Przypominam ci, że nie powinieneś używać Rozmycia poza operacjami wojskowymi. To powiedziawszy, do Odwiecznej Puszczy nie wysyła się żadnych patroli, a Rozmycie nie pozostawia śladów na tyle wyraźnych, by zostały wykryte przez Dywizję Obronną.
- Więc pani pozwala mi użyć Rozmycia.
- Nie. Jeśli przyznasz się, że go użyłeś, wyciągnę konsekwencje. Jeśli nie będę miała dowodów, mogę równie dobrze założyć, że Przejście otwarło się na dziedzińcu Leśnego Dworu. – Popatrzyła na niego wymownie.
Uśmiechnął się szeroko.
- Tak jest. A… co będzie w tym liście?
- Wyjaśnienie jej praw i możliwości w obecnej chwili oraz propozycja ugody. Moim celem jest dojście do porozumienia z najbardziej uznanym wytwórcą broni palnej w Krainie Zachodnich Wzgórz. Ród Szóstego Drzewa zaopatrywał armię przez wieki i chciałbym przywrócić ten stan rzeczy. Wracając do twojej roli, wspomniałeś chęć pozostania bezstronnym, co się chwali posłańcowi, jednak nie mogę ci obiecać, że Jarzębina cię za takiego uzna. Zakładam, że wszyscy mieszkańcy Leśnego Dworu są uzbrojeni i potrafią doskonale obchodzić się z bronią palną. To nie powinno być problemem dla osoby, która przeżyła postrzał pociskiem rozrywającym w płuco, ale nie lekceważ ryzyka.
Popatrzył na nią niepewnie, ale naprawdę nie wyglądało na to, by Biała Noc żartowała.
- Coś w tym jest – przyznał niechętnie.
- Czy dostarczysz ten list do rąk własnych Jarzębiny? – Sięgnęła po zalakowaną kopertę leżącą na stoliku przy jej fotelu i podała mu ją.
- Zrobię, co w mojej mocy, proszę pani.
- Dziękuję ci. Jeśli nie ma innych spraw, które chciałbyś omówić…
Wilczyca poderwała głowę, stawiając uszy na sztorc. Aleks zawahał się tylko przez chwilę.
- Jeszcze jedno, pani generał. Półksiężyc wspomniał o Białym Dworze. Zastanawiałem się, jak wygląda sytuacja.
- Rozumiem, że chcesz przejąć rodową posiadłość?
- Zastanawiam się nad tym. Ale jeśli już, to za kilka lat.
- Panem na Białym Dworze był generał Jesion, potem rezydowała tam Jarzębina, ale to ty jesteś jego spadkobiercą. Jarzębina przez swoje przestępstwa straciła prawa do posiadłości, jednak ciebie to nie dotyczy, tak więc Biały Dwór należy do ciebie. Pytanie, czy to jest odpowiedni moment, by się o niego upominać? – Popatrzył na nią pytająco. – Zanim to zrobisz, musisz zostać uznany za potomka Jesiona. Najwygodniejsze byłoby pisemne oświadczenie Jarzębiny, ale jeśli go nie uzyskasz, moje słowo wystarczy, a i Promień mojego Słońca Gwiezdny Blask to potwierdzi. Poza tym ta wiadomość powinna zostać rozpowszechniona, by uniknąć skandalu. Ponadto Biały Dwór opuszczono prawie trzydzieści lat temu i teraz prawdopodobnie wymaga renowacji. Nie sądzę, by posiadał fundusze na takie przedsięwzięcie.
- To… prawda. Chciałem się tylko dowiedzieć, na czym stoję.
Skinęła głową i wymownie spojrzała na zegar stojący na marmurowym okapie kominka.
- Za dwanaście minut zasiądziemy do obiadu. Zechciałbyś do nas dołączyć?
Uśmiechnął się lekko.
- Z przyjemnością.
- Po posiłku zamierzam się udać w drogę powrotną do Czerwonego Miasta. Nie będę miała nic przeciwko twojemu towarzystwu.
- W takim razie pojadę z panią. A w międzyczasie poszukam Półksiężyca.
Skinęła przyzwalająco głową. Aleks wstał, Wilczyca również. Po chwili wahania chłopak ukłonił się Białej Nocy, krzyżując ręce na piersi, jak pokazał mu Półksiężyc. Mógłby przysiąc, że w oczach kobiety błysnęła satysfakcja.

~~~~~~~~~~~~~~~
Kolejny rozdział: 28

Jun. 29th, 2013

avatar swan

Powojenność, rozdział 26

~26~



Noc jako pierwsza dołączyła do Gwiezdnego Blaska w jadalni. Usiadła po jego prawej ręce i zapytała.
- Przydzieliłeś Obrońcy Ludzi apartament godny księcia. Mogłabym poznać powody?
- Czy nie mogę ugościć syna mojego przyjaciela wedle własnego uznania, moja droga? – odpowiedział łagodnie.
- To prosty chłopiec.
- Jak jego ojciec i ojciec jego ojca. Sądzę, że spodobają mu się motywy ozdób.
Noc nie odpuściła.
- Póki co jest Wojownikiem i tylko Wojownikiem.
Skinął głową.
- Już poczyniłaś kroki, by to zmienić.
Noc zacisnęła usta.
Do jadalni wszedł Półksiężyc, a zaraz po nim Obrońca. Gość zajął miejsce po lewej ręce gospodarza; Strażnik usiadł obok niego.
W retrospekcji Aleks uznał, że sam posiłek nie był aż tak pasjonującym wydarzeniem. To prawda, że potrawy były wyśmienite – tak dobrych pieczeni i wypieków nie jadł nigdy w życiu, choć zauważył, że nie było na stole żadnych egzotycznych składników, choćby owoców morza. Choć nie, zwłaszcza w marchwi duszonej w miodzie dało się wyczuć orientalne przyprawy. W każdym razie kolacja nie była niczym nadzwyczajnym w porównaniu z tym, co nastąpiło potem.
Aleks nie słuchał zbyt uważnie rozmowy sprowadzającej się do opowieści Księżyca o codziennych zdarzeniach w armii i o ich przejażdżce. Kiedy się najadł, zaczął obserwować Gwiezdnego Blaska. Nie wyglądało na to, by słuchał wnuka z czystej uprzejmości. Przykuty do wózka od trzydziestu lat, musiał tęsknić za armią. Przy tym nie radził sobie źle.
- …Jeśli pan adiutant zechciałby mi towarzyszyć, oczywiście.
Aleks poderwał głowę, rumieniąc się.
- Przepraszam, zamyśliłem się – wymamrotał, unikając wzroku zwłaszcza Nocy.
- Chciałbym zamienić z panem adiutantem kilka słów w moim gabinecie – powiedział Gwiezdny Blask bez cienia irytacji.
- Tak, oczywiście.
Stary książę skinął ręką na swoich wnuków. Wstali, Aleks zaraz po nich. Półksiężyc poruszył się, by stanąć za oparciem wózka, ale Gwiezdny Blask powstrzymał go gestem. Strażnik odstąpił, pozostawiając mu pole do manewru. Gwiezdny Blask wytoczył wózek przez salę wejściową do korytarza naprzeciwko. Po drodze Księżyc nachylił się do Obrońcy.
- Dołącz do mnie w bibliotece, kiedy skończycie. To te drzwi na końcu korytarza.
Gabinet księcia znajdował się tuż przed wejściem do biblioteki. Pomieszczenie było dość przestronne, utrzymane w jasnej, błękitno-srebrnej tonacji. Podobnie jak w sali wejściowej i jadalni ściany były pokryte marmurowymi płytami, a wyżej freskami; w głębi stało kilka regałów. Mozaika na podłodze układała się w fantazyjne gwieździste wzory. Książę zatrzymał się za biurkiem ze srebrno-szarego drewna i wskazał chłopakowi krzesło naprzeciwko. Aleks usiadł jak na szpilkach, mając gorącą nadzieję, że rozmowa będzie dotyczyła tylko jego ojca.
- Syn Jesiona – odezwał się cicho Gwiezdny Blask. – Gdyby tylko była taka możliwość, osobiście bym mu pogratulował tak wspaniałego potomka.
Aleks przygryzł wargę.
- Dziękuję panu.
- Przyznaję, że gdy przy naszym rozstaniu życzyłem mu szczęścia, nie liczyłem, że na Drugim Świecie będzie mu się tak dobrze powodziło.
- Pan wiedział…? – Wyrwało się chłopakowi.
- Oczywiście. Sam zasugerowałem takie rozwiązanie.
- Co tak właściwie się wtedy wydarzyło? Bardzo proszę o odpowiedź – dorzucił, przypominając sobie o uprzejmej formułce.
- Dziwi mnie, że pan adiutant nie spytał o to Jesiona.
- Pytałem. Nie odpowiedział.
- Dlaczego pan adiutant sadzi, że ja odpowiem?
Aleks zmieszał się.
- Uznałem, że nic nie szkodzi zapytać.
- Podoba mi się tok myślenia pana adiutanta. Odpowiem na pytanie, choć wcześniej sam spytam o zakres pana wiedzy.
- Nie wiem niczego konkretnego. Tyle że pan, mój ojciec i Czerwcowy Wiatr mieli usunąć jakieś zmutowane demony i coś poszło bardzo nie tak.
- Celne podsumowanie. Dywizja Obronna podała liczbę demonów jako trzy, jednak miejsce od dawna było pod obserwacją. Nie będę wdawał się w techniczne szczegóły. Naszym zadaniem było ustalenie, dlaczego ten punkt jest problematyczny. Na miejscu zastaliśmy budowlę z kamienia i ołowiu, a większa jej część była  skryta pod ziemią. Czy ten opis brzmi znajomo dla pana adiutanta?
Aleks przytaknął.
- Laboratorium Zdrajcy. O tym ojciec w ogóle nie wspomniał.
- Pan adiutant domyśla się również, co zastaliśmy wewnątrz? – Skinął głową. – Bezkształtne, bezcielesne demony, jakich świat dotąd nie widział. Uznaliśmy zgodnie, że trzeba je usunąć, co do jednego. Nie sądziliśmy, by istniały istoty zdolne walczyć z pełnym uwolnieniem. Pomyśleć, że po mileniach walki z tymi abominacjami dałem się zaskoczyć. Jesion rozbił szklany pojemnik, ale nie zdążył zabić demona, zanim ten nie wniknął w jego ciało.
Gwiezdny Blask urwał, przyglądając się uważnie chłopakowi. Ten popatrzył na niego pytająco. Jeszcze nie chciał wyciągać wniosków, wolał wpierw usłyszeć całość. Nie chciał dopuścić myśli, że jego ojciec zabił Czerwcowego Wiatra.
- Pan adiutant nie wydaje się zaskoczony.
Chłopak zacisnął dłonie na podłokietnikach.
- Proszę, niech pan mówi dalej.
Znasz zakończenie, żołnierzyku, zaśmiał się Bezimienny w jego umyśle.
- Kiedy Jesion zrozumiał, co się stało, zdecydował się poświęcić miecz. Eksplozja powinna zabić wszystko, co żywe, w promieniu dwóch wiorst. Oddaliliśmy się Rozmyciem, jednak wybuch nastąpił dużo wcześniej, niż się spodziewaliśmy. Czerwcowy Wiatr zginął, osłaniając mnie przed drzewem wyrwanym przez falę uderzeniową. Uratował mi tym życie. Jesion odnalazł mnie wkrótce potem. Stracił całą energię, za to wciąż mogłem wyczuć demona. Powiedział, bym się nim nie przejmował, demon żywiący się energią umrze z głodu w jego głowie. Otwarłem mu Przejście. Mimo wszystko opętany przez demona nie mógł pozostać w Zaświatach… Panie adiutancie?
Ulga, jaką odczuwał chłopak, była obezwładniająca. Słowa Gwiezdnego Blaska przestały do niego docierać, dopiero tytuł zwrócił jego uwagę.
- T-tak? – wykrztusił.
- Dobrze pan adiutant się czuje?
- Ja… tak, to nic takiego. – Książę patrzył na niego badawczo. – Dziękuję, że mi pan powiedział. Naprawdę panu dziękuję.
- Panie adiutancie – przerwał mu Gwiezdny Blask. – Jeśli pan wie cokolwiek na temat demonów pasożytujących na umyśle, prosiłbym, by pan adiutant podzielił się tym ze mną.
Chłopak poczochrał sobie włosy.
- Pan wie, że z Półksiężycem znaleźliśmy takie samo laboratorium. Tam byłem świadkiem podobnych zdarzeń, tylko ich rezultaty były inne.
- Czy mój wnuk jest wolny od wpływu demona? Bardzo proszę o odpowiedź.
- Tak, on poszedł po pomoc, jak tylko zobaczyliśmy, co tam się dzieje.
- Kto zatem…?
- To był tylko obiekt doświadczalny. Proszę się nie przejmować.
- Pan adiutant nie umie kłamać.
Chłopak opuścił głowę.
Głupiec, orzekł Bezimienny.
- Zresztą energię demona da się wyczuć w energii pana adiutanta. – Aleks zacisnął zęby. – Proszę, by pan adiutant powiedział. – Spojrzenie księcia stwardniało.
- Cieszę się, że demon nie zmusił mojego ojca, by zabił Czerwcowego Wiatra.
- Pan adiutant sądzi, że demony są do tego zdolne?
W milczeniu skinął głową. Czuł mdłości. Jego ojciec znalazł rozwiązanie, pokonał demona w swojej głowie. On nie był w stanie, nie mógł złamać miecza, zabić Wilczycy.
Kryształowy dźwięk dzwonka był prawie bolesny. Aleks poderwał głowę i spiął się. Gwiezdny Blask pewnie wzywał służbę, by oddali go w ręce straży albo poinformowali Dywizję Obronną. Janowiec pojawił się w drzwiach znacznie szybciej, niż chłopak by chciał.
- Przynieś proszę herbatę dla mojego gościa i dla mnie – zadysponował książę.
Herbata. A więc rozmowa jeszcze się nie skończyła. Aleks nie wiedział, czy powinien odczuwać ulgę z tego powodu.
Kiedy drzwi się zamknęły za kamerdynerem, książę powiedział:
- Przykro mi, że pan adiutant był zmuszony oglądać śmierć Szmaragdowego Bluszcza z takiej perspektywy. Proszę przyjąć moje kondolencje.
Aleks wciąż milczał.
- Doprawdy, w płaszczu ciszy panu adiutantowi nie do twarzy.
- …Słucham?
Gwiezdny Blask uśmiechnął się życzliwie, ale nie odpowiedział.
- Co pan ma na myśli? – Aleks uczepił się tego, by zmienić temat.
Przerwało mu wejście Janowca. Służący postawił na biurku srebrną tacę z dwoma szklankami w misternych koszyczkach, cukiernicą, ceramiczną miseczką z miodem, spodkiem z paroma listkami mięty i czymś w rodzaju sosjerki z syropem malinowym. Książę zachęcił chłopaka gestem. Aleks był zły na siebie, że tak łatwo było go obłaskawić, ale naprawdę brakowało mu herbaty.
Kryształowe szklanki były otulone filigranowymi srebrnymi koszyczkami. Wzór na nich przypominał stylizowane kwiaty powoju. Aleks mógł je sobie wyobrazić w gablocie na wystawie na przykład w stołecznym Zamku Królewskim, ale nie w codziennym użytku. Najostrożniej jak potrafił, wrzucił do naparu dwa niewielkie kryształki cukru i wlał odrobinę syropu malinowego. Czuł na sobie spojrzenie Gwiezdnego Blaska. Zamieszał, starając się nie uderzać w ścianki szklanki.
Herbata była aromatyczna, choć niezbyt mocna. Parzona z liści, nie pozostawiała aż tylu paprochów na dnie. Aleks przymknął oczy, rozkoszując się nią. Gwiezdny Blask go nie ponaglał. Posłodził cukrem i dodał listek mięty.
- Intrygują mnie szczegóły dotyczące pasożytniczych demonów i jeśli pan adiutant poczułby się kiedyś na siłach, byłbym niezmiernie wdzięczny, gdyby się nimi podzielił. Nie proszę jednak, by pan adiutant mówił wbrew sobie i nie o tak późnej porze – powiedział książę, obserwując chłopaka. – Czy pan adiutant wciąż chce znać odpowiedź na swoje pytanie?
Aleks wzruszył ramionami.
- To było ciekawe stwierdzenie. Nigdy wcześniej go nie słyszałem.
- Domyślam się, że pan adiutant nie słyszał również baśni o czterech płaszczach? – Aleks pokręcił głową. – To piękna opowieść. Przytoczę ją, za pana pozwoleniem.
Kontynuował, nie czekając na odpowiedź.
Uboga krawcowa chciała sprzedać płaszcz. Proste odzienie nie zwracało niczyjej uwagi, choć kobieta zaklinała się, że płaszcz będzie posiadał dowolne właściwości, o ile nabywca zdoła opisać je jednym słowem. Zainteresowało to bogacza zbierającego takie kurioza. Słowo, które wybrał, to było „piękno”. Kobieta wyhaftowała je starannie, a bogacz założył płaszcz. Ludzie natychmiast zaczęli zwracać uwagę na jego nadprzeciętną urodę, najmodniejszy strój, najczystszy głos. Otaczały go zastępy pochlebców, a bogacza to cieszyło, jednakże podziw wkrótce przerodził się w zawiść. Ci, którzy nazywali się jego przyjaciółmi, zaczęli się od niego odwracać, a bogacz odszedł na Drugi Świat w samotności.
Złodziej plądrujący jego dom znalazł nadpalone resztki płaszcza i prawie nieczytelną notkę o jego pochodzeniu. Odnalazł krawcową i zażądał uszycia takiego samego stroju. Kobieta wypełniła zamówienie, na plecach haftując słowo „cień”. Od tej pory złodzieja zawsze skrywały cienie tak gęste, że ludzkie oko nie mogło go dostrzec. To dało mu możliwości, o jakich wcześniej nie śnił. Kradł nie tylko kosztowności, ale też sekrety. Pewność siebie i zachłanność doprowadziła go do zguby, gdy podczas sprowokowanej przez niego strzelaniny zraniła go śmiertelnie zabłąkana kula, a nikt nie dostrzegł, że potrzebował pomocy.
O wyczynach złodzieja usłyszał mędrzec. On również odszukał krawcową i zamówił płaszcz ze słowem „cisza”, by mógł słuchać i obserwować, samemu nie zagłuszając płynącej z tego nauki. Tak też mędrzec wędrował po świecie, słuchając i spisując zasłyszane mądrości, lecz nigdy się nie odzywał. Księgi swoje zamykał w wieży, gdyż były dla niego cenniejsze niż wszystko inne. I tak do końca swoich dni milczał, a jego dzieła się pomnażały. Kiedy odszedł, jego bibliotekę odkryto i okrzyknięto skarbem ludzkości. Wielu studiowało księgi, zachwycając się ich treścią, lecz tylko prosty młodzieniec spytał, co natchnęło mędrca.
Odnalazł krawcową, starą, już prawie ślepą kobietę i poprosił o uszycie płaszcza. Długo zastanawiał się nad słowem. W końcu zdecydował się na „dobro”, jednak krawcowa nie znała symbolu, by je zapisać. To stropiło młodzieńca, ale nie na długo. Poprosił ją, by wyhaftowała otwarte dłonie. Krawcowa się wahała, w końcu to nie było słowo, na co młodzieniec odparł: „nie potrzebuję być postrzeganym jako dobra osoba ani też zmuszanym do czynienia dobra. Wystarczy, że będę pamiętał, czym ono jest.”
Gwiezdny Blask urwał i przez dłuższą chwilę panowała cisza.
- To piękna baśń – odezwał się chłopak.
- Baśń… niektórzy twierdzą, że Król nosił płaszcz z symbolem otwartych dłoni, zanim zamieszkał w Pałacu w Chmurach i na jego pieczęci pojawiło się Słońce.
- Naprawdę?
Gwiezdny Blask uśmiechnął się tajemniczo. Aleks przypomniał sobie, co Półksiężyc mówił o pegazie. Powstrzymał się od chichotu.
- Jednak nie mogę się nie zastanawiać, jakie słowo pan adiutant by wybrał – powiedział książę.
Aleks zamyślił się. Idea ostatniego płaszcza rzeczywiście była piękna, ale w piśmie Krainy Zachodnich Wzgórz naprawdę nie było jednego symbolu na „dobro”. Była „prawość”, „życzliwość”, ale to wszystko były aspekty jednego. Zresztą taki płaszcz nic nie robił, tylko przypominał.
- „Ciepło”. I oddałbym go starej krawcowej – odpowiedział.
Gwiezdny Blask milczał. Aleks uznał, że nawet jeśli odpowiedź nie była całkowicie prawidłowa, przynajmniej mówił szczerze. Książę wciąż milczał. To zaczynało być niepokojące. Chłopak chciał go ponaglić, tylko jak mógł to zrobić uprzejmie? Przypomniał sobie, co mówił Półksiężyc. „Mój panie”? To brzmiało jak z marnej powieści fantasy. „Wasza książęca mość” miało być tylko na początku. „Proszę pana” – za mało uprzejme.
- Mój książę?
Gwiezdny Blask popatrzył na niego ciepło.
- Co cię niepokoi, Obrońco Ludzi?
- Nie chciałem powiedzieć niczego złego, ja tylko…
- Mówiłeś szczerze.
- Tak.
- Jesteś naprawdę fascynującym młodym człowiekiem. – Aleks jak na komendę się zarumienił. Gwiezdny Blask odchrząknął. – Zanim ta rozmowa dobiegnie końca, mam prośbę do pana adiutanta. To nic wielkiego, ufam, że jej spełnienie nie będzie problematyczne.
- Proszę powiedzieć.
Gwiezdny Blask wyjął z szuflady złożony i zapieczętowany list i podał go chłopakowi. Aleks obrócił go w palcach. Granatowy lak z Księżycem i Gwiazdą, na odwrocie zdanie „do mojego przyjaciela Jesiona.”
- Byłbym wdzięczny za dostarczenie tego listu do rąk własnych.
- Oczywiście. Za tydzień czy dwa planowałem odwiedzić rodzinę, ale jeśli pan chce, mogę wskoczyć na Drugi Świat choćby jutro wieczorem.
- Proszę nie zmieniać planów, to nie jest nagląca sprawa, tylko zwykłe pozdrowienia. – Chłopak jeszcze raz obrócił w palcach list, przyglądając się mu nieufnie. – Oraz oferta protekcji pana adiutanta w Pierwszym Księstwie. Proszę zwrócić na to uwagę Jesiona. O ile nie zaszła radykalna zmiana, z dużym prawdopodobieństwem machnie na to ręką.
- A… co to znaczy? Bardzo proszę o odpowiedź.
- Panuje tu zwyczaj, by syn wyprowadzający się z domu rodzinnego do odległego miasta otrzymywał od ojca list polecający do krewnego czy przyjaciela rodziny. Taka osoba wsparłaby młodzieńca w razie kłopotów niezależnych od niego, jak choćby wypadek uszczerbek na zdrowiu odniesiony w skutek wypadku, rabunek, utrata dachu nad głową.
Ubezpieczenie. A więc tak wyglądał tu system ubezpieczeniowy. Aleks miał ochotę parsknąć śmiechem.
- Co się dzieje, jeśli ktoś nie ma znajomych w miejscu, do którego się wyprowadza? – spytał.
- Istnieją osoby przeważnie pracujące dla banków publicznych, którzy za opłatą podpisują umowę, w której obowiązują się udzielić takiej pomocy. Oczywiście w przypadku pana adiutanta to nie jest problemem. Pomijając liczne grono przyjaciół Jesiona, należy pan do armii, a ta zapewni panu opiekę zdrowotną i prawną, jak i zaspokoi wszystkie podstawowe potrzeby. Osobiście uważam, że mimo wszystko jest pan narażony na ryzyko poza armią. Ryzyko znikome, ale wciąż prawdziwe.
- Dlaczego? – wyrwało się Aleksowi.
- Obecna sytuacja polityczna jest niestabilna, a i pochodzenie pana adiutanta ma spore znaczenie.
- Starałem się je ukrywać.
- Nie jest trudno się domyślić.
- Pani generał powiedziała to samo. Ja… naprawdę panu dziękuję za tę propozycję, ale nie chciałbym sprawiać problemu.
- To nie jest żaden problem. Prawdopodobieństwo, że ktoś spróbuje panu zaszkodzić, jest naprawdę niewielkie, jednak gdyby to się zdarzyło, obawiam się, że następstwa tych wypadków mogłyby pana adiutanta przerosnąć. Przyznaję, iż mam nadzieję, że moje imię zniechęci ewentualnych natrętów.
Aleks zacisnął dłonie na podłokietnikach. Musiał przyjąć tę ofertę. Odrzucenie jej byłoby wybitnie nierozsądne, tylko… Rozmawiał z Pierwszym Księciem, Wielkim Wojownikiem, Białym Smokiem, prawą ręką Króla.
- Chciałbym to przedyskutować z ojcem, jeśli można…? Naprawdę nie chcę się mieszać do polityki tutaj, kiedy tak słabo znam Zaświaty.
- To oczywiste. Przypominam też panu adiutantowi, że Biała Noc nie rozkaże panu skontaktowania się z rodziną ani jako książę, ani jako generał, a jej prośbie może pan odmówić.
Gwiezdny Blask dopił herbatę, jakby chciał pokazać, że uważa rozmowę za skończoną. Aleks zerknął smętnie na swoją pustą szklankę. Wypił wszystko, kiedy Gwiezdny Blask opowiadał baśń.
- To była fascynująca rozmowa – powiedział książę. – Pozostaje mi życzyć panu dobrej nocy.
- Tak… dobranoc – odpowiedział odruchowo Aleks. Wstał.
Gwiezdny Blask popchnął wózek w stronę drzwi. Chłopak przepuścił go przodem. Patrząc na jego powolne ruchy, nie mógł powstrzymać pytania:
- Może mógłbym pomóc?
On też był zmęczony. I obolały od jazdy konno. Poszukał wzrokiem zegara. Dochodziło wpół do dwunastej, a on miał jeszcze porozmawiać z Półksiężycem.
Książę skinął głową bez słowa, więc chłopak stanął za wózkiem i popchnął go ostrożnie. Koła obracały się toporniej, niż to z boku wyglądało. Nic dziwnego, że to męczyło Gwiezdnego Blaska. A jednak wciąż zachował siłę jednego z Pierwszych Wielkich Wojowników. Miecz przypięty do oparcia wciąż pulsował jego energią. Rozpraszał Aleksa, chłopak zmuszał się, by patrzeć, gdzie idzie. Z bliska dostrzegł misterne wzory, wyglądające na inkrustowane… światłem. Biały blask naprawdę przebijał się przez fantazyjne zawijasy.
- Proszę, by pan adiutant przeszedł tamtym korytarzem do końca. – Głos księcia wyrwał go z zamyślenia.
Korytarz biegł równolegle do tego, który prowadził do jadalni. Gwiezdny Blask wskazał drzwi na jego końcu.
- Jeśliby pan czegoś potrzebował… - zaoferował Aleks, nie myśląc.
Gwiezdny Blask uśmiechnął się pobłażliwie.
- Nie, ale dziękuję panu adiutantowi. Jestem pewien, że mój wnuk wciąż oczekuje pana w bibliotece.
Aleks skinął głową.
- W takim razie dobranoc.
- Dobranoc panu również.

Biblioteka była z rodzaju tych, które każdego potrafią zamienić w mola książkowego. Wąskie, długie pomieszczenie było jasno oświetlone białym blaskiem kryształów. Regały sięgające od podłogi do sufitu były wypełnione jednakowo oprawionymi książkami. Aleks stanął pośrodku pomieszczenia i rozejrzał się. W sumie do biblioteki prowadziło dwoje drzwi. Nad nimi, przez całą długość ściany, tylko z przerwą na kominek, ciągnęła się drewniana galeryjka, na którą prowadziły spiralne schody na obu jej końcach. Poza tym stały tu przeróżne fotele, stolik do map, sekretarzyk, biurko, jakiś instrument muzyczny, wyglądający jak niskie pianino… Tylko nigdzie nie było widać Półksiężyca. Aleks przyjrzał się instrumentowi. Klapa była podniesiona, ukazując mechanizm. Wyglądało na to, że poruszane klawiszami pałeczki uderzały w kryształowe dzwonki.
Chłopak oderwał wzrok od instrumentu i rozejrzał się ponownie. Strażnika wciąż nie dostrzegł, za to na jednym z foteli stojących przed nierozpalonym kominkiem siedziała Noc, nadal w tej czerwonej sukni. Czytała coś w świetle lampy z kryształów, takich samych, jakich używano choćby w arsenale, by nie rozniecić ognia.
- Pani generał – odezwał się Aleks, salutując.
- Obrońco. – Skinęła mu głową.
Dostrzegł jej badawcze spojrzenie.
- Wszystko w porządku, naprawdę. To tylko… była trudna rozmowa – odpowiedział. – Noc zacisnęła usta. – Książę… wypytywał mnie o Szmaragdowego Bluszcza. Wie pani może, gdzie jest Półksiężyc?
Zamknęła książkę i wskazała mu fotel naprzeciwko siebie. Usiadł ostrożnie, ale obolałe mięśnie i tak dały o sobie znać. Noc popatrzyła na niego pytająco.
- Trzy godziny w siodle to trochę za dużo jak na drugi raz – wyjaśnił.
- Zasugerowałam Półksiężycowi, by udał się na spoczynek. Sądzę, że wasza rozmowa może zaczekać do jutra.
Aleks westchnął cicho. Noc miała rację, ale nie powinna była się wtrącać. Księżyc na pewno nie odebrał tego jako troski.
- Śniadanie zazwyczaj zaczynamy około wpół do dziewiątej, chyba że życzysz sobie zjeść w apartamencie.
- Nie, dołączę do was – zapewnił ją szybko.
- W takim razie służba obudzi cię koło siódmej.
- Dziękuję.
- Chciałabym porozmawiać z tobą prywatnie, powiedzmy w południe w małym pokoju dziennym.
- Gdzie to jest? – wyrwało mu się.
- Obok jadalni.
Odłożyła zamkniętą książkę na podręczny stolik i wstała. On również dźwignął się na nogi.
- Dobrej nocy, adiutancie.
- Dobranoc, pani generał.
Noc ruszyła przodem. Rozeszli się w sali wejściowej. Kobieta zniknęła w korytarzu naprzeciwko. Aleks odprowadził ją wzrokiem. Naprawdę dużo lepiej wyglądała w sukni niż w mundurze. Pozostało mu wrócić do przydzielonej mu sypialni. To był długi dzień. Z westchnieniem pchnął drzwi.
- Obrońco.
Półksiężyc siedział w jednym z foteli przed kominkiem. Na widok chłopaka wstał.
- Przepraszam, że nie czekałem w bibliotece – powiedział na powitanie. – Moja siostra kazała mi wyjść.
Aleks popatrzył na niego wymownie.
- Zasugerowała – poprawił go.
Księżyc uśmiechnął się krzywo.
- Nie chciała, bym był świadkiem waszej rozmowy. Nie będę pytał. Chciałem tylko spytać, co chcesz robić jutro?
- Do południa nie mam planów.
Księżyc wyglądał na zaskoczonego.
- A po południu?
- Muszę porozmawiać z panią generał. Poza tym kiedyś trzeba wrócić do Czerwonego Miasta.
- Chciałem pokazać ci okolicę. Moglibyśmy przejechać się po parku, jeśli będzie ładna pogoda.
Chłopak skrzywił się.
- Perspektywa trzech godzin w siodle, by wrócić, trochę mnie zniechęciła. Przepraszam.
- Głównym traktem jedzie się co najwyżej dwie.
- Nadal…
- Dobrze, dobrze. Powinieneś zobaczyć przynajmniej Smocze Drzewo.
Aleks nie pytał. Nie miał siły.
- Księżyc, jutro. Proszę. Ledwo stoję na nogach.
Strażnik wyglądał na rozbawionego.
- Tak, śmiej się do woli – powiedział kwaśno Aleks. – Jak wpadniesz na Ziemię, obiecuję ci, wytrzasnę skądś drugi rower i zrobimy sobie taką samą przejażdżkę. Zobaczymy, co powiesz.
Mina Księżycowi zrzedła. Aleks parsknął śmiechem. Strażnik nie ciągnął rozmowy. Pożegnał się, zostawiając chłopaka samego.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Kolejny rozdział: 27
avatar swan

Powojenność, rozdział 25

~25~



Odwiązali konie, a Księżyc otrzepał pelerynę i zarzucił ją na ramiona. Zaciskając Obłokowi popręg, spytał:
- Na pewno nie odważysz się spróbować galopu? – Aleks rzucił mu oburzone spojrzenie. W końcu to było wyzwanie. – Jest łagodniejszy od kłusu, więc albo się rozluźnij i siedź w siodle, albo unieś trochę w strzemionach i stój na ugiętych nogach.
Chłopak nadal miał dość niewyraźną minę. Na początku ruszyli stępem po obrzeżach lasu. Księżyc chciał objechać skarpę i przedrzeć się na przełaj przez nieużytki. Kiedy stanęli u stóp wzgórza, obejrzał się na przyjaciela i spiął konia. Margerytka sama przeszła do galopu. Obrońca krzyknął z zaskoczeniem i chwycił przedni łęk siodła. Księżyc jeszcze raz obejrzał się na niego, ale zgodnie z jego przewidywaniami chłopak szybko wczuł się w rytm końskich kroków i rozluźnił się. Po kilku minutach Strażnik uznał, że szybka jazda mu się spodobała, więc pozwolił Obłokowi na wyciągnięty galop i zawołał przez ramię.
- Poluzuj wodze.
Aleks zrobił to instynktownie. Jego klacz miała wyjątkowo równy chód i przez to zdawała się płynąć w powietrzu. Odrobina adrenaliny wystarczyła, by ryzykowna prędkość przestała mieć znaczenie. Chłopak czuł wiatr na twarzy, widział, jak szybko trawy i krzewinki przesuwają się pod końskim brzuchem, ale to go nie martwiło. Nawet gdyby spadł, co mogłoby mu się stać? Energią wyhamowałby upadek, najwyżej by się odrobinę potłukł. Opowieści Półksiężyca o Skrzydlatych Jeźdźcach przestały być samymi słowami, nabrały kolorów i blasku. Aleks przełożył wodze do prawej ręki, a lewą podniósł do ust i zagwizdał. Po jakimś czasie z góry odpowiedział mu podobny gwizd. Raróg zniżył lot i dostosował prędkość do wierzchowców. Aleks nieco ryzykownie wyciągnął rękę. Ptak długo się przymierzał, ale kiedy wylądował, chłopak nie poczuł szarpnięcia, tylko pazury wbijające się w jego przedramię. O tym nie pomyślał. Półksiężyc obejrzał się na niego z radosnym uśmiechem.
Galop trwał zdecydowanie zbyt krótko. Kiedy zbliżyli się do wsi, zwolnili i Aleks pomógł ptakowi wystartować. Konie, lekko spocone, parskały i prychały, przy czym Margerytka wyglądała na dużo bardziej zmęczoną niż Obłok. Dojechali do drogi i wdrapali się na groblę. Do wsi pozostało jakieś dwieście metrów. Z tej odległości zamieszanie było widać wyraźnie. Ludzie biegali od domu do domu, niektórzy pchali taczki ze lśniącymi w słońcu gąsiorami, inni dyskutowali zawzięcie przez płot. Przyjaciele wjechali stępem na plac i zatrzymali się przy studni. Ludzie zaczęli zwracać na nich uwagę. Zawzięte dyskusje cichły, rozlegały się gorączkowe szepty. Otoczył ich tłumek mężczyzn i podrostków, większość kobiet znikła w obejściach. Zebrani na placu zaczęli jeden po drugim przyklękać w niskim ukłonie, zdejmując czapki z głów.
Księżyc zeskoczył z siodła i stanął wyprostowany. Aleks również zsunął się z klaczy. W sumie prawie trzy godziny jazdy dały mu się trochę we znaki. Rozejrzał się po zebranych. Od razu było widać, że właśnie zdarzyło się coś dobrego i tu nie chodziło o ich przyjazd. Z kolei Półksiężyc wyglądał zupełnie inaczej, stojąc przed nimi. To już nie był ten wiecznie zmartwiony kapitan, ale książę następca, dziedzic na swoich włościach. Kiedy się odezwał, mówił pewnie, ale jednocześnie życzliwie.
- Wstańcie. – Poczekał, aż się podniosą. – Z daleka widać zamieszanie, dlatego jak sąsiad sąsiadów chciałbym spytać, co się wydarzyło?
Mężczyzna stojący z przodu, wyraźnie rozpromieniony, odezwał się, jakby tylko czekał na to pytanie.
- Syna mam, panie dziedzicu! Syn mi się urodził, ot, jakąś godzinę temu.
Księżyc uśmiechnął się szeroko, szczerze. Przerzucił wodze do lewej ręki i uścisnął dłoń szczęśliwego ojca.
- To wspaniałe wieści.
Aleks przyjrzał się przyjacielowi, nie wierząc, że ten potrafi zachowywać się tak… profesjonalnie. Mężczyzna stojący przed nim, szpakowaty, z pokaźnym wąsem na okrągłej twarzy, patrzył na Księżyca prawie z uwielbieniem. Inni zresztą też.
- Więc, panie dziedzicu, chciałbym pana jako sąsiada zaprosić, by wypił z nami za jego zdrowie i… - Obrócił w dłoniach skórzaną czapkę. – I jako naszego księcia następcę poprosić uniżenie, by pan dziedzic mu pobłogosławił – dodał, pochylając głowę.
Jeśli Półksiężyc był zaskoczony zaproszeniem, nie okazał tego.
- Oczywiście. – Odwrócił się do Obrońcy i uśmiechnął przepraszająco. – Jeśli mógłbyś przywiązać konie do płotu, gdzie nie będą nikomu przeszkadzały… - zadysponował pospiesznie.
- Jasne.
Nie zdążył dodać niczego więcej, zanim rozdzielił ich tłum. Złapał wodze Obłoka, którego trochę to zdenerwowało, i poczekał, aż ludzie ich miną w drodze do okazałego, pomalowanego na zielono domu. Aleks upatrzył sobie odcinek płotu między dwoma furtami, za którymi rosły jakieś gęste krzewy. Deresz trochę się zapierał, ale widok Margerytki idącej posłusznie za chłopakiem go zachęcił. Aleks wolał nie popędzać go ręką, ale koń znowu stanął.
- Chodź, czworonogu nieparzystokopytny – mruknął, zirytowany.
Margerytka zarżała, jakby ją to rozbawiło. Obłok ruszył nieco żwawiej. Aleks przywiązał wierzchowce do poziomej żerdzi, poklepał je po szyjach i pochylił się, by poluzować im popręgi. Kiedy się wyprostował, stało przed nim czworo dzieci, na oko w wieku pięć-dziesięć lat… to znaczy, dziesięć-trzydzieści według tutejszych standardów. Cztery pary nieco spłoszonych oczu wpatrywały się w chłopaka jak w tygrysa w zoo. Aleks przykucnął przed dziećmi.
- O co chodzi?
Dwoje młodszych cofnęło się o krok.
- Pan jest Wojownikiem? – spytał na oko najstarszy chłopiec.
- Jestem.
- Pan ma miecz! – zawołał inny brzdąc, wyglądając zza pleców jedynej w grupce dziewczynki.
Aleks, korzystając z tego, że pochwę było łatwo odpiąć od paska, rozpiął zapięcia i położył sobie miecz na kolanach. Dzieci zapiszczały radośnie.
- Wilk! – orzekła dziewczynka, wskazując na głowicę.
- Wilczyca – poprawił ją Aleks.
Dzieci umilkły, wpatrzone w coś nad jego prawym ramieniem. Zaniepokojony, obrócił się i już chciał odskoczyć, ale zrozumiał, że był ciasno otoczony ze wszystkich stron: płotem, końmi, dziećmi, wreszcie Wilczycą.
- Co ty tu robisz? – spytał ze złością, zerkając wymownie na wystraszone dzieci.
Wzywałeś mnie, Wilcze Szczenię, odpowiedział duch.
- Wcale nie! Wracaj.
Wilczyca go zignorowała. Położyła się obok niego, wyciągając łapy przed siebie. Jeden z młodszych chłopców, ten najbardziej ucieszony na widok miecza, wysunął się do przodu.
- Nie gryzie? – spytała z niepokojem dziewczynka. Aleks roześmiał się. Wilczyca będzie miała za swoje.
- Nie – odpowiedział.
Chłopczyk wyciągnął rękę i pogłaskał zwierzę po łbie. Wilczyca mruknęła, skonsternowana. Dziecko roześmiało się i zaczęło gładzić puszystą sierść. Duch wciąż wyglądał, jakby nie wierzył, że to się dzieje naprawdę. Pocieszna scenka, uznał Aleks.
- Dzieci, nie męczcie pana Wojownika, idźcie się pobawić gdzie indziej – rozległo się nad ich głowami. Wilczyca jak na komendę zniknęła.
Za gromadką dzieci stała dziewczyna, z wyglądu nastolatka, w burej spódnicy, białej bluzce i czepku. W jednej ręce trzymała kosz, opierając go o biodro, drugą skubała końcówkę jasnego warkocza. Kiedy Aleks wstał i przypiął miecz, dygnęła.
- A pana Wojownika poprosić bym chciała, by konie przywiązał gdzieś indziej, bo ogród nam ogołocą. – Opuściła wzrok, onieśmielona.
Wierzchowce rzeczywiście, niepomne zasad dobrego wychowania, zaczęły, jak gdyby nigdy nic, skubać krzewy za płotem. Aleks poczochrał sobie włosy.
- Przepraszam, już je zabieram – powiedział, odwiązując wodze. Margerytka złapała go chrapami za rękaw.
- Dziękuję panu Wojownikowi. – Dziewczyna dygnęła znowu. – Jeśli pan sobie życzy, mogę im przynieść owsa… I może je pan przywiązać przy korycie, to będą miały wody pod dostatkiem.
- Owsa im nie trzeba, najadły się trawy po drodze, ale napić pewnie by się chciały. – Aleks spróbował poklepać Obłoka po łopatce, ale ten prychnął i odskoczył. Chłopak machnął ręką, jednak deresz zaparł się jak głupi. Aleks popatrzył przepraszająco na dziewczynę i pociągnął za wodze.
- Chodź, ty sierściuchu z osłem skoligacony.
Koń zarżał i ani drgnął.
- Przepraszam, głupio mi prosić, ale gdybyś mogła go poprowadzić… - Aleks zwrócił się do dziewczyny. Do tej pory jego zmagania z koniem ją bawiły, ale teraz wyglądała na spłoszoną.
- Ależ to jest wierzchowiec pana kniazicza…
- Do którego miałem jak najszybciej dołączyć. Nie pójdzie inaczej.
Dziewczyna z wahaniem wzięła wodze i poprowadziła ich do obejścia szczęśliwego ojca.
- Pan Wojownik służy w oddziale pana kniazicza? – spytała z zaciekawieniem.
- Nie, jestem adiutantem generał Białej Nocy – odpowiedział bez zastanowienia.
Dziewczyna pisnęła cicho i zasłoniła dłonią usta. Aleks przywiązał Margerytkę do żerdzi przy drewnianym korycie z wodą. Dziewczyna zrobiła to samo z Obłokiem, prawie nie odrywając wzroku od chłopaka.
- Dziękuję za pomoc – rzucił i poszedł do domu, w którym znikł Księżyc w towarzystwie gospodarzy.
Otrzepał buty w przedsionku i wszedł do głównej izby. Widok, jaki zastał, nie był dla niego zaskoczeniem. Pomieszczenie wypełniali mężczyźni w sile wieku, zwróceni w stronę stojącego pośrodku stołu. Na honorowym miejscu siedział Księżyc, a pozostałe pięć krzeseł zajmowali starsi, siwi mężczyźni. Drewniana podłoga uginała się wyraźnie pod ciężarem ludzi.
Było widać, że Księżyc się ucieszył na widok chłopaka, więc ten przecisnął się nie bez trudu i stanął przy jego krześle. Dostrzegł, że na stole stało kilka glinianych kubków. Kto nie dosięgał blatu, trzymał swój w ręku. Aleksowi też próbowano wcisnąć naczynie w dłoń, ale odmówił pod pretekstem słabej głowy.
- Dajcie mu cienkie wino – zadysponował Księżyc. Aleks rzucił mu zirytowane spojrzenie, ale po chwili uznał, że skoro już tu jest, musi wypić toast. Nie wypadało inaczej.
- Co ci zajęło tyle czasu? – spytał cicho Księżyc.
- Twoja kobyła nie chciała się ruszyć.
- Moja „kobyła” jest doskonale ułożonym, posłusznym koniem. – Księżyc podniósł nieco głos.
- Tylko kiedy jesteś w pobliżu.
Tymczasem zamieszanie przycichło. Księżyc wstał.
- Za nowonarodzonego! – zawołał, podnosząc kubek.
- Za nowonarodzonego! – powtórzyli chórem mężczyźni.
- Oby mu się szczęśliwie żyło – dodał książę następca i wypił.
Wino rzeczywiście było słabe, w dodatku dodano do niego soku z malin. Aleks prawie nie wyczuł alkoholu. Wzniesiono jeszcze kilka toastów: za ojca, za matkę, za dobrobyt. Aleks przyglądał się Księżycowi, nie wierząc, że jego wstrzemięźliwy przyjaciel naprawdę gotów jest tu się upić, ale nie, on po prostu przy każdym toaście pił łyk czy dwa, więc zawartość kubka starczyłaby mu na długo. Kiedy toasty się skończyły, Strażnik zapytał:
- Powiedzcie, gospodarzu, jak wam się żyje?
- Niczego nam nie brakuje, panie dziedzicu – odparł mężczyzna, rozkładając ręce. – Rok zapowiada się urodzajny, rogacizna póki co zdrowa. Jedynym, na co mogę narzekać, jest to, że nie mam na co narzekać, jeśli panicz pozwoli, że się tak wyrażę.
- Nawet na podatki nie narzekacie?
- Ja jestem prostym człowiekiem, jasny panie. Nie wiem, na co one idą, ale jak mus, to mus. Póki mi starcza na ubranie i nakarmienie rodziny, będę zadowolony.
- Ja wiem, na co idą podatki – odezwał się jeden z młodszych. – Jak na jesienną równonoc był targ w mieście, kilku osiłków chciało napaść Spiżową Sarnę, a jak zaczęła krzyczeć, to zaraz straż miejska przyszła z pomocą. I jeszcze potem Sarna pismo dostała, że ich zamknięto w więzieniu.
- Cieszę się, że to się dobrze skończyło – stwierdził Księżyc.
- Więc, panie kniaziczu, jeśli za to płacimy…
- Cieszysz się, że nic jej się nie stało, bo chcesz jej zanieść biały kwiat – wciął się jeden ze starszyzny siedzącej przy stole.
- Ona trzydziestu lat jeszcze nie ma – powiedział cicho ktoś z tyłu.
- Ale jest Odrodzona, licho wie, czy dorosła.
Mężczyzna, który przytoczył anegdotkę, zaczerwienił się. Księżyc to dostrzegł.
- Tak czy inaczej będę wypatrywał wesela, które oby nastąpiło w swoim czasie.
- Dziękuję paniczowi.
Strażnik wstał.
- Czas na nas – orzekł.
Ludzie zaczęli się rozstępować, by pozwolić mu przejść. Przyjaciele prawie dotarli do drzwi, kiedy przepchnął się do nich kulejący ciemnowłosy mężczyzna ze spuchniętym lewym policzkiem.
- Jasny panie, pan pozwoli, że spytam: ten miód, który na jesień i potem, jakiś miesiąc temu dostarczyłem, to wam choć smakował?
Księżyc zamyślił się tylko przez chwilę.
- Tak, był wyśmienity – odpowiedział szczerze. Mężczyzna się rozpromienił.
- To jeśli jasny pan zechce, mogę choćby zaraz garnczyk przynieść.
- Nie śmiałbym prosić i nadużywać waszej gościnności…
- Dla nas to zaszczyt… To ja pobiegnę.
- Chwilka – zatrzymał go Aleks. – Kiedy pana użądliła? – Wskazał na jego policzek.
- A, to. Dzisiaj z rana, panie. – Pszczelarz potarł opuchliznę.
- Brzydko wygląda, robił pan coś z tym?
- Tylko babkę przykładałem, to nic wielkiego.
- Nie pietruszką? – zdziwił się chłopak. Pszczelarz pokręcił głową, zaskoczony. Najwyraźniej tu nie wpadli na takie rozwiązanie. – Niech pan przetnie ją tuż poniżej naci i posmaruje sokiem. Mi zawsze pomagało.
- Dziękuję panu. No, to teraz pójdę po miód. – Ukłonił się szybko i wyszedł.
Na podwórzu przy koniach nadal krzątała się ta dziewczyna, tym razem dolewając wody do koryta. Na widok przyjaciół dygnęła szybko, wycierając dłonie o spódnicę. Aleks dostrzegł, że cały czas mu się przyglądała. Księżyc też to zauważył.
Zacisnęli popręgi i wyprowadzili konie na plac pośrodku wsi. Księżyc poczekał chwilę na obiecany miód, pożegnali się jeszcze raz i ruszyli drogą.
Ledwo wyjechali ze wsi, Księżyc parsknął śmiechem.
- Już wiem, co ci zajęło tyle czasu. – Aleks nie zrozumiał. – Całkiem ładna ta Sarenka.
- Co ty sugerujesz?
- Że byś się zawiódł, już prawie ma narzeczonego. Nie sądzę, by mówili o innej Odrodzonej.
- Hej! Nic do niej nie mam. To ona pierwsza mnie zaczepiła, zresztą by mi powiedzieć, żebym gdzieś indziej przywiązał konie, bo jej zjadały kwiatki.
- O, proszę, charakterna.
- Daj spokój. A może tobie się spodobała?
- Hm, książę następca i Odrodzona chłopka, to niestety działa tylko w fikcji. Zresztą, nie jest w moim typie.
- O, a jaki jest „twój typ”?
- Ciemniejsze, ale jeszcze nie brązowe włosy, trochę szczuplejsza twarz, ciemniejsze usta… A twój, Obrońco? – Chłopak milczał. – Odpowiedz.
- Nie mam „typu”. Dla mnie liczy się charakter.
- Jakże szlachetnie. Jaki zatem charakter?
- Mogę powiedzieć, jaki na pewno nie. Nie lubię, jak ktoś się do mnie przymila, ogólnie żadnych nieśmiałych. I niezdecydowanych. I po namyśle, tak, lubię charakterne. I takie, które nie muszą na mnie ze wszystkim polegać, ale potrafią sobie radzić same. Twoja kolej.
- Charakterne tak, ale bez przesady. Nie gwałtowne, raczej łagodne. Spontaniczne.
Aleks wydał nieartykułowany dźwięk.
- Wygoń, proszę, tę myśl z mojej głowy.
- Jaką myśl?
- Że do tych opisów pasują nasze siostry. To znaczy Noc do mojego, a Gosia… - Urwał, przypominając sobie, jak nerwowo przyjaciel reagował na każde wspomnienie o siostrze. Nie chciał psuć na stroju.
- Milcz, siło nieczysta. Ani słowa – wydusił Księżyc, z trudem panując nad śmiechem.
- Tak, zmieńmy temat.
Strażnik nie zastanawiał się długo.
- O co chodziło z pietruszką?
Słońce zniżało się nad drogą przed nimi, zagajnik, przez który akurat przejeżdżali, szumiał kojąco. Kopyta kłusujących koni wzbijały z drogi kłęby kurzu. Aleks śmiał się jak opętany.
- Obrońco, to było poważne pytanie – oburzył się Księżyc.
Minęło sporo czasu, zanim chłopak się uspokoił. Wreszcie powiedział.
- Pan Heisui zawsze tak robił i zawsze pomagało. Babka działa na zranienia, ale to pietruszka neutralizuje toksynę w żądle, która powoduje opuchliznę. To teraz moja kolej. O co chodziło z miodem?
Księżyc zarumienił się lekko.
- Lubię miód.
- Zdziwiło mnie, że o tym pamiętałeś.
- Te trzy wsie, które było widać ze skarpy, są „przydworne”, zaopatrują rezydencję, co jest odliczone od podatków. Mamy jednego pszczelarza, oczywiście, że go zapamiętałem.
- Jak to „przydworne”? To znaczy pańszczyzna?
- Niezupełnie. Przeciętny obywatel płaci dwie piąte swojego dochodu jako podatek dla księcia. Z tego spora część idzie na armię, reszta na służby mundurowe i urzędy. Do tych ostatnich zalicza się stanowisko księcia, więc przeważnie wsie najbliższe pałacowi płacą część podatku po prostu w produktach takich jak jedzenie, opał czy zioła, by nie tracić przez marżę. Po części bierze się to z tego, że wsie były kiedyś inwestycją. Chłopi przez lata powoli spłacali dach nad głową i ochronę.
- Czyli pańszczyzna.
- Niezupełnie. Pańszczyzna na Drugim Świecie była, kiedy pracowali na polu swojego pana, a nie oddawali część swoich plonów. To nadal podatek.
- W ogóle nie słyszałem tu wcześniej o podatkach.
- Bo nie musisz ich płacić. – Księżyc uśmiechnął się krzywo. – Wojownicy są od nich zwolnieni. I tak żołd płaci ci państwo, więc równie dobrze może ci mniej zapłacić niż kazać zwracać część. Oczywiście jeśli będziesz miał drugie źródło dochodów, to będzie opodatkowane. Urzędnicy i służby mundurowe mają sporą ulgę. Ci, którzy zatrudniają pracowników w warsztatach czy fabrykach, też mogą sobie odliczyć…
- I tak się w tym pogubiłem – przerwał mu Aleks.
Księżyc parsknął cicho.
- Przyspieszymy? Już jesteśmy trochę spóźnieni.
Przejechali kawałek głównym traktem, z którego skręcili w węższą, ale solidnie utwardzoną drogę. Kilkaset metrów za skrętem, wśród drzew ukazała im się misternie rzeźbiona brama. Była otwarta, a w niewielkim budynku obok paliło się światło. Księżyc przejechał przez nią, prawie nie zwalniając. Aleks rozglądał się ciekawie. Póki co otaczały ich łąki. Droga była prosta, by z daleka można było podziwiać rezydencję ładnie wkomponowaną w krajobraz.
Księżyc nagle zwolnił.
- Byłbym zapomniał. Obrońco, mam do ciebie prośbę. – Zacisnął nerwowo dłonie na wodzach. – Nie ukrywaj przed dziadkiem swojego pochodzenia. Na pewno ucieszy się na wieści o generale Jesionie.
Aleksa to nie zdziwiło.
- Dobrze. Nie powiedziałeś mu? – upewnił się.
- Nie. Ale nie ręczę za moją siostrę.
Zacisnął zęby.
- Jasne.
Dopiero, kiedy zbliżyli się do zabudowań, Aleks dostrzegł, jak ogromne były. Trochę trudno było ocenić przez brak innych budynków w pobliżu, ale chłopakowi wydało się, że rezydencja jest większa nawet od kwatery dowództwa Lotnych. Po obu stronach dziedzińca były budynki połączone z głównym gmachem zadaszeniem wspartym na kolumnach. Stajnia i powozownia z prawej, a pomieszczenia gospodarcze i mieszkania dla służby z lewej, jak objaśnił później Księżyc. Główny budynek był imponujący. Mimo swojego ogromu, nie sprawiał wrażenia ciężkiego. Wzniesiono go z jasnego kamienia, a drzwi i okna okalały bogate płaskorzeźby, ciągnące się również wzdłuż gzymsów. Jak większość dzieł sztuki w Zaświatach, przedstawiały stylizowane rośliny i wstęgi. Nad ostrołukowymi drzwiami wejściowymi wyrzeźbiono herb Księżyc i Gwiazda, w jego tle dwa miecze, a nad nim konia stojącego dęba. Tylko w niektórych oknach paliło się światło, szklana kopuła nad wejściem również była oświetlona.
Przyjaciele zeskoczyli z koni. Ktoś odprowadził wierzchowce do stajni. Drzwi stanęły otworem i Aleks wspiął się za Półksiężycem po gładkich schodach. Marmurowych? Chyba tak.
Sala wejściowa robiła piorunujące wrażenie. Oświetlona ogromnym żyrandolem i lampami przy ścianach, których światło odbijało się w zmyślnie rozmieszczonych lustrach, sala lśniła i prawie raziła w oczy kolorami. Naprzeciwko wejścia łagodnie zakręcone lustrzane schody wiodły na galerię. Nad półpiętrem, gdzie się krzyżowały, wisiał obraz przedstawiający Wojownika na białym koniu. Chmury i promienie słońca w tle układały się tak, że wyglądały jak białe skrzydła jeźdźca. Aleks przestąpił kilka kroków po misternej mozaice układającej się w ogromny, niesamowicie ozdobny herb. Podniósł głowę. Szklana kopuła, elegancko wkomponowana w malowidła na suficie, znajdowała się nad samym środkiem sali.
Czyjeś ręce pomogły chłopakowi zdjąć płaszcz. Usłyszał, jak Księżyc przekazuje służącej garniec z miodem i prosi ją, by zaniosła go do spiżarni. Aleks wciąż był oszołomiony widokami. Na Ziemi nigdy nie miał okazji choćby zwiedzać podobnego miejsca, a tu wszystko, co widział, było w codziennym użyciu. Kątem oka dostrzegł, że z prawej, w głębi sali otwarły się drzwi. Księżyc też zwrócił się w tamtą stronę.
Gwiezdny Blask siedział na rzeźbionym fotelu. Dopiero po chwili Aleks dostrzegł duże koła z obręczami, jak w standardowym wózku inwalidzkim, choć wkomponowane w całość jak element ozdób. Stary książę miał na sobie jasną stójkową marynarkę ze lśniącego materiału. Pod szyją zawiązał biały fular i spiął go broszą z niebieskim, opalizującym kamieniem. Labradoryt, uznał Aleks, kiedy ozdoba zalśniła jak pawi ogon. Nogi księcia były zakryte pledem haftowanym srebrną nicią.
Mężczyzna, mimo swoich lat, siedział wyprostowany. Miał krótko przycięte siwe włosy i brodę, a szare oczy patrzyły bystro spod wysokiego czoła. W sumie wyglądał jeszcze bardziej dostojnie, niż Aleks sobie wyobrażał.
Wózek popychała Noc. Wyglądała zupełnie inaczej niż generał Lotnych, którą Aleks znał. Miała na sobie coś w rodzaju ciemnoczerwonej koronkowej garsonki z rękawami do łokci. I oczywiście ze stójką. Wykładane kołnierze szyto tu chyba tylko przy wierzchnich okryciach. Kiedy wyszła zza wózka, Aleks zrozumiał, że ta garsonka była jednak częścią sukienki… szerokiej sukni sięgającej jej kostek. W dodatku Noc miała na sobie gorset.
Półksiężyc wyminął Aleksa, szturchając go przy okazji, i stanął przed Nocą i Gwiezdnym Blaskiem. Ukłonił się i przywitał, ale chłopak nie usłyszał jego słów. Na miękkich nogach poszedł za przyjacielem. Kiedy stanął obok niego, zasalutował odruchowo, ale przypomniał sobie, co mówił Strażnik, i ukłonił się, krzyżując ręce na piersi. Zauważył jeszcze coś. Natężenie jego własnej energii rzadko kiedy pozwalało mu wyczuć energię innych, jeśli ci nie byli pod wpływem silnych emocji. Energię Gwiezdnego Blaska, jasną i czystą, czuł bez przerwy, co tylko potęgowało wrażenie, jakie wywarł na nim książę.
- Panie mój – Strażnik zwrócił się do dziadka. – Chciałbym ci przedstawić mojego przyjaciela, Obrońcę Ludzi.
Chłopak stanął przed księciem, nie wiedząc, co zrobić.
- To naprawdę zaszczyt pana spotkać – wydusił wreszcie.
Rzucił Księżycowi szybkie spojrzenie. Strażnik z trudem ukrywał rozbawienie. Noc radziła sobie nieco lepiej.
- I wzajemnie, panie adiutancie – odpowiedział życzliwie stary książę. Tytuł zabrzmiał serdecznie, nie było w nim drwiny. Podał chłopakowi rękę i uścisnęli sobie nadgarstki, jak to było w zwyczaju. Dłoń księcia była ciepła, a jego chwyt stanowczy. – Dużo o panu słyszałem od moich wnuków. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Aleks w przypływie paniki obejrzał się na Półksiężyca, ale przypomniał sobie, co ten powiedział. Zerknął pytająco na Noc. Bardzo nieznacznie pokręciła głową. Czyli Gwiezdny Blask sam się domyślił. Aleksa przeszły ciarki. Kto jeszcze mógł znać Jesiona na tyle dobrze, by dojść do podobnych wniosków?
Noc odchrząknęła cicho.
- Już wystarczająco długo zwlekaliśmy z kolacją. Mój panie, wasza rozmowa może zaczekać. Pozwólmy im się odświeżyć i zasiądźmy do stołu za kwadrans.
- Bardzo dobrze – odparł Blask. – Janowiec zaprowadzi pana adiutanta do szmaragdowej sypialni. – Mężczyzna skinął ręką na jednego ze służących stojących w cieniu schodów.
Stary książę bez pośpiechu potoczył wózek ku otwartym drzwiom po przeciwnej stronie sali wejściowej, na lewo od wejścia. Dopiero teraz Aleks dostrzegł, że z tyłu oparcia wózka przypięty był miecz w srebrnej pochwie. Miecz jednego z Pierwszych Wojowników.  Rękojeść i jelec były gładkie jak w mieczu Półksiężyca, ale ta broń zdawała się lśnić wewnętrznym białym blaskiem.
- Obrońco.
Aleks otrząsnął się. Księżyc też już odszedł; w sali wejściowej zostali tylko on, Noc i Janowiec, czekający w pewnej odległości, by im nie przeszkadzać.
- Dziękuję, pani generał. – Poczochrał sobie włosy. – Nie do końca tak chciałem go o tym poinformować.
- Z szacunkiem, adiutancie.
- Przepraszam. Uch… Jego książęcą mość.
- Planowałeś go poinformować?
- Tak, Półksiężyc mnie o to poprosił. To nie pani powiedziała… księciu, prawda? – upewnił się.
- Nie jest trudno się domyślić.
- Więc kto jeszcze mógł?
- Porozmawiamy nazajutrz rano. Kolacja rozpocznie się za niecały kwadrans, Obrońco.
- Tak jest.
Noc odeszła. Janowiec był starszym mężczyzną z ciemnymi włosami, przetykanymi pasmami siwizny. Miał na sobie granatową liberię, taką samą jak służący Nocy w koszarach. Bez słowa poprowadził chłopaka na piętro, potem w prawo, w głąb domu. Korytarz był oświetlony lampami w lustrzanych kinkietach. Po jednej stronie było dwoje wysokich, rzeźbionych drzwi, po drugiej rząd niższych i prostszych, a między nimi wąskie schody prowadzące do małych galeryjek w połowie kondygnacji.
- Co tam jest? – Aleks nie mógł powstrzymać pytania.
- Pokoje dla służby, która często towarzyszy naszym gościom, proszę pana.
Janowiec otworzył pierwsze drzwi i zaprosił chłopaka gestem do środka. Pomieszczenie wyglądało na salonik połączony z pokojem dziennym, upstrzone różnymi sprzętami, ale nie zagracone. Po lewej, przy kominku stała sofa i dwa fotele wokół niewielkiego stolika, w głębi pokoju był sekretarzyk, a po obu jego stronach dwa wysokie regały, dalej okrągły stół i krzesła z wysokimi oparciami. Wszystkie meble były wykonane z jasnego, szarawego drewna, a zielone obicia pasowały do tapiserii i zasłon. Drzwi na prawo prowadziły do sypialni utrzymanej w podobnej tonacji, choć w ciemniejszych odcieniach. W sypialni królowało łóżko z baldachimem wspartych na kolumnach rzeźbionych w splątane drzewa. Z sypialni wchodziło się do sporej łazienki. W sumie  trzypokojowy apartament był dużo większy niż całe kwatery Aleksa w koszarach.
Kiedy Janowiec odszedł, chłopak zdjął z ramienia torbę i po chwili wahania położył ją na łóżku. Miał tam ubranie na zmianę, trochę wymięte, ale przynajmniej czyste i niepachnące koniem. Na komodzie leżała sterta złożonych ubrań, ale chłopak nawet ich nie przejrzał. I bez tego czuł się tu bardzo nieswojo.
Nie żałował, że przyjął zaproszenie Księżyca, bynajmniej nie. To było wspaniałe miejsce, jak ze snu i czuł się tutaj jak we śnie. Irytowało go to, ponieważ nie potrafił się przy tym skupić na rozmowie, a jak nigdy dotąd nie chciał powiedzieć niczego głupiego.
Zdjął przepoconą koszulę i spłukał z siebie kurz. Zmienił spodnie. Wyczyścił buty. Kurtkę od brudu uchronił płaszcz, poza tym nie miał innej. Uczesał włosy. Był gotowy.

~*~
avatar swan

Powojenność, rozdział 24

~24~



Aleks oczywiście był obecny na uroczystościach związanych z awansem Ptaka – stał w drugim szeregu, za Białą Nocą. Mimo pięknej pogody był w dość ponurym nastroju, który towarzyszył mu aż do wieczora. Przyjaciele urządzili Ptakowi, podobnie jak jemu, przyjęcie w jego nowych kwaterach, ale z czasem pozostali też spoważnieli. Mieszkanie wszystkim przypominało o Szmaragdowym Bluszczu.
Chłopak wolał unikać Pioruna, by jeszcze bardziej nie psuć mu humoru. Chcąc nie chcąc, dosiadł się do Niedźwiedzia, który przy stole opróżniał kieliszek za kieliszkiem. Pułkownik też był mrukliwy. O ile z reguły nie lubił siedzieć bezczynnie, teraz miał aż za dużo roboty; sytuacja na rubieżach się zaogniła, mimo założonych blokad. Ataki następowały regularnie i Ciężka Piechota nie miała chwili wytchnienia. Pułkownik cudem wymigał się od kolejnej akcji, by wpaść do Czerwonego Miasta i pogratulować Ptakowi.
- Wiesz, chłoptasiu, żeby tu coś osiągnąć, trzeba mieć wieki doświadczenia, i mam na myśli kilkanaście stuleci, albo cholernie dobrą motywację – zaczął nagle, patrząc na Aleksa mętnym wzrokiem. – Popatrz na generałów. Jaśmin, Grom, Kwiatuszek, ci pamiętają ze dwa tysiąclecia, jak nie więcej. A reszta? Muszą być najlepsi, żeby w ogóle dano im żyć. Choćby Gronostaj, jest z podłej dzielnicy, bez nazwiska, nie zna ojca. Urodził się albinosem, wyobrażasz sobie, jak go traktowano? Albo pokaże, że jest silny, albo by szukał zębów po rynsztokach, o ile wcześniej by go nie zabili. Piorun podobnie. I Ptaszynka. – Niedźwiedź łyknął piwa z prawie już pustego kufla. – A Dobranocka? – Tu stary pułkownik uśmiechnął się drapieżnie. Nie ukrywał, że nawet on czuł respekt wobec tej kobiety. – Przed nią nie do pomyślenia było, żeby kobieta została głową rodu i utrzymała się na tej pozycji dłużej niż kilka lat. Kobieta generał? I to bojowej dywizji? Takiej jak Lotni? A tu proszę, Panienka radzi sobie jak marzenie. Do licha, większość facetów by nie wytrzymała z tyloma obowiązkami na głowie. Ale ją wychowywał Gwiezdny Blask, jeśliby nie przejęła po nim tytułów, okazałaby się słabą, wątłą księżniczką, kto inny przejąłby władzę, a ją by wydano za jakiegoś dziadygę z tytułem i pieniędzmi, bo na nic by się nikomu z Rodu Gwiazdy i Księżyca nie przydała. Jeśli motywacja, by nie oddać rządów żądnym forsy sukinsynom, nie jest wystarczająca, by ruszyć dupę, to nie wiem, co jest.
- A ty? – spytał ostrożnie Aleks, dolewając mu piwa. Zapowiadało się, że tak dowie się więcej, niż Niedźwiedź w innym wypadku by wyjawił.
- Ja? Lubię bijatyki. W Ciężkiej tego nie brakuje.
- I tyle?
- W swoim okręgu wykosiłem wszystkich, którzy sądzili, że mi dorównują.
- Więc przyszedłeś do wojskowej stolicy szukać sobie równych?
- I znalazłem. – Zaśmiał się ochryple, rozlewając piwo. – Grom pokazał mi, co to jest prawdziwa walka. Dał mi gwiazdki, kazał się pilnować, w zamian dostaję najlepsze kąski. A na ten przykład Jaskółka… O, z moją Jaskółeczką to inna historia. – Cmoknął. – Miała pecha, pojawiła się w Zaświatach ze wszystkimi wspomnieniami. Wiesz, jaki to cholerny problem? Nie wiesz. Zresztą, ja też nic nie pamiętam i mi z tym dobrze. Normalnie jak tu wracasz, masz spokój, zero zmartwień, hulaj dusza. A ona? Nawet mi słówka nie pisnęła, ale popatrz na nią. Mulatka kilkaset lat temu była albo niewolnicą, albo dziwką. Normalnie dno społeczne. To nie ma tutaj znaczenia, a ona o tym wie i to umie docenić, więc pokazuje, na co ją stać. Udowadnia sobie, że jest wolna. Moja mała demonica. Mówię ci, chłoptasiu, drugiej takiej to ze świecą nie znajdziesz. Jak tu przylazłem, szukałem rosłego chłopa do bijatyki, a ta pchełka rozłożyła mnie na łopatki w mgnieniu oka.
- Jaskółka cię pokonała?
- Kurde, nie powinienem tyle pić. Nikomu o tym nie piśniesz.
- Jasssne.
- Ale wiesz, trzeba mieć motywację albo cholerne szczęście. Albo nieszczęście, zależy, jak na to patrzeć. Jaskółka przeklina wspomnienia i z nich drwi, bo teraz jest wolna. Ty miałeś i jedno, i drugie. A Ptaszyna? Jego los potraktował marchewką i kijkiem. Jak coś zyska, to zaraz mu się przypomina, ile może stracić. Nie to, co ten idiota Błysk.
- Co z nim? – Dopiero po chwili Aleks skojarzył, że chodzi o generała Posłańców.
- Miał farta. Niesamowitego farta i tyle. Bo czego można jeszcze chcieć? Dobra rodzina, do tego poszczęściło mu się z talentem, od razu wzięli go na oficera.
- Jak to: od razu?
- Jeszcze w Akademii dostał przydział do Posłańców, podobno z miejsca trzyramienne gwiazdki. Młody geniusz, patrzcie, bierzcie przykład, mówili. A my patrzymy i co? Porucznik nadęty jak paw, uważał, że świat jest jego. A tu figa z makiem, sądził, że kolejne zaszczyty się posypią, a na nie trzeba już było zapracować. Kiedy on był porucznikiem, Biała Noc i Gronostaj zdążyli dołączyć do armii i dorobić się sześcioramiennych gwiazdek pułkowników. Potem Błysk chyba dostał kapitana, bo kogoś przenieśli do innej dywizji, to się ucieszył i potem znowu długo nic. A potem wyszła ta afera z Gwiezdnym Blaskiem i wszystko się posypało.
- Jaka afera?
- Czekaj, to ty nie wiesz? Dziadek Nocy i Półksiężyca, wychowywał ich, kiedy ich rodzice wykitowali. Nazywali go Smokiem. Mówię ci, to był chłop na schwał. Urodzony Wojownik. Żelazną ręką dowodził Lotnymi, trzymał w ryzach arystokrację. Traktowano go jak wcielenie samego Króla. Aż jakieś trzydzieści lat temu wybuchła ta afera… - Głos Dźwiedzia był coraz bardziej bełkotliwy.
- Jaka afera?
- No, ta z Jesionem. Był wtedy generałem Sił Specjalnych. Pojawiały się jakieś zmutowane demony, naprawdę silne musiały być, skoro posłali generałów. I to w takich zakątkach, że musieli dać Siły albo Lotnych, jeśli chcieli, by tałatajstwo się nie rozpanoszyło. Coś je musi nasyłało. Więc posłali wreszcie dwóch generałów, by się z nimi rozprawili na dobre. Pewnie była niezła jatka, nie znam szczegółów, a szkoda. Więc Jesion przepadł, nawet miecza nie znaleźli, spora strata, mówię ci, czasem trenował z Ciężką. – Dźwiedź cmoknął z uznaniem. – A Smok…
- Obrońca, a wy co tak w kącie siedzicie? – Dźwiedź rzucił Półksiężycowi ponure spojrzenie. Nie lubił, kiedy mu się przerywało. Aleks zacisnął zęby. Zirytowałby się na przyjaciela, gdyby nie to, że Półksiężyc patrzył na niego całkowicie niewinnie. To był tylko zbieg wypadków.
Zaraz za Strażnikiem pojawiła się Jaskółka. Przechyliła się nad ramieniem Dźwiedzia i cmoknęła go w policzek.
- Misiaczku, nie za mało dziś wypiłeś?
Niedźwiedź popatrzył mętnym wzrokiem na plamy rozlanego na blacie piwa, ale szybko skupił uwagę na Jaskółce. Księżyc przysiadł się do Aleksa.
- To była ciekawa rozmowa – zauważył cierpko chłopak.
- Przepraszam. – Głos Strażnika naprawdę zabrzmiał szczerze. – Nie wyglądasz na zbyt szczęśliwego – zauważył ostrożnie.
Aleks wzruszył ramionami.
- Czego się spodziewałeś, po tej przeprawie z Nocą i Gronostajem?
Półksiężyc bez słowa sięgnął po kieliszek.






Oczywiście to był pomysł Półksiężyca, zresztą całkiem dobry. Sobotnia przejażdżka po okolicy była bardzo miłą odmianą od codzienności ograniczonej murami Czerwonego Miasta. Jeśli chodzi o kolację i spędzenie nocy w domu przyjaciela, po namyśle Aleks uznał, że nie ma nic przeciwko. Pozostawał tylko jeden problem: koń.
Aleks, nieco zły na siebie, że od razu nie pomyślał o sprawach organizacyjnych, chcąc, nie chcąc, zapukał do gabinetu Białej Nocy, mając szczerą nadzieję, że generał z nim porozmawia, jeśli tylko będzie wystarczająco uprzejmy.
- Wejść.
Zasalutował w progu i podszedł do biurka.
- Pani generał, czy mógłbym pani zająć chwilkę? – Kiedy skinęła głową, kontynuował. – Wiem, że Margerytka należy do armii, ale to jedyny koń, który jako tako mnie toleruje, więc zastanawiałem się, czy mógłbym ją wykorzystać prywatnie? – powiedział szybko. Od czasu ich kłótni starał się przygotowywać w myślach wszelkie wypowiedzi zawczasu, by nie jąkać się przed generał. Jak dotąd szło mu nieźle, choć nie minął jeszcze tydzień.
- Jako starszy oficer masz do tego prawo – odparła Noc bez cienia zainteresowania.
Odetchnął z ulgą. Dochodziło wpół do dwunastej, z Półksiężycem był umówiony za dwie godziny i, prawdę mówiąc, nie miał planu na wypadek, gdyby Noc nie wyraziła zgody.
- Jak długo będziesz nieobecny? – spytała rzeczowo kobieta.
Poczochrał włosy. Nocy na pewno nie interesowało jego życie prywatne, więc skąd to pytanie?
- Planuję wrócić jutro koło południa, pani generał. – Nie mógł się powstrzymać przed dodaniem. – Dlaczego pani pyta?
- Ze względów praktycznych dobrze by było, gdyby przynajmniej jedno z nas przebywało w Czerwonym Mieście. Oczywiście nie jest to obowiązkowe i nie zawsze możliwe, jednak wolałabym, byś o planowanej nieobecności informował mnie z kilkudniowym wyprzedzeniem, ponieważ mam w zwyczaju spędzanie niedziel w domu rodzinnym. Mimo że w przypadku alarmu dzwon bije również tam, dotarcie Rozmyciem do dowództwa zajmuje około dziesięciu minut.
- Przepraszam, nie wiedziałem – wymamrotał chłopak, nieco zbity z tropu.
- W innym przypadku pułkownik Bursztynowy Płomień nas zastąpi, jednak wolę unikać niepotrzebnego zamieszania.
- Rozumiem, więc… kiedy pani przeważnie nie ma? Chciałbym wiedzieć na przyszłość – spytał, przypominając sobie, że Noc rzeczywiście zawsze go informowała o swojej nieobecności w czasie służby, a i poza nią też czasem wspominała.
- W soboty wieczorem opuszczam teren Czerwonego Miasta. Możesz spodziewać się mnie z powrotem w koszarach w niedziele po porze obiadowej.
- Dziękuję. W takim razie do zobaczenia wieczorem, pani generał – rzucił bezmyślnie, salutując, i odwrócił się do wyjścia.
- Adiutancie.
Przeklinając to, że nie umie trzymać języka za zębami, znów zwrócił się do niej.
- Wyjaśnij – zażądała.
Poczochrał sobie włosy. Nie mógł skłamać, ale też nie chciał zrzucać wszystkiego na przyjaciela. Chyba jednak nie miał wyboru.
- Półksiężyc zaprosił mnie na przejażdżkę po okolicy, skoro nie widziałem niczego w Zaświatach poza Czerwonym Miastem i terenami zniszczonymi przez demony. Potem planowaliśmy wstąpić do jego… waszego domu na kolację. Pani nie ma nic przeciwko, prawda? – spytał dla pewności.
Odniósł wrażenie, że Noc skrzywiła się nieznacznie.
- To również jego dom. Poza tym, jestem pewna, że Promień Mojego Słońca Gwiezdny Blask ucieszy się z możliwości spotkania syna swojego przyjaciela – dodała z dziwnym błyskiem w oku.
Aleks naprawdę nie przewidział tego następstwa ich „przejażdżki po okolicy”. Nie bardzo wiedział, co mógłby odpowiedzieć. Gwiezdny Blask? Jeden z pierwszych Wielkich Wojowników, przyjaciel samego Króla? Noc na szczęście nie oczekiwała odpowiedzi.
- Jeśli to już wszystko… - zawiesiła znacząco głos.
- Tak, pani generał.
- W takim razie do wieczora, adiutancie.
- Do widzenia – odpowiedział odruchowo, prawie zapominając o salucie na pożegnanie. Kiedy się odwrócił, Noc uśmiechnęła się z satysfakcją.

Stajenny przyprowadził mu osiodłaną Margerytkę szybko, jakby na niego czekał. Klacz zastrzygła uszami i prychnęła. Nie kładła uszu po sobie, jak ostatnio, ale nadal była zdenerwowana. Aleks nie próbował zaglądać do stajni; nawet z odległości kilkudziesięciu kroków konie go wyczuwały i zaczynały się niepokoić. Podziękował stajennemu, poprawił przerzuconą przez ramię torbę i poprowadził klacz w stronę głównego dziedzińca.
Wierzchowiec posłusznie szedł za nim, jednak chłopak na wszelki wypadek trzymał wodze krótko, tuż przy wędzidle. Nie ufał zwierzętom. Chociaż nie, bardziej nie ufał nieprzewidywalnemu demonowi pasożytującemu w jego umyśle. Gdyby nie Bezimienny, Aleks pewnie by polubił jazdę konną jak każdy inny sport.  Margerytka skubnęła go chrapami w zaciśniętą na wodzach dłoń. Przystanął i obejrzał się na nią. Pochyliła łeb, Aleks poczuł jej ciepły oddech na policzku. Wyciągnął rękę, by ją pogłaskać, ale klacz szarpnęła się w tył. Chłopak westchnął z rezygnacją.
Nieliczni Wojownicy krzątający się po głównym dziedzińcu pozdrowili go z uśmiechem. Aleks odpowiedział im tym samym. Mógł nie być w najlepszych stosunkach z oficerami, ale z młodszymi Wojownikami dogadywał się bez większych problemów. Na ulicach poza terenem koszar panował tłok, jak w każde inne sobotnie popołudnie. Trochę trwało, zanim Aleks dostrzegł Półksiężyca stojącego na skwerku przy skrzyżowaniu i próbującego odciągnąć masywnego deresza od skubania trawy. Strażnik miał na sobie cienką szarą pelerynę sięgającą bioder i granatową kamizelkę, które ładnie komponowały z maścią konia.  Aleks przyglądał się im przez chwilę, rozbawiony tą sceną. Wierzchowiec oczywiście wyczuł jego obecność. Przestał ciągnąć Strażnika w stronę roślinności, podniósł łeb i prychnął. Księżyc pogładził go po chrapach i rozejrzał się. Aleks pomachał mu na powitanie i zaczął przeciskać się przez ciżbę.
Tłum uniemożliwiał im swobodną rozmowę i zmuszał do skupienia się na otoczeniu. Poza krótkimi powitaniami nie zamienili ze sobą ani słowa, tylko ruszyli w stronę Alei Kasztanowej, gdzie wreszcie mogli dosiąść koni, i dalej na zachód.
Dzień był słoneczny i ciepły, a w cieniu palczastych liści czuło się lekki powiew. Dwa rzędy starych kasztanów wydzielały pas pośrodku ulicy dla szybkiego ruchu, skupiając pieszych po jego obu stronach. Szeroką brukowaną drogą sunęły dorożki i wozy kupieckie, te ostatnie często malowane w kolorowe wzory lub przykryte pstrokatymi płachtami. Między nimi przeciskali się jeźdźcy, pojedynczo, czasem parami. W większości byli to Wojownicy w szarych mundurach, ale zdarzali się też cywile. Przyjaciele właśnie minęli dość młodą kobietę w wąskiej sukience, siedzącą bokiem. Siodło wyraźnie nie było przystosowane do takiej jazdy i Aleks rozproszył się na chwilę, podziwiając zmysł równowagi amazonki. Z wyrazem determinacji na jej twarzy kłóciły się kurczowo zaciśnięte na wodzach palce. Rozbawiło to chłopaka, dopóki nie przypomniał sobie, że sam pewnie zachowywał się tak samo.
Tłum był coraz gęstszy w miarę, jak zbliżali się do bram miasta. Wozy kupieckie z trudem manewrowały w ścisku, tworząc zator. Półksiężyc westchnął z irytacją, ale nie próbował się przeciskać, tylko uspokoił konie cmoknięciem. Aleks zatrzymał Margerytkę i oparł ręce na łęku siodła.
Kiedy zbliżyli się do bramy, przed nimi zapanowało poruszenie. Chłopak nie był pewien, co się działo, ale wyglądało na to, że strażnicy miejscy w granatowych mundurach próbowali utorować komuś drogę. Obejrzał się za siebie, ale nie dostrzegając nikogo ważnego, popatrzył bezradnie na Półksiężyca. Strażnik ścisnął wodze i zaczął manewrować, by przecisnąć się do przodu.
- O co chodzi?
Księżyc nie odpowiedział, z uporem patrząc przed siebie. Rad, nierad, Aleks zmusił Margerytkę, by podążała za dereszem. Kiedy przejeżdżali pod bramą, strażnicy miejscy pochylili głowy, po czym dotknęli czoła i ust, a następnie unieśli zaciśniętą pięść. Półksiężyc skinął im w odpowiedzi głową i gry tylko ich minął, ścisnął konia piętami, by ten ruszył kłusem. Aleksowi z trudem udało się z nim zrównać.
- O co chodziło? – ponowił pytanie.
Księżyc milczał, dopóki nie znaleźli się na pylistym, utwardzonym trakcie wiodącym na zachód. Tu ruch nadal był spory jak na standardy Zaświatów, ale przynajmniej nikt nie powinien usłyszeć ich rozmowy.
- Zdajesz sobie sprawę, że jestem księciem następcą, Obrońco? – spytał poważnie Strażnik.
Aleks przytaknął. Nigdy tak o przyjacielu nie myślał, ale wiedział o tym.
- Poza koszarami nie mogę uciekać od obowiązków przez zakładanie munduru. Straż miejska to część sił zbrojnych Pierwszego Księstwa, którymi dowodzi moja siostra, a po niej ja.
- Jasne. Ten gest to był salut?
- „Służę myślą, słowem i czynem”, salut najemników.
Aleks wzdrygnął się. Ton Półksiężyca był wyjątkowo ponury.
- Nie lubisz tego – stwierdził chłopak.
- Niezupełnie. – Strażnik uśmiechnął się krzywo. – Wiem, że nie nadaję się na władcę. Nie jestem urodzonym politykiem jak moja siostra, nie potrafię prowadzić dyplomatycznych rozmów, sądzić morderców czy rozkazywać straży tłumić rozruchy z użyciem broni palnej. Jestem pacyfistą, po prostu nie mogę inaczej. Za to lubię rozmawiać z przypadkowymi ludźmi, poznawać ich problemy, bo z tymi mogę co nieco zrobić. I wydaje mi się, że oni też to dostrzegają.
- To dobrze – orzekł ostrożnie Aleks. – Wiem, o co ci chodzi. U Lotnych chyba panują podobne porządki.
Półksiężyc odwzajemnił jego uśmiech.
Minęli kilka rozstajów. Aleks bez pytania kierował się za Półksiężycem, aż trafili na ledwie utwardzoną, prawie nieuczęszczaną drogę.
- Galop? – spytał retorycznie Strażnik i już pochylił się w siodle.
- Nie! – zawołał czym prędzej Aleks. Półksiężyc wstrzymał konia.
- Nadal nie przepadasz za końmi? – spytał, poluzowując wodze i pozwalając wierzchowcowi przejść do stępa.
- Raczej one za mną – odparł chłopak. – Tylko Margerytka jako tako mnie toleruje.
Strażnik uśmiechnął się pokrzepiająco.
- To dobrze. Jazda konna to jednak dość przydatna umiejętność.
- Księżyc. – Aleks przerwał jego docinki. – Twój koń cię nie zrzuci jak ostatnio? – spytał, zły na siebie, że nie pomyślał o tym wcześniej. Niby wszystko wskazywało, że deresz się go nie boi, ale nigdy nic nie wiadomo. Póki kłusowali, to nie byłoby takie niebezpieczne, ale przy galopie wolał nie myśleć.
- Nie, na pewno nie. Układałem Obłoka, odkąd był źrebięciem, i… - Urwał, zaciskając usta, by powstrzymać chichot.
- I co? – Obrońca zerknął na niego z zaciekawieniem.
Księżyc parsknął śmiechem.
- Miałem wtedy trzydzieści parę lat. Moja siostra z powodzeniem zaczynała swoją karierę w wojsku, a mój dziadek jest Pierwszym Skrzydlatym Jeźdźcem. Nasłuchałem się od niego opowieści o Latach Jutrzenki i zapragnąłem mieć własnego bojowego rumaka. Gwiezdnego Blaska tak rozbawił ten pomysł, że nawet pomógł mi układać Obłoka tak, by nie spłoszył się przez ogień czy demony.
Aleks zaśmiał się, szczerze i głośno. Fakt, że jedynym demonem, jakiego ten koń miał szansę spotkać, był Bezimienny, tym bardziej go rozśmieszył. O, ironio… Księżyc przyglądał mu się, by się upewnić, czy aluzja nie popsuła mu nastroju.
- I umiejętności twojego „rumaka bojowego” marnują się na moim demonie. – Wciąż uśmiechał się szeroko. Czuł ulgę, że sytuacja z ich poprzedniej przejażdżki, jeszcze w czasie wojny, kiedy wierzchowiec Półksiężyca prawie się pod nim rozbrykał, się nie powtórzy, również poprawiała humor. – Swoją drogą, myślałem, że koni nie używano tu do walki? – zmienił temat.
Półksiężyc zaraz wyjaśnił:
- Rozmycie odkryto może półtora tysiąca lat temu, kiedy zaczęto prowadzić systematyczne eksperymenty nad energią. Przedtem do podróży używano koni. Byli ludzie, którzy potrafili nauczyć je, jak pokonać instynktowny strach przed demonami i pomagać Wojownikom w walce. Mój dziadek do nich należał. Teraz te umiejętności zostały zapomniane, ponieważ przestały być potrzebne, a nawet wtedy niewielu to potrafiło. Mój dziadek zebrał ich i tak powstała Dywizja Skrzydlatych, teraz nazywana Lotną.
- Dlaczego „Skrzydlatych”? Konie nie latają.
Księżyc popatrzył na niego dziwnie.
- Obrońco, jak sobie wyobrażasz udział koni w bitwie? – spytał ostrożnie.
- Rycerze szarżują na przeciwnika, taranując wszystko po drodze? – odparł Aleks z rozbrajającą szczerością.
Księżyc wymownie przyłożył dłoń do czoła. Chłopak zachichotał.
- Żałuję, że zapytałem – odciął się Strażnik. – Tak jak ty potrafisz utrzymać się w powietrzu dzięki swojej energii, Skrzydlaci Jeźdźcy mogli skłonić wierzchowce nawet do galopu nad ziemią, przynajmniej na krótkich dystansach. Dodatkowo w czasie Prawojny Wojownicy pozwalali duchom swoich mieczy walczyć u swojego boku, zwłaszcza że większość z nich przez cały czas była materialna. Duchem miecza mojego dziadka jest ogromny biały ogier. – Zastanowił się przez chwilę. – Co prawda słyszałem pogłoski, że potem zdarzało mu się walczyć z grzbietu pegaza, a on ani tego nie potwierdził, ani nie zaprzeczył…
Aleks odwrócił wzrok. Wzmianka o Gwiezdnym Blasku w rozmowie z Nocą nieźle go speszyła, ale dopiero teraz w pełni do niego dotarło, że dziadek jej i Półksiężyca to ten sam Wojownik, o którym pisano w książkach i opowiadano jak o jakimś półbogu. Chciał go spotkać, oczywiście, że tak, tylko…
- Coś nie tak, Obrońco? – spytał Strażnik.
Chłopak zacisnął usta. Księżyc już tak miał, że zbyt szybko się martwił, zupełnie niepotrzebnie.
- Nie, nic. – Przyjaciel popatrzył na niego sceptycznie. – Właśnie do mnie dotarło, w jak znakomitym towarzystwie się znalazłem – powiedział Aleks, szczerząc zęby.
Księżyc parsknął śmiechem.
- Ty masz tremę, Obrońco?
- Książę następca, Pierwszy Książę i Biały Smok, pierwszy Skrzydlaty Jeździec…
Półksiężyc przewrócił oczyma.
- Ty naprawdę masz tremę.
- Tak. – Aleks popatrzył na niego wyzywająco.
- Nie przejmuj się, to będzie kameralna kolacja w rodzinnym gronie. Zresztą mój dziadek zrzekł się tytułu Pierwszego Księcia na rzecz mojej siostry.
- Wiem, mówiłem o Nocy.
Półksiężyc zamarł na ułamek sekundy. Zacisnął dłonie a wodzach, by ukryć drżenie.
- Wybacz, Obrońco. Nie miałem pojęcia, że ona się pojawi – powiedział głucho.
- Daj spokój, akurat ona nie jest moim największym zmartwieniem. – Aleks machnął ręką.
- Czy… Ile powiedziałeś jej o naszych planach na dzień dzisiejszy? Bardzo proszę o odpowiedź.
Aleks poczochrał włosy. Księżyc teraz naprawdę był spłoszony.
- Tylko ogólnie, że zwiedzimy okolicę i wpadniemy do waszego domu na noc. Tak jakoś wyszło. Zapytałem ją, skąd wziąć konia, ona zaczęła mnie wypytywać i… jakoś się wygadałem.
- Czy ona miała coś przeciwko?
- Nie, w końcu to też twój dom. Sama tak powiedziała.
Półksiężyc uspokoił się tylko odrobinę. Niewystarczająco.
- Nie przejmuj się tym tak bardzo. Jak mówiłem, to nie ona jest moim największym zmartwieniem.
- Obrońco, nie wiem, czy to los lubi mi robić na złość, czy moja siostra, ale naprawdę tego nie przewidziałem. Przepraszam.
- Przecież ona co tydzień wraca do domu – powiedział Obrońca, zanim przemyślał te słowa. – Ale uwierz, ja naprawdę nie mam nic przeciwko – dodał.
- Z całym szacunkiem, Obrońco, tu nie chodzi o ciebie. – Księżyc wyraźnie unikał jego wzroku.
Chłopak spiął konia piętami i zmusił go, by zbliżył się do deresza Strażnika. Wychylając się dość ryzykownie z siodła, położył przyjacielowi rękę na ramieniu. Półksiężyc spiął się, zaskoczony, i popatrzył na niego pytająco.
- Do wieczora mamy jeszcze dużo czasu, a ty obiecałeś pokazać mi okolicę. To co, jedziemy?

Skręcili w polną, prawie niewidoczną wśród traw drogę i zagłębili się w jasny bukowy las. Półksiężyc jechał przodem, kierując Obłokiem pewnie, jakby doskonale znał okolicę. Margerytka sama z siebie dreptała za nim, więc Aleksowi pozostało tylko podziwianie okolicy.
W lesie pachniały upajająco konwalie. W połączeniu z ptasim śpiewem i szumem liści to pozwalało oderwać się od rzeczywistości. Aleks powoli odpływał. Zaskoczyło go lekkie szarpnięcie, kiedy Margerytka zatrzymała się, prawie zderzając się z Obłokiem. Półksiężyc cmoknął z niezadowoleniem, ale nic nie powiedział.
Stali na skraju lasu, nad kilkumetrową skarpą. Półksiężyc zeskoczył z konia, zagłębiając się we mchu i trawie prawie do kolan, i poprowadził go do rosnącego nieopodal starego dębu, którego korzenie wystawały ze zbocza. Aleks otrząsnął się i poszedł w ślady przyjaciela. Kiedy przywiązali konie do zwieszającego się nisko konaru i poluzowali im popręgi („Niech odpoczną,” powiedział Strażnik, „tak będzie im wygodniej”), Półksiężyc zdjął pelerynę i rozłożył ją na trawie, po czym usiadł, zwieszając nogi ze skarpy. Nie czekając na zaproszenie, Aleks usadowił się obok niego.
- Gratulacje – powiedział z szerokim uśmiechem. – Po raz pierwszy, odkąd pamiętam, zastanawiam się, czy jestem odpowiednio ubrany albo jak powinienem się zachowywać.
Księżyc przewrócił oczyma.
- Biorąc pod uwagę to, że jesteś w mundurze, do mojej siostry nadal możesz mówić „pani generał”. Jeśli chodzi o mojego dziadka, on nie jest miłośnikiem celebry, więc nie przejmuj się tym za bardzo. Jest generałem w stanie spoczynku, a w armii służy się do odejścia na Drugi Świat, więc ostatecznie mógłbyś zwracać się do niego jak do starszego stopniem, jednak bardziej odpowiednie byłoby „wasza książęca mość” na początku, a potem „mój panie”, „mój książę”.
Aleks miał cokolwiek niewyraźną minę.
- Jak mam się z nim przywitać? Powinienem się ukłonić czy coś?
Księżyc w zamyśleniu odłożył bukłak na pelerynę. Skrzyżował ręce na piersi i pochylił się.
- Tak wystarczy, oczywiście na stojąco. Znając go, może ci podać rękę, ale ty nie wyciągaj ręki pierwszy. Poza tym do gości przeważnie zwraca się w trzeciej osobie, to archaiczna forma uprzejmościowa, więc się nie zdziw. To chyba tyle.
Aleks przygryzł wargę. Po chwili parsknął cicho.
- To i tak lepiej, niż się spodziewałem.
- Czy powinienem pytać, czego się spodziewałeś?
- Sam nie wiem, pięciominutowej litanii tytułów i ukłonu, przy którym można sobie połamać nogi?
- Obrońco! – Półksiężyc bezskutecznie próbował zamaskować uśmiech oburzeniem. – Chcesz litanię tytułów? „Wasza książęca mość, Promieniu Mego Słońca, Biały Smoku, który jesteś prawą ręką Króla, mój panie, jam twój pokorny sługa…”
Przerwał mu śmiech chłopaka. Księżyc nie mógł się powstrzymać i też zachichotał. Kiedy spoważnieli, Aleks powiedział:
- Szczerze mówiąc, cieszę się, że tego nie trzeba.
- Życie Wojownika jest prostsze – przyznał Księżyc. – Nie wyobrażam sobie, byś przed kimkolwiek klęknął, nawet przed Pierwszym Księciem. – Po chwili dodał cicho. – Nawet przed Królem.
- Dlaczego? – spytał Aleks, czując ciarki na plecach.
- Ty jesteś wolny, Obrońco Ludzi, nie służysz nikomu. Masz siłę, by sprzeciwić się bezcelowym prawom i zwyczajom. To… godne podziwu. – Półksiężyc odwrócił wzrok.
W czasie wojny Obrońca uparł się wejść do siedziby Rady Dwunastu przy Sądzie Najwyższym, mimo że drzwi były zapieczętowane i nikt oprócz Dwunastu i Wywyższonych, gwardii Króla, nie mógł ich otworzyć. Uparł się, ponieważ rozumiał, że tradycja nic nie znaczyła, kiedy życia najważniejszych urzędników państwowych wisiały na włosku. Przy nim książę następca był tylko niewolnikiem systemu.
Z zamyślenia wyrwał Księżyca ruch. Z zaskoczeniem patrzył, jak Obrońca wstaje, otrzepuje nerwowo spodnie i poprawia pas z mieczem.
- Co robisz? – spytał Strażnik. Miał bardzo złe przeczucie.
Chłopak nie odpowiedział. Nie wyobrażasz sobie, tak? To było wyzwanie. Zresztą, musiał się wreszcie przełamać i zachowywać się tak, jak tutejsze zwyczaje wymagały. Przy Księżycu nie czuł się tak niezręcznie, a w dodatku Strażnik powinien wreszcie przestać traktować go jak jakiegoś herosa. Kiedy Aleks szybkim ruchem dobył miecza, Księżyc zerwał się na nogi, gotowy do obrony, ale nie wyjął broni. Obrońca przyłożył zaciśniętą na rękojeści dłoń do piersi, trzymając ostrze w górze, podniósł miecz, obrócił go i przyklęknął, wbijając głownię w mech.
Strażnik wzdrygnął się jak oparzony.
- Wstań! Natychmiast wstań. Co ty wyprawiasz? – Chłopak dźwignął się na nogi, uśmiechając się szeroko. Jeszcze trudno było ocenić, czy terapia szokowa podziałała, ale przeczucie mówiło mu, że tak. – Nie powinieneś salutować mieczem nikomu poza marszałkiem i Królem.
- Wiem, ale nie miałem szabli – odparł beztrosko.
- To nie jest temat do żartów! Co ty sobie myślisz?
- Posłuchaj, Księżyc. – Chłopak teraz stał przed nim, patrząc mu poważnie w oczy. – Jestem takim samym człowiekiem jak ty. Muszę przestrzegać tego samego prawa. Może słabo je znam, ale to niczego nie zmienia. Nie chcę być traktowany inaczej z jakiegokolwiek powodu.
- Obrońco – spróbował mu przerwać, bez skutku.
- A poza tym wiem, że jestem adiutantem generał Białej Nocy, a ty jej następcą, ale do tej pory to nie miało…
- Obrońco! – Chłopak urwał dopiero, kiedy Księżyc położył mu ręce na ramionach. – Obrońco. Jeśli moje słowa cię zasmuciły, przepraszam cię za to.
- Nie przepraszaj. – Obrońca odwzajemnił gest. – Wiem, że tak o mnie myślicie. Nie tylko ty, Piorun czy Ptak, generałowie Noc i Gronostaj też. I to oni mi wytknęli, że zachowywałem się tak, jakby rzeczywiście zasady mnie nie dotyczyły. To… był mój błąd.
Uścisnęli się po przyjacielsku. Kiedy znowu usiedli na pelerynie Księżyca, ten spytał:
- Więc jak planujesz go naprawić? Ten błąd.
- Nie wiem. – Aleks wzruszył ramionami. – Może powinienem był się uprzeć, by mnie wzięli do Akademii albo pozwolili zacząć od szeregowca? Może…
Księżyc odchrząknął.
- Po kolei. Jak to sobie wyobrażasz? Potrafisz walczyć na równi z generałami, w Akademii nawet bez miecza każdego instruktora rozłożyłbyś na łopatki.
- Mógłbym nie uczestniczyć w treningach albo spotykać się z wami…
- Czy to nie jest prośba o specjalne traktowanie? – Aleks jęknął. – Dobrze, przejdźmy dalej. Chciałbyś dołączyć do armii jako szeregowy Wojownik. Już mówiłem o różnicy w uwolnieniu i sile. Dodaj do tego pewien drobny szczegół. Jesteś urodzonym przywódcą. Podczas gdy inni zastanawiają się, co robić, wydają rozkazy, sami zostając z tyłu, ty prowadzisz podkomendnych, stajesz obok nich. Jedynym, czego ci brakowało, kiedy złożyłeś przysięgę, była wiedza czysto techniczna. Generałowie uznali, że zamiast ułatwiać ci życie i przyrównywać cię do poziomu podchorążych czy szeregowych, mogą wrzucić cię na głęboką wodę, a ty i tak sobie poradzisz. Odebrałbym to jako komplement. Uznali, że poradzisz sobie, ucząc się wszystkiego na bieżąco.
- Ale… wcale nie wydaje mi się, że się czegokolwiek nauczyłem.
Księżyc uśmiechnął się krzywo.
- Na niezamieszkanych terenach pojawił się tuzin demonów. Co zrobisz?
Chłopak poczochrał sobie włosy.
- Niezamieszkany teren, więc pewnie się rozlezą. Posłałbym kompanię, by jak najszybciej je wszystkie wyłapali, najlepiej trójkami…
- Uzdrowiciele?
- Dwie drużyny. Jedna zbiera rannych, druga udziela pierwszej pomocy.
- Czy dwa miesiące temu potrafiłbyś odpowiedzieć?
- No… nie.
- A widzisz.
- Ale wciąż jest tyle rzeczy…
Księżyc westchnął.
- Z czasem wszystkiego się nauczysz. Tu rok czy dwa nie robią różnicy, co powinieneś już zauważyć.
- Tak, ale trochę czasu zajmie mi oswojenie się z tym.
Znów ten krzywy uśmiech.
- To może inaczej: czas tu nie ma znaczenia.
- Tak, tak… Wciąż jesteś na mnie zły?
- Nie. Nie mógłbym się na ciebie gniewać. – Chłopak popatrzył na niego sceptycznie. – Może odrobinę. Nigdy więcej tego nie rób.
- Tak jest. – Tylko szeroki uśmiech i ciepłe spojrzenie sprawiły, że nie zabrzmiało to przymilnie.
Aleks wstał i przeciągnął się.
- Ładnie tu – zmienił temat.
Rzeczywiście, widok ze skarpy rozciągał się imponujący. Teren opadał na północ, gdzie, skryta za zagajnikami i niskimi pagórkami, wiła się Wydrza Woda, ta sama rzeka, która przepływała przez Czerwone Miasto. Pola uprawne, soczyście zielone o tej porze roku, upstrzone były kępami drzew. W dolinach można było dostrzec trzy wsie, rozpoznawalne po czerwieni dachówek, połączone jasną wstążką drogi. Nawet z tej odległości dało się słyszeć podniesione głosy, dobiegające z najbliższej wsi i widać było zamieszanie. Aleks wstał, by lepiej się przyjrzeć, ale to nic nie pomogło.
- Co tam się dzieje? – spytał.
Księżyc stanął obok niego.
- Nie wiem. Sprawdzimy?




~*~


Kolejny rozdział: 25

Mar. 27th, 2013

avatar swan

Powojenność, rozdział 23

~23~


Ptak z ciężkim westchnieniem zapukał do gabinetu swojego dowódcy. Bynajmniej nie był w nastroju na konfrontację z nim i Gronostaj o tym wiedział. Na salut pułkownika odpowiedział skinięciem głowy i wskazał mu krzesło przed biurkiem.
- Panie generale, w sprawie wczorajszych zdarzeń… - Ptak zawiesił głos.
- Jeśli Obrońca Ludzi podpisze oświadczenie, że postrzał był dziełem przypadku, sierżant Borowik zostanie ukarany za nieodpowiedzialne obchodzenie się z bronią palną i stwarzanie zagrożenia dla innych Wojowników. Karą według kodeksu powinien być dwutygodniowy areszt koszarowy. Pozostali członkowie patrolu i ty, Zielony Ptaku, byliście jedynie biernymi świadkami. Ani nie sprowokowaliście tego zdarzenia, ani nie utrudnialiście działań w jego następstwie.
Ptak popatrzył na niego z zaskoczeniem.
- Jeśli chodzi o prowokację, Obrońca uwolnił demona w wyniku moich ataków – stwierdził ciężko.
- Obawiam się, że na to nie ma paragrafów. Nie przypominam sobie, by istniały przepisy przewidujące taką więź Wojownika z demonem.
- Pani generał Biała Noc też tak powiedziała, jednak słyszałem o przypadkach, by Wojownik zawarł kontrakt…
- Za co grozi kara śmierci. Jednocześnie wstąpienie do armii anuluje wszystkie przewinienia. Nie radzę ci kontynuować tematu, jeśli nie chcesz pogrążyć Obrońcy.
Ptak opuścił głowę. Chciał tylko mieć pewność, że sytuacja była dla niego jasna, ale rzeczywiście czasem lepiej było nie pytać.
- Tak jest, panie generale.
- Masz jeszcze jakieś pytania?
Skinął głową.
- Jaki wpływ te zdarzenia będą miały na mój planowany awans? Bardzo proszę o odpowiedź. – Nie mówił błagalnie czy z nadzieją, ale z rezygnacją, jakby był przekonany, że stracił wszystko, na co pracował od tak dawna.
Gronostaj ścisnął nasadę nosa. W przeciwieństwie do Białej Nocy potrafił sympatyzować się z podkomendnymi, ale istniały pewne granice.
- Zielony Ptaku, czego w wyrażeniu „bierny świadek” nie rozumiesz?
Generał bez trudu dostrzegł nerwowe reakcje mężczyzny: wstrzymany oddech, zaciśnięte na podłokietnikach palce. Westchnął w myślach.
- Mówiąc wprost: potrzebuję adiutanta i lepszego kandydata od ciebie nie znajdę. Awans nastąpi zgodnie z planem. – Ptak odetchnął z ulgą. – Jednak wciąż mnie intryguje, dlaczego tak bardzo chcesz zostać uznanym za winnego?
Ptak zaczął się wiercić na krześle. Rozmowa nie była przyjemna, to było oczywiste, ale Gronostaj nie zamierzał ustąpić. Nie poganiał pułkownika, po prostu czekał.
- Panie generale – zaczął cicho Ptak. – Kiedy w czasie wojny udaliśmy się z Obrońcą Ludzi do Podziemi, zrobiliśmy to z pełną świadomością swoich czynów. Za dezercję płaci się życiem, a jednak zostaliśmy uniewinnieni. Zrozumiałem, że to jest… swego rodzaju kredyt zaufania i w przypadku kolejnego, choćby najdrobniejszego przewinienia stracę wszystko. Dlatego nie rozumiem, jakie powody pan i pani generał mieliście, by uznać mnie za „biernego świadka”. – Kończąc, patrzył generałowi w oczy prawie że wyzywająco.
- Zielony Ptaku, czy ty chcesz ponieść karę? Czyś ty oszalał? Życie ci nie miłe?
Pułkownik opuścił głowę.
- Nie chciałem, by pan tak to odebrał – wydukał.
- Popraw mnie, jeśli się mylę – powiedział kwaśno Gronostaj. – Szmaragdowy Bluszcz znalazł cię na ulicach Miasta Światła. Nie miałeś rodziny, żyłeś z kradzieży i jałmużny. Wstąpiłeś do Akademii w bardzo młodym wieku, ukończyłeś ją ze wzorowymi wynikami i nienaganną opinią. Powiedz mi: nie kradłeś czy po prostu nie dałeś się złapać?
- Nigdy więcej nie kradłem, panie generale. Wreszcie nie musiałem.
- Wstąpiłeś do armii, początkowo służyłeś w Ciężkiej Piechocie, potem otrzymałeś stopień kapitana w Siłach Specjalnych. Wybacz bezpośrednie pytanie, ale co masz poza armią?
Pułkownik milczał.
- Prywatne mieszkanie? Udziały w spółce kupieckiej? Ty nawet nigdy nie poszedłeś na długotrwałe zwolnienie, nie licząc tego wybiegu w czasie wojny. Zatem oświeć mnie, dlaczego chcesz to wszystko zaprzepaścić? Dlaczego w czasie wojny poszedłeś na samobójczą wyprawę, po powrocie z której skrócono by cię o głowę?
- Pan nie myli się, że wszystko, co mam, zawdzięczam armii. Nie chcę tego stracić. Jeśli chce pan znać powody, dlaczego podążyłem za Obrońcą do Podziemi, jest ich kilka. Pomijając osobiste sprawy, jak przyjaźń, panna Perełka, siostra Obrońcy, została porwana, a jako Wojownik przysiągłem chronić mieszkańców Obu Światów. Poza tym nie mogłem pozwolić, by Obrońca Ludzi sam ją ratował. Ona miała być przynętą, Zdrajca chciał jego. Dla dobra armii, gdyby Zdrajca go złamał… - Urwał, krzywiąc się.
- Sam doszedłeś do tego wniosku? – spytał sceptycznie albinos.
- Adiutant Bluszcz to zasugerował.
- Zatem postanowiliście poświęcić się, by mieć pewność, że ten chłopak nie będzie walczył dla Zdrajcy zamiast przeciwko niemu. Doprawdy, co za bohaterstwo.
- Panie generale… - Gronostaj przerwał mu, unosząc rękę.
- Za to zostałeś uniewinniony. Podziękuj generałowi Jaśminowi. Armia pozwala ci zacząć nowe życie, ty się dla niej poświęcasz, orkiestra gra.
- Nie rozumiem, do czego pan zmierza, generale.
- Nawet Biała Noc musiała przyznać, że wykonywanie na waszej trójce wyroku nie leżałoby w interesie armii.
- Wciąż nie rozumiem, dlaczego.
- Teraz mówią o tobie jako o bohaterze, którego potraktowano słusznie i sprawiedliwie.
- Przepraszam, ale kto tak mówi? Do tej pory byłem posądzany o łapówkarstwo lub znajomości.
- Faktem jest, że tych ostatnich nie masz, a te pierwsze bez nich by nie zadziałały. Myślisz, że tak trudno odgadnąć twoje pochodzenie? – Ptak opuścił głowę. – Zasłynąłeś jako ten zwykły chłopak z ulicy, który dzięki sumiennej pracy zaszedł daleko.
- Panie generale, nigdy nie zależało mi na sławie.
- Tobie nie, armii tak. Przypominam ci, że Wojownicy stanowią niewielki odsetek ludności Krainy Zachodnich Wzgórz, a nasze działania mają ogromny wpływ na resztę. Kiedy nastąpi atak, ludzie będą obwiniać Wojowników o śmierć bliskich i zniszczone domostwa, zamiast być im wdzięczni, że nie doszło do większych szkód. Kiedy zwykły człowiek otrzyma miecz, to armia jest winna temu, że rodzina traci kogoś bliskiego. Oni nie rozumieją niebezpieczeństwa, w jakim znaleźliby się bez nas. Postrzegają nas jako oprawców, którzy odbierają im synów i braci, albo aroganckich sobiepanów, którzy nie przejmują się ich losem. Patrzą na nas krzywo i nieprzychylnie. W dodatku lud wie o wojnie, którą rozpętał generał i z którą armia najwyraźniej sobie nie radziła, skoro cywile ponieśli straty. Nie rozumieją natury mieczy i uważają nas za wszechmocnych. Boją się nas i nas nienawidzą. Armii zależy na wizerunku publicznym. Pomyśl, o ile łatwiej odbywałby się nabór, jeśli ludzie chcieliby do nas dołączyć i postrzegaliby nas jako tę lepszą opcję. Dlatego potrzebujemy osób takich jak ty, Zielony Ptaku, takich, którzy byli zwykłymi ludźmi jak oni.
- Chce pan powiedzieć, że dzięki pochodzeniu mam łatwiej?
- Nie. W armii to nie ma żadnego znaczenia, powinieneś o tym doskonale wiedzieć. Inaczej nie otrzymałbym ośmioramiennych gwiazdek razem z Białą Nocą.
- Więc czego tak naprawdę pan ode mnie chce?
- Abyś był wzorowym Wojownikiem, jakim byłeś do tej pory, i dawał tym przykład innym.
Ptak zamyślił się.
- Proszę pana, naprawdę nie spotkałem się jak dotąd z tak drastyczną opinią. Owszem, w odległych osadach, gdzie wielu jest analfabetami i nie utrzymują kontaktu z resztą Zaświatów,  nieszkolonych wojowników nazywa się „opętanymi”, jednak nie słyszałem żadnych komentarzy na ulicach Czerwonego Miasta.
- Zielony Ptaku, doskonale wiesz, że w Czerwonym Mieście mieszkają rodziny Wojowników, a kupcy i rzemieślnicy na nich zarabiają. Spróbuj przejść się ulicami Miasta Światła, Wichrowego Grodu czy Księżycowej Kotliny w pełnym umundurowaniu.
Ptak odwrócił wzrok.
- Nie odwiedzałeś ostatnio Miasta Światła, prawda? – spytał Gronostaj.
- Nie, panie generale. Właściwie byłem tam tylko dwa razy, wkrótce po ukończeniu Akademii.
- Dlaczego?
Pułkownik wzruszył ramionami.
- Byłem tam obcy.
- Dziwisz się?
- Nie, panie generale.
- Wiesz, że Bluszcz udawał się tam regularnie rok w rok, a ja często mu towarzyszyłem? Szukaliśmy potencjalnych Wojowników, którzy podobnie jak ty mieli talent do unikania naboru.
- Wiem o tym, panie generale.
- Chciałbym kontynuować ten zwyczaj. Jeśli chcesz, możesz udać się tam ze mną.
Ptak popatrzył na niego, mrużąc oczy. Podejrzliwie.
- Oczywiście wybór należy do ciebie – dodał Gronostaj.
- Z przyjemnością będę panu towarzyszył – oświadczył. I tak nie mógł odmówić. – Kiedy zamierza pan wyruszyć?
- W najbliższą sobotę, o ile to ci odpowiada.
- Jak najbardziej. Mam założyć mundur?
- Jeśli chcesz osobiście przekonać się o opinii ludzi na temat Wojowników, droga wolna. Nie kieruj się mną, ja wolę płaszcz z kapturem i rękawice nawet w środku lata. Pomijając ochronę przed słońcem, nie chcę utwierdzać ludzi w przekonaniu, że armia przyjmie każde dziwadło.
- Panie generale – obruszył się natychmiast Ptak.
- Przywykłem do tego.
- Ale…
- Ptaku.
- Przepraszam.
Odwrócił wzrok, przypominając sobie swoją reakcję, kiedy pierwszy raz zobaczył Gronostaja. To było w Akademii, kiedy pod koniec lat doskonalących generał rozmawiał z kandydatami na oficerów w swojej dywizji. Ptak po prostu zaczął się gapić. Najgorsze było to, że jego uwagę przyciągały zwłaszcza oczy albinosa. Co prawda jedyną osobą, która tak nie zareagowała, był Obrońca Ludzi. Owszem, przyglądał się generałowi, ale z umiarkowanym zainteresowaniem, niezbyt otwarcie, a kiedy stanął przed nim, traktował go jak każdego innego człowieka. Zaskoczony, Ptak spytał o to przyjaciela. Wciąż pamiętał jego odpowiedź: no co? Albinos, jego organizm nie produkuje pigmentu i tyle. I to właśnie tego tolerancyjnego chłopaka generał musiał nienawidzić.
- Sądzę, że jako mój zastępca powinieneś być świadomy tego, jak postrzegają mnie ludzie – stwierdził po chwili Gronostaj.
Ptak skinął głową.








Aleks stanął na samej krawędzi czarnego klifu i popatrzył w dół na kotłujące się w dole Morze Północne. Wiatr wiał w stronę lądu. Chłopak naparł na niego piersią. Nie zamierzał skakać, nie był idiotą. Zresztą, znając Bezimiennego, to by nic nie dało, poza bardzo nieprzyjemnym podtopieniem. Jeśliby przez przypadek runął do przodu, zawsze zdoła utrzymać się w powietrzu dzięki energii.
W dniu, kiedy zaproponowano mu wstąpienie do armii, generał Jaśmin zapewniał go, że demon nie będzie nic znaczył. Owszem, dla jego przyjaciół to… piętno nie miało znaczenia, ale dla Nocy? Gronostaja? Dla prawa? Chłopak przymknął oczy.
- Wilcze Szczenię.
Obejrzał się przez ramię. Przez chwilę sądził, że to smok go odnalazł – w końcu spotkał go gdzieś w tej okolicy – ale to był głos Wilczycy. Zmaterializowany duch jego miecza siedział obok niego. Zwierzę pokryte czarno-szarym futrem było ogromne, znacznie większe niż przeciętny wilk. Aleks popatrzył w jego łagodne złote oczy.
- Przed czym uciekasz? – spytała Wilczyca.
Chłopak żachnął się.
- Jestem słabym idiotą.
Zwierzę warknęło.
- Daleko ci do słabości pod każdym względem.
- Daj spokój.
- Cieszę się, że nie przeceniasz swoich sił. Pozostało ci nauczyć się je doceniać. – Trąciła nosem jego dłoń. – Masz silnych przyjaciół, Wilcze Szczenię, i masz mnie. Nie byłoby tak, gdybyś rzeczywiście miał ulec Bezimiennemu. – Wilczyca urwała na chwilę. – Ale czymś jeszcze się martwisz, prawda?
Skinął głową.
- Gronostaj przyjaźnił się z Bluszczem. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak bardzo przeżywa to, że nie wie, co się wtedy stało. Ja bym przeżywał, chciałbym wiedzieć. Oskarża mnie, bo to ja ich zaciągnąłem do Podziemi, ale tak naprawdę… On ma prawo wiedzieć. Pewnie jeszcze bardziej mnie za to znienawidzi, ale przynajmniej nie będzie się czuł taki bezsilny.
- Nie byłabym w stanie zdobyć się na aż taką empatię, Wilcze Szczenię – oświadczył kawałek jego duszy.
Chłopak odwrócił się do niej.
- Co?
- Jakie są twoje prawdziwe powody?
- To są… - Warknęła. – Jesteś mną, powinnaś wiedzieć.
- Chcę, żebyś się do nich przyznał.
Chłopak skrzywił się, ale posłusznie odpowiedział.
- Nie wiem, jakim cudem pan Jaśmin namówił Noc, by mnie wzięła na adiutanta. Marszałek dla mnie zrobił wyjątek, dając mi od razu siedmioramienne gwiazdki. W ogóle nie wiem, jak go przekonali, bym dołączył do armii. Choć raz chcę odpowiedzieć za coś na równi z innymi. Wiem, że przysięga wojskowa daje czyste konto, ale to tylko prawo. Zadowolona?
- Chcesz przyznać się do zabicia innego oficera osobom, dla których przestrzeganie prawa jest priorytetem.
- Tak. Może.
- Tak czy nie, Wilcze Szczenię?
- Tak.
- To nierozsądne.
- I co z tego?! Gronostaj zasłużył, żeby wiedzieć. Ja zasłużyłem na jego nienawiść.
- Twoje pragnienie śmierci mnie zadziwia. A jeśli ci wybaczy?
- Chyba w przyszłym wcieleniu.
Wilczyca nie odpowiedziała. Aleks znów zwrócił się w stronę morza.
- Pozwolisz mi powiedzieć o tym Gronostajowi?
- Jako odzwierciedlenie twojego charakteru nie mogę ci niczego zabronić.
- To jest nierozsądne, prawda?
- Nie znam go lepiej od ciebie. Zauważ, że chcesz powiedzieć mu coś, czego nie wyjawiłeś nawet najbliższym przyjaciołom.
- Im tego nie mogę powiedzieć.
- Dlaczego?
- To nie tak, że się boję ich reakcji, ale oni mnie potrzebują jako Obrońcy Ludzi, a nie kogoś, kto zabija własnego mentora, bo uległ demonowi.
- Kiedyś się dowiedzą.
- Tak, ale… nie teraz, dobrze?
Wilczyca skinęła głową i rozpłynęła się w powietrzu. Aleks położył dłoń na rękojeści miecza. Wiatr targał mu włosy, przez co wpadały mu do oczu, ale nie przejmował się tym. Huk fal był hipnotyzujący. Chłopak pochylił się, by popatrzeć, jak biją o brzeg.
- O ile nie wyrosną ci skrzydła, Wilcze Szczenię, ciężar, jaki dźwigasz, pociągnie cię na dno.
Chłopak odwrócił się gwałtownie, zaciskając palce na rękojeści. Nie dobył miecza, pamiętając swoje poprzednie spotkanie ze smokiem, a ten głos z pewnością należał do niego. Aleks poślizgnął się na skale i straciłby równowagę, gdyby nie pomógł sobie energią.
- Pan Słowik – stwierdził, uspokajając oddech. – Zaskoczył mnie pan.
- Proszę mi wybaczyć, to nie było moim zamiarem. – Chłopak skinął głową. – Smok życzył sobie, bym powitał pana takimi słowami.
Aleks odstąpił na bezpieczną odległość od urwiska.
- Smok? Rozmawiał pan z nim?
Z właściwym sobie pogodnym uśmiechem Słowik skinął głową.
- Dość często odwiedzam moich skrzydlatych braci.
Chłopak nie odpowiadał przez dłuższą chwilę.
- Nie zamierzałem skoczyć – wyjaśnił.
- W to nie wątpię, panie adiutancie. Nie sądzę też, by smok mówił dosłownie.
- Tak, ja też nie.
- Mógłbym pana spytać, co pana tu sprowadza?
Niby zwyczajne uprzejme pytanie, ale…
- Długo by mówić.
- Domyślam się, że to nie z polecenia pani generał pan tu przybył?
- Nie. – Przygryzł wargę. – Nie powinienem był opuszczać Czerwonego Miasta, wiem o tym. Tylko wolałem przez jakiś czas nie pokazywać się Nocy.
- Naprawdę wątpię, by pani generał zrobiła coś niedopuszczalnego przez kodeks.
- Tak, tylko… - urwał, czochrając sobie włosy.
- Z kolei przedłużająca się nieobecność tylko pogorszy pańską sytuację.
- Wiem o tym. Chodzi o to, że pokłóciłem się z Nocą i Gronostajem o zdarzenia w Podziemiach w czasie wojny. To nie ma nic wspólnego ze służbą.
- Obawiam się, że ma bardzo dużo. – Głos Słowika stwardniał. Aleks poczuł się jak uczeń karcony przez nauczyciela za bójkę. – Z całym szacunkiem, panie adiutancie, stopień zobowiązuje pana do pozostawania w Czerwonym Mieście w godzinach służby, bez względu na okoliczności. Nie może pan samowolnie opuszczać posterunku. Ponadto zwłaszcza pani generał będzie osądzała pana po czynach, a nie słowach, które padły przed nimi.
Aleks zamyślił się przez chwilę. Słowik z pewnością miał rację, tylko że opuszczenie stanowiska wydawało się bardzo błahym wykroczeniem przy śmierci Bluszcza. Oczywiście nie mógł powiedzieć o wszystkim Słowikowi, ale bardzo chciał choć trochę wyjaśnić, w czym rzecz.
- Proszę pana, to naprawdę nie jest mój największy problem – powiedział, uśmiechając się przepraszająco. – W czasie wojny zrobiłem coś, za co powinienem był stanąć przed sądem. Właściwie to kilka rzeczy. O niektórych Noc wie, inne sama widziała, ale… ale zrobiłem jedną naprawdę potworną rzecz. Nie było świadków, nikt nie ma na to dowodów, ale Noc i Gronostaj to podejrzewają, zresztą pewnie nie tylko oni. W każdym razie doszło do tego, że Gronostaj prawie otwarcie mnie o to oskarżył… - urwał, przygryzając wargę.
- Jak rozumiem, chce pan się przyznać, by wszystko wyjaśnić? – spytał rzeczowo Słowik. – Doskonale pan wie, że w momencie złożenia przysięgi wojskowej wszystkie pańskie przewinienia uległy przedawnieniu. Fakt, że przyznaje się pan dopiero teraz, generał Gronostaj może odebrać jako kpinę.
Aleks zawahał się. Nie pomyślał o tym. Właściwie w ogóle nie myślał o dyplomatycznym rozwiązaniu.
- Nie mogę dłużej tego przed nim ukrywać. Ta sprawa w pewnym sensie dotyczy właśnie jego.
- Nie da się zaprzeczyć, że adiutant Szmaragdowy Bluszcz był jego bliskim przyjacielem.
Aleks popatrzył na Słowika ze zgrozą. Teraz wiedział, że powiedział za dużo, każdy głupi by się domyślił, w czym rzecz. Śmierć Bluszcza była jedyną niewyjaśnioną tragedią z udziałem Obrońcy Ludzi. Aleks otworzył usta, by jak najszybciej obronić się przed oskarżeniami, nie jakimiś wymówkami, po prostu by zachować twarz… Ostre słowa jednak nie padły. Słowik przyglądał się mu, jakby czekał na ciąg dalszy. Tyle że Aleks nie miał ochoty więcej się odzywać, co mężczyzna dostrzegł.
- W opowieściach o dzielnych mężach i wielkich czynach, o odwadze, prawości i przyjaźni, w historiach, które mają nauczyć nas, jak żyć, postępując rozsądnie i sprawiedliwie, stanąłby pan przed generałem ze strachem, ale i determinacją, i otrzymałby pan przebaczenie, gdyż jest pan prawym człowiekiem.
Aleks odchrząknął.
- Świat nie jest piękną opowieścią – zauważył ostrożnie.
- Dlatego też nie liczyłbym na to, że generał Gronostaj panu przebaczy.
- Wiem o tym. Nawet się nie łudziłem.
- Będzie miał pan szczęście, jeśli wyzwie pana na prawomocny pojedynek. Wtedy sprawa trafi do samego marszałka i z dużym prawdopodobieństwem generałowie się dowiedzą, ale nie będą mogli ingerować przez kodeks honorowy. Jednak nie sądzę, by generał Gronostaj zdecydował się na takie rozwiązanie. Raczej postąpi, jak na szachistę przystało. Poruszy kilka figur, zablokuje panu możliwości ruchów. Wreszcie uderzy, gdy pan najmniej będzie się tego spodziewał. – Aleks zadrżał. Słowik zbyt dobrze potrafił nadać swojemu głosowi odpowiedni ton. – Dodatkowo pani generał prawdopodobnie udzieli mu wsparcia. Jest pan tego świadomy, prawda?
Chłopak skrzyżował ręce na piersi.
- Nie byłem, ale dziękuję, że mi pan powiedział – odparł.
- Nadal nie zmieni pan postanowienia?
- Dlaczego pan mnie do tego przekonuje?
- Pan umie walczyć z przeciwnikiem twarzą w twarz, widząc jego ruchy i czując jego energię. W tym wypadku nie pozna pan nawet, kiedy odniósł pan śmiertelne rany.
- Więc od nich umrę i będziecie mieli problem z głowy.
Słowik wyglądał na zasmuconego.
- Znam wiele pieśni – powiedział nagle. – Opowiadają o wielkich czynach szlachetnych ludzi i tylko o tym. Teraz wyraźniej niż dotychczas widzę, dlaczego.
- Co pan ma na myśli?
- Proszę się nie przejmować, po prostu myślałem na głos.
Zaintrygowany, Aleks popatrzył na niego przeciągle, Słowik nie odzywał się więcej.
Ciemny klif, huk morza, a przede wszystkim powitanie Kryształowego Słowika coś chłopakowi przypomniały. Coś, co miał przemyśleć dogłębnie i o czym całkiem zapomniał. Teraz nadarzyła się okazja i Aleks bardzo chętnie oderwałby się od zdarzeń z udziałem Ptaka i Bezimiennego.
- Panie Słowiku, nazwał pan smoki braćmi – zaczął ostrożnie. – Jak dobrze pan je zna?
- Znacznie lepiej niż przeciętny człowiek, panie adiutancie. – To niewiele mówiło, przeciętny człowiek nawet nie marzył o spotkaniu smoka.
- Tak się zastanawiałem, czy nie wie pan przypadkiem, kogo smoki nazywają „Srebrnym Językiem”?
- Smoki nazywają ludzi ich prawdziwymi imionami, nie tymi nadanymi im przez ich bliskich. Niemożliwością jest odgadnąć to imię, jeśli nie zna się bardzo dobrze danej osoby.
- Więc wie pan czy nie?
Słowik popatrzył na niego z zainteresowaniem.
- Dlaczego pan o to pyta, panie adiutancie?
- Kiedy spotkałem smoka w czasie tej akcji na północy, powiedział, że mogę poprosić o pomoc „ich brata Srebrnego Języka”, ponieważ „usłyszał podobne słowa”. Zastanawiałem się, kim on jest.
Słowik przyglądał się chłopakowi przez dłuższą chwilę, jakby coś rozważał. Wreszcie powiedział:
- To mnie smoki nazywają Srebrnym Językiem, ale nie spotkałem się jeszcze z tym, żeby pozwalały komuś szukać pomocy w zrozumieniu ich słów. Jak dokładnie smok to sformułował?
Aleks powtórzył słowa najlepiej, jak mógł. Zdążył zapomnieć sporo szczegółów, za co był na siebie zły. Kiedy upewnił się, że to przekonało Słowika, powtórzył rady, słowo w słowo. Akurat one bardzo dobrze wbiły mu się w pamięć.
- Prawdę powiedziawszy, to są jedne z bardziej niejasnych wieszczeń, jakie słyszałem – przyznał Słowik, gdy chłopak skończył mówić. – Jak pan sądzi, do czego one się odnoszą?
Aleks poczochrał sobie włosy.
- To o wilku i jagnięciu bardzo pasuje do ratowania Perełki z Podziemi, a nawet jeśli nie, nigdy nie oczekuję niczego w zamian za pomoc. Co do reszty, nie mam pojęcia.
- Jest pan przekonany, że to pana smok nazwał „wilkiem”? – spytał powoli Słowik.
- Tak, raczej tak. Przecież widział pan ducha mojego miecza, a smok nazywał mnie Wilczym Szczenięciem.
Mężczyzna uśmiechnął się do własnych myśli.
- Nie twierdzę, że jest pan w błędzie, ale proszę też rozważyć możliwość, że to pan jest jagnięciem.
- A kto wilkiem?
- Nie posiadam aż tak rozległej wiedzy.
- Czyli co? Mam pamiętać, by się odwdzięczyć komuś, kto mnie uratuje?
- Niekoniecznie. – Słowik westchnął. – Być może powinienem był to wyjaśnić na początku. To, co smoki nazywają radami, jest tylko komentarzami na temat zdarzeń, które obserwują. Smoki nie rozumieją ludzi i komentują ich postępowanie w sposób zrozumiały dla siebie, tak jak ludzie nigdy nie pojmą smoczych myśli. Uważam, że w żadnym wypadku nie może pan z całym przekonaniem stwierdzić, że coś, o czym wspomniały, już miało miejsce i można zapomnieć o ich słowach. Tak samo nie można ślepo kierować się ich radami, próbując naprostować każdą możliwą sytuację według ich słów. Takie postępowanie zgubiło niejednego. Powinien pan zaakceptować, że nigdy pan się nie dowie, jakie zdarzenia smok miał na myśli, o ile on sam nie stwierdzi tego dosłownie. Na to bym nie liczył.
- Rozumiem. Nie zamierzałem tak robić, po prostu te „rady” nie dają mi spokoju, poza tą pierwszą.
- Przechodząc dalej, mogę się tylko domyślać, co smok nazwał „dzikimi bestiami”.
- Co takiego?
- Smoki są w stanie zajrzeć w głąb ludzkich umysłów i dostrzec duchy mieczy, a te nierzadko przybierają postać drapieżnych zwierząt.
- Więc chodzi o to, bym żył w zgodzie z innymi Wojownikami?
- Być może. Chciałbym tu zauważyć, że to niekoniecznie pan musi zabiegać o zgodę. – Chłopak popatrzył na niego pytająco. – Czy generał Biała Noc nie wykonała wielu gestów świadczących o tym, że chce pozostać z panem w przyjacielskich stosunkach?
Aleks przypomniał sobie ich prywatne rozmowy, słowa Nocy, gdy oddawała mu guziki z gwiazdkami generała… Tylko że Kryształowy Słowik nie miał prawa o tym wiedzieć.
- Co pan ma na myśli? – spytał czujnie.
- Choćby to, że dała panu rewolwer, który należał do jej narzeczonego.
Aleks rozdziawił usta, bezwiednie sięgając po broń.
- Noc ma narzeczonego? – wydusił pierwsze, co mu przyszło do głowy.
- Niestety adiutant generała Czerwcowy Wiatr odszedł z tego świata ponad trzydzieści lat temu, zanim doszło do ślubu.
- Zaraz, Czerwcowy Wiatr?  On?! – Słowik skinął głową.
A Jaśmin wciąż nazywa Noc „Panienką”… Od samego początku to przezwisko wyglądało chłopakowi na bezpodstawne droczenie się z Nocą, ale teraz wydało mu się prawie okrutne.
- Nie miałem o tym pojęcia – przyznał cicho.
- To nie jest tajemnicą, choć pani generał bardzo niechętnie o tym mówi.
- Bardziej niechętnie niż zwykle?
- Dużo bardziej.
- Nie będę jej wypytywał – zapewnił chłopak. – Ale jaki w tym sens, skoro nic o tym nie wiedziałem? Jakim cudem to ma być wyciągnięciem ręki na zgodę? – Wrócił do poprzedniego tematu.
- Pierwszym krokiem do osiągnięcia jakiegokolwiek celu jest przekonanie samego siebie. – Słowik uśmiechnął się. – Czy pani generał nie zmieniła do pana swojego nastawienia po tym, jak odkrył pan swoje pochodzenie? – spytał nagle.
- Nie, nie wydaje mi się – odpowiedział Aleks, lekko zdziwiony. – To znaczy, na samym początku nam się nie układało, a potem było coraz lepiej… Nawet nie zauważyłem, by była zaskoczona, kiedy zobaczyła guziki mojego taty.
- Kiedy to było?
- Jakiś tydzień czy dwa po mojej przeprowadzce. – Wzruszył ramionami.
- W takim razie nie dziwię się, że nie była zaskoczona… - powiedział Słowik w zamyśleniu.
- A dlaczego Noc miałaby przez to zmienić swoje nastawienie do mnie?
- Nigdy nie darzyła generała Jesiona sympatią – odparł zdawkowo mężczyzna.
- Dlaczego?
- Powiedzmy, że jego charakter potrafił być uciążliwy.
Aleks parsknął.
- Mnie pan to mówi? „Uciążliwy” to mało powiedziane.
Rozmowa się urwała, czego chłopak nie miał Słowikowi za złe. Zamyślił się. Chciał, żeby to była miła… właściwie jakakolwiek odskocznia od skomplikowanej sytuacji w Czerwonym Mieście, ale ta sprawa okazała się równie zagmatwana. Noc dała mu pistolet swojego narzeczonego? Który w dodatku zginął tuż przed ślubem? Przecież to musiał być dla niej skarb. Aleks na jej miejscu nikomu by go nawet nie pokazywał. Oczywiście zakładał, że to był dobrowolny związek, a nie polityczny sojusz, co byłoby nawet w stylu Nocy. Nadal pistoletu zmarłego narzeczonego nie powinno się oddawać ot tak. Co prawda Słowik wspomniał, że Noc chciała tym gestem przekonać samą siebie…
Wspomniał też jego imię: adiutant generała Czerwcowy Wiatr. Odszedł na Drugi Świat trzydzieści lat temu, czyli wtedy, kiedy zaginął jego ojciec. Imię tego Wojownika pojawiło się w biografii jego i generała Gwiezdnego Blaska, był adiutantem tego drugiego, zginął w czasie tej akcji. To by wyjaśniało, dlaczego Noc miałaby zacząć traktować Aleksa inaczej, gdy dowiedziała się o jego pochodzeniu, ludzie często obwiniali tych, którzy przeżyli, o śmierć bliskich. Tylko że tu chodziło o Noc. Obiektywną, sprawiedliwą, nieulegającą emocjom Noc.
Noc, z którą czekała go przeprawa na zupełnie inny temat, gdy tylko Aleks wróci do Czerwonego Miasta. A jeszcze wcześniej z Gronostajem. Rozpraszanie się było jednak złym pomysłem.








Chłopak zapukał cicho do znajomych drzwi gabinetu Ptaka. Pułkownik powinien już wrócić z przerwy obiadowej. Nie pomylił się, zaraz odpowiedziało mu krótkie „proszę”.
- Obrońca. – Ptak wyprostował się za biurkiem i odsunął na bok papiery. – Co pani generał zdecydowała?
- Chyba ty wiesz lepiej, nie? – Chłopak poczochrał sobie włosy. – Nie byłem jeszcze w gabinecie, zresztą, nieważne. Gronostaj jest u siebie?
Ptak ostrożnie skinął głową.
- Nie radzę ci…
- Tak, wiem. – Aleks oparł się o biurko. – Ile on wie?
- Nic. Nikt, oprócz ciebie, nie wie, co się wtedy zdarzyło.
- A czego się domyśla?
- Nie mam pojęcia. – Pułkownik popatrzył na niego przepraszająco.
- Nigdy wcześniej nie pomyślałem, jak okrutne to było wobec niego - powiedział cicho Obrońca, wyraźnie zamyślony.
- Okrutne?
Nie odpowiedział, tylko skierował się do wyjścia.
- Zaczekaj – zawołał za nim Ptak. Aleks odwrócił się niechętnie. – Skoro już tu jest, chciałbym załatwić wszystkie formalności. To zajmie tylko chwilę. – Z wahaniem chłopak skinął głową i podszedł do biurka.
Pułkownik podsunął mu niezbyt długi dokument. Aleks rozpoznał jego charakter pisma. Przeczytał szybko tekst. Oświadczenie, że został raniony nieumyślnie, w skutek nieszczęśliwego wypadku.
- Nie musisz tego podpisywać – zastrzegł Ptak. – Jednak Borowik należy do mojego pułku, znam go, jest dobrym człowiekiem…
- Wiem – uciął chłopak, sięgając po pióro. Zmusił się do uśmiechu. – Nie obwiniam go za to, co się stało, serio.
Ptak odetchnął z ulgą, patrząc, jak chłopak całkiem wprawnie kreśli swój podpis.





Gronostaj podniósł głowę, słysząc pukanie.
- Wejść – polecił krótko. Była bardzo niewielka szansa, że to był ktoś, kogo taka nieuprzejmość by uraziła. Widząc Obrońcę Ludzi, zmrużył oczy.
Chłopak zatrzymał się w progu, zebrał się w sobie, zasalutował i podszedł do biurka. Gronostaj z satysfakcją zauważył, że unikał jego wzroku.
- Panie generale, chciałbym przeprosić za moje zachowanie w czasie naszej poprzedniej rozmowy – powiedział cicho.
Albinos zmrużył oczy. To było bardzo rozsądne zagranie, ale zbyt toporne, by Noc za tym stała. Co prawda, nawet jeśli ona była pomysłodawcą, Obrońca Ludzi mógł po prostu niezręcznie wykonać jej wolę.
- Jak rozumiem jesteś tu z polecenia pani generał? – spytał Gronostaj, krzywiąc się. Nie miał ochoty na rozmowę  z chłopakiem, ale druga okazaja, by mu to dobitnie wyjaśnić w cztery oczy, mogła się nie powtórzyć.
- Nie, panie generale. – Obrońca tylko odrobinę zawahał się przed dodaniem tytułu. – Jeszcze z nią nie rozmawiałem, wyszedłem zaraz po panu. – Odwrócił wzrok. To było niedopowiedzenie.
- Dlaczego zatem spotkał mnie zaszczyt rozmowy z tobą?
Chłopak skrzywił się. Nie odpowiadał przez dłuższą chwilę, zaciskając pięści. Nie wyglądał na rozgniewanego. Trochę szkoda, sprowokowanie go byłoby dość satysfakcjonujące.
- Chciałbym wyjaśnić, co się stało wtedy, w Podziemiach, żeby już nie było niedomówień. Jeśli pan chce wiedzieć. – Gronostaj powoli skinął głową. To był ryzykowny temat, generał nie był pewien, czy starczy mu opanowania, by wysłuchiwać, jak chłopak bagatelizuje te zdarzenia, ale musiał korzystać z okazji.
- Czego pan się domyśla? – Obrońca grał na czas, jakby naprawdę trudno mu było o tym mówić.
- To nie ma znaczenia. Faktem jest, że mój przyjaciel nie żyje głównie z twojej winy. – Oskarżanie go wprost mogłoby tylko zaszkodzić. Gronostaj zdecydował się na cierpkie sugestie, choć wiedział, że chłopak był na nie wybitnie odporny.
- Tak, to prawda – zgodził się Obrońca. Zerkał na Gronostaja wyczekująco. Czego chciał? Albinos zmrużył oczy.
- Byłeś świadkiem śmierci mojego przyjaciela? – zaryzykował pytanie.
- Tak. – Chłopak wyraźnie zmuszał się do mówienia. Kto mu kazał, jeśli nie Noc?
Ta rozmowa już nie sprawiała satysfakcji, ale Gronostaj zacisnął zęby, powtarzając sobie, że musi poznać prawdę, jest to winien Bluszczowi.
- Zatem słucham – mruknął niechętnie.
- To zdarzyło się zaraz po tym, jak pokonałem Kruka. – Chłopak znowu zawiesił głos. Gronostaj miał ochotę bardzo dobitnie wyjaśnić mu, dlaczego takie zachowanie go złości, kiedy coś go tknęło.
- Po?
Chłopak skinął głową.
- To ja go zabiłem.
Generał milczał. To była kpina. Musiała być. Ten dzieciak obraził pamięć Bluszcza, który bezinteresownie poświęcał mu swój czas. Bezczelny, niewdzięczny… Gronostaj popatrzył na niego ze zgrozą, nie dowierzając, że można być aż takim egoistą. Nie odezwał się, nie miał niczego do powiedzenia.
W głuchej ciszy chłopak zasalutował i wyszedł.



Kiedy Aleks wrócił do swojego gabinetu, rozsuwane drzwi były uchylone, a zza nich dobiegał podniesiony głos Gronostaja, któremu odpowiadał znacznie cichszy i spokojniejszy, należący do Nocy. Chłopak stanął pośrodku pomieszczenia, czując wzrastającą panikę. Mógł walczyć z generałem. Mógł się z nim wykłócać, jednak nie potrafił odpowiedzieć na nóż wbity w plecy. Czując, że powinien się wtrącić, podszedł do drzwi, ale zrezygnował. Oparł się o ścianę obok nich i uderzył w nią głową. Był naiwny, sądząc, że Gronostaj doceni jego wyznanie. Głupi, zaśmiał się demon w jego głowie. Aleks ponownie uderzył nią o ścianę. Tym razem zabolało. Ochłonąwszy nieco, spróbował uspokoić oddech i wsłuchać się w słowa mówione za ścianą, ale generałowie milczeli.

~*~
Biała Noc powstrzymała się od gwałtownej reakcji, kiedy generał Sił Specjalnych bez pukania wpadł do jej gabinetu i oparł ręce na biurku. Mógł się pojawić w cieniu za krzesłem naprzeciwko niej, nie kłopocząc się drzwiami. Sądząc po pulsującej nieregularnie energii albinosa, tak właśnie tu dotarł. Zanim Noc zdążyła zwrócić mu uwagę, zapytał z pozornym spokojem.
- Gdzie Obrońca?
Noc odchyliła się do tyłu.
- Nie sądzisz chyba, że idąc pieszo, dotarł tu przed tobą?
- Gdzie. On. Jest. – Czerwone oczy lśniły furią.
- Gronostaju – upomniała go chłodno kobieta.
- Z całym szacunkiem, Noc, nie mam nastroju na uprzejmości.
Skinęła głową, splatając zakryte rękawiczkami dłonie.
- W jakim celu go szukasz? – spytała beznamiętnie. Warknął wściekle, ale nie odpowiedział. – Przychodzisz tu w gniewie z zamiarem wyrządzenia krzywdy mojemu adiutantowi. Ostrzegam, że później będziesz tego żałował.
- Nigdy!
- Doprawdy.
- Nigdy nie będę żałował zemsty za śmierć przyjaciela. Obrońca mi powiedział. Wyrzucił mi w twarz, że zabił Bluszcza! Kpił ze mnie, obraził jego pamięć, nie zapomnę tego.
- Doskonale wiesz, że nierozsądnie by było o cokolwiek go oskarżać, a tym bardziej wydawać na niego wyrok. – Gronostaj wykrzywił twarz w brzydkim grymasie. – Wyrządzenie mu trwałej, widocznej krzywdy czy zabicie go nie leży w twoim interesie, chyba że w czasie oficjalnego pojedynku ze spisanym kontraktem i innymi formalnościami. Poza tym pozostawiam ci wolną rękę.
- Ty… co? – Albinos popatrzył na nią w szoku.
- Czy muszę powtarzać moje słowa?
- To… twój adiutant – wydukał zbity z tropu.
- Nie darzę go sympatią. Prawie spowodował śmierć Szklanego Pioruna i Półksiężyca.
Gronostaj uśmiechnął się nieprzyjemnie.
- Znowu chcesz się mną wyręczyć. I dziękuję ci za to.
- Spytałabym, co dokładnie powiedział ci Obrońca Ludzi, ale wolę to usłyszeć od niego. – Skinęła głową w stronę ściany, zza której dobiegło ich stłumione uderzenie, a po chwili kolejne. – Adiutancie – zawołała na tyle głośno, by usłyszał, ale nie krzyczała. Odpowiedziała jej cisza. – Obrońco Ludzi – powtórzyła nieco głośniej.
Drzwi rozsunęły się cicho, wpuszczając do środka zrezygnowanego chłopaka. Aleks najchętniej wyparowałby, wtopiłby się w parkiet, po prostu stamtąd znikł. Nie był przygotowany na rozmowę z Nocą, która zwracałaby ogromną uwagę na słowa, nie akceptując tego, że były wypowiadane pod wpływem emocji. Z Gronostajem mógł się kłócić, mógł nawet skrzyżować miecz, lecz Noc by do tego nie dopuściła, od początku do końca kontrolując rozmowę.
Przełykając ślinę, zasalutował generałom.
- Tak, pani generał? – zwrócił się do kobiety, póki co ignorując Gronostaja.
Noc popatrzyła na niego znad splecionych palców. Aleks przełknął nerwowo.
- Czy przyznajesz się, że z twojej ręki zginął adiutant Szmaragdowy Bluszcz? – spytała beznamiętnie.
Pytanie było do bólu specyficzne, nie mógłby ukryć niczego, nawet gdyby umiał kłamać.
- Tak – powiedział ciężko.
- Tak, co? – syknął Gronostaj.
- Tak, pani generał – poprawił się, rzucając mu szybkie spojrzenie. Brawura brawurą, tu chodziło o zbyt wysoką stawkę.
- Czy zrobiłeś to z premedytacją?
Minęło kilka chwil, zanim sens tych słów do niego dotarł. Z premedytacją? Myśl, że planował zabić swojego mentora…
- Nie! Oczywiście, że nie.
- Jak zatem do tego doszło?
Odetchnął kilka razy, zastanawiając się, od czego zacząć.
- Kiedy walczyłem z Krukiem, Bezimienny, mój demon, przejął kontrolę i… Pamiętam, że pan Bluszcz stał gdzieś z boku, ale kiedy zabiłem Kruka, podszedł do mnie i demon rzucił się na niego. I wtedy się ocknąłem.
- Demon. Jakże wygodna wymówka – prychnął Gronostaj.
Aleks poczuł, że wbija sobie paznokcie we wnętrze dłoni. I tak nie mógł nic z tym zrobić.
- To nie jest wymówka, proszę pana. Wiem, że jestem odpowiedzialny za wszystko, co on zrobi.
- Chcesz powiedzieć, że gdyby nie demon, to zdarzenie nie miałoby miejsca? – spytała Noc.
- Oczywiście, ze nie! Wy naprawdę sądzicie…? Dlaczego miałby go zabić? Nie jestem psychopatą. – Zakrył twarz dłońmi. To nie tak, krzyczał w myślach. To wszystko nie tak.
- Jakie powody mógł mieć Szmaragdowy Bluszcz, by do ciebie podchodzić? – indagowała kobieta.
- Nie mam pojęcia – odparł.
- Zastanów się.
- Może… ale to niemożliwe. – Potrząsnął głową. Uniosła pytająco brew. – Pani generał, pamięta pani, jak walczyliśmy, co się wtedy stało? – Z namysłem skinęła głową.
Wtedy po raz pierwszy Bezimienny pokazał, do czego jest zdolny. Wtedy po raz pierwszy i ostatni Aleks widział przerażenie w oczach Białej Nocy. Demon nie przejął całkowitej kontroli nad jego ciałem, tylko zmusił go, by to oglądał i pamiętał. Instynktownie atakował mieczem i dłońmi, zbyt szybko, by ludzki umysł mógł za tym nadążyć. Nie myślał, co powinien zrobić, po prostu to wiedział. Własnymi oczyma obserwował, jak jego ciało porusza się pod obcym wpływem, jak gołą dłonią wyszarpuje miecz z ręki Nocy,  jak kobieta Głosem Rozkazu każe mu przestać, a Półksiężycowi uciekać. Półksiężyc, nieprzytomny z utraty krwi, nie usłyszał tego, ale do umysłu chłopaka dotarło jego imię. Wysilił wolę, by powstrzymać demona, jednak był za wolny. Myślał o ruchach, które już nastąpiły, a Bezimienny tylko śmiał się szaleńczo. Dopiero kiedy cisnął Nocą o ścianę budynku, a chłopak pomyślał, że ją zabił, że jego rękoma odebrał komuś życie, zmusił demona, by przestał. Noc okazała się mocno ogłuszona, prawie nieprzytomna, ale na szczęście wciąż żywa. To pozwoliło chłopakowi uciec. Zaniósł Półksiężyca do szpitala (o drogę spytał przypadkowego Wojownika, który z przerażenia z trudem wyjąkał odpowiedź), Uzdrowicieli poinformował o stanie Nocy, a sam popędził do siedziby Rady Dwunastu. Przybył za późno.
- Obrońco Ludzi? – ponagliła go generał.
- Wtedy uratowało panią… nas to, że przypomniała mi pani o Półksiężycu. Pan Bluszcz o tym wiedział. Chyba chciał mi przypomnieć, kim jestem.
- Dlaczego to nie poskutkowało?
- Bezimienny był silniejszy, pan Bluszcz nie był bezbronny jak wtedy Półksiężyc, poza tym… - Odetchnął głębiej. – Panią przestałem atakować, kiedy do mnie dotarło, że pani może już nie żyć. Że panią zabiłem. – Nie mógł powiedzieć niczego więcej, ale Noc zrozumiała.
W gabinecie zapanowała cisza. Aleks zerknął na Gronostaja. Albinos patrzył na niego z nieskrywaną pogardą. . Chłopak opuścił głowę. Niczego innego się nie spodziewał.
- Nadal pragniesz zemsty? – spytała nagle Noc.
- Oczywiście. Mój adiutant zginął z jego ręki, od ostrza jego miecza.
- Przypominam ci, że demon nie jest bronią. Jest istotą, która może zachowywać się niezależnie od woli Obrońcy, a on jest za słaby, by nad nim zapanować.
Aleks poczuł się paskudnie. Noc nie powinna go bronić.
- Dlaczego go bronisz? – spytał gniewnie Gronostaj.
- Zwracam twoją uwagę na fakt, że Szmaragdowego Bluszcza zabił demon.
- Nie doszłoby do tego, gdyby chłopak się z nim nie związał.
- Z tym się zgodzę. Niestety z przysięgą wojskową te winy się przedawniły. Jakie zarzuty chcesz mu postawić?
- Nie potrzebuję stawiać go przed sądem.
- Nie rób tego. – To nie było ostrzeżenie, po prostu rozkaz.
- Nie, Biała Nocy, domagam się zemsty i ją otrzymam.
Noc znów oparła łokcie na biurku i splotła palce.
- Szmaragdowy Bluszcz i Obrońca Ludzi poza Armią są obywatelami Pierwszego Księstwa Krainy Zachodnich Wzgórz. Gdybyś udowodnił winę Obrońcy, sąd mógłby pozwolić ci zemścić się na nim, jednak bez tych formalności zostałbyś mordercą, jak on. – W oczach Gronostaja błysnęła satysfakcja. – Jednak musiałbyś też udowodnić, że demon nie był zamieszany, gdyż wtedy tą sprawą mógłby się zająć tylko sąd wojskowy i wynik byłby przesądzony przez przysięgę Obrońcy.
- Znajdę sposób.
- Z chęcią udzielę ci rad, jednak nie zapominaj, że piastuję tytuł Pierwszego Księcia i do moich obowiązków należy sądzenie morderców. Znając prawdę, nie mogę wydać korzystnego dla ciebie wyroku, przykro mi.
- Dlaczego wierzysz jego słowom?
- Mówimy o rozprawie cywilnej, podczas której to ty musisz udowodnić jego winę, a nie on swoją niewinność.
- Dlaczego zakładasz, że mówi prawdę?
- Obrońca Ludzi nie miał powodu, by zabić Bluszcza, nie potrafi kłamać, a gdyby umiał, po prostu by powiedział, że Kruk jest winny.
- Zatem dlaczego powiedział, wiedząc, że uniknie konsekwencji? Jaki mógł mieć powód poza obrazą pamięci mojego przyjaciela i kpiną ze mnie?
- Niezachwiane przekonanie, że prawdy nie należy ukrywać. Czy może się mylę? – zwróciła się do chłopaka.
Aleks nie słuchał generałów, stojąc przy biurku ze zwieszoną głową. Chwilę zajęło mu zebranie myśli, by odpowiedzieć.
- Nie, pani generał. To prawda.
- Biała Nocy, zdajesz sobie sprawę, że to niepraktyczny idiotyzm i nikt rozsądny nie obnosiłby się z takimi ideałami?
- Sugerujesz, że Obrońca Ludzi jest na tyle rozsądny, a w dodatku utalentowany, by mnie zwodzić miesiącami?
- Wiesz, że to nie jest niemożliwe.
- Gronostaju, zaślepia cię gniew.
- Nie. Po prostu nie uznaję jego słowa za dowód.
- Mam rozumieć, że wątpisz w moją bezstronność? – Gronostaj nie odpowiedział. – Chłopcze, przypomnij mi, ile masz lat?
Aleks wolał nie pytać, jaki to miało związek z dyskusją.
- Dziewiętnaście, pani generał.
- Wychowałeś się w drobnomieszczańskiej rodzinie, stroniącej od polityki, czy tak?
Aleks zawahał się. Nie potrafił się skupić. Drobnomieszczańskiej?
- Tak. Można tak powiedzieć.
- Zatem powiedz mi, Gronostaju, kto i w jakim celu zdołałby w tak krótkim okresie przekazać mu wiedzę i umiejętności tak zaawansowane, że dzięki nim zwiódł mnie, która dzień w dzień szkoliłam się w tym kierunku przez lat pięćdziesiąt, zanim w ogóle mogłam je skutecznie wykorzystać?
Gronostaj pochylił głowę.
- Przyjmuję twoje argumenty. Czy jest jakiś inny sposób? Bardzo proszę o odpowiedź.
- Możesz wyzwać Obrońcę na honorowy pojedynek – powiedziała z namysłem. Żeby Obrońca mógł wygrać, musiałby uwolnić demona, za co stanąłby przed sądem wojskowym, a nawet jeśli marszałek by mu odpuścił, złamałby kodeks honorowy, co również jest karane śmiercią. Co ty na to?
Albinos pokręcił głową.
- Nie mogę, przynajmniej nie w tej dekadzie. Doskonale wiesz, że walka z jego demonem, która w czasie „pojedynku” byłaby nieunikniona, to samobójstwo. Nie jestem egoistą, Biała Nocy. Ptak nie jest gotowy na ośmioramienne gwiazdki, nie mogę zostawić Sił bez generała. Jednakże dziękuję ci za tę sugestię. Wykorzystam ją we właściwym czasie.
Popatrzył na Aleksa z wyższością. Chłopak nie zareagował, zaciskając zęby.
- Bardzo dobrze – powiedziała Noc. – Pamiętaj tymczasem o jednym.
- Tak?
- Obrońca ma świadomość, że zabił swojego mentora i gdyby zaistniała podobna sytuacja, postąpiłby tak samo. Nie zapomni tego aż do śmierci. Czy naprawdę nie sądzisz, że zemsta byłaby wręcz okazaniem mu miłosierdzia?
Gronostaj skinął głową.
- Skoro tak stawiasz sprawę, z przyjemnością będę wyczekiwał odpowiedniego momentu.
Aleks podświadomie zarejestrował, że generał pożegnał się szybko z Nocą i wyszedł. Nie ruszał się, choć otępienie powoli mijało. Nie potrafił mieć im za złe, że rozmawiali tak, jakby on w ogóle nie istniał. Noc jak zwykle miała rację. Będzie pamiętał. Będzie się tym zadręczał. Wolałby stanąć przed sądem, ponieść karę i poczuć, że wreszcie za to zapłacił. Jak na tak oziębłą osobę, Noc zastraszająco dobrze rozumiała, co czuł.
Słowa Nocy były okrutne tym bardziej, że jako pierwsza powiedziała mu wprost to, o czym wszyscy inni kłamali. Nawet Półksiężyc: „to nie to nie twoja wina, Obrońco, proszę, byś się nie obwiniał o jego śmierć.” Oni nie chcieli wiedzieć, więc okłamywali siebie i jego, mordercę, aż on sam prawie w to uwierzył. Noc powiedziała mu prawdę. Dlaczego?
Do oczu cisnęły mu się łzy. Otarł je gwałtownym ruchem, zły na siebie. To nie była pora ani miejsce na rozpaczanie. „Idź naprzód” powiedział mu wtedy Szmaragdowy Bluszcz, tuż przed tym, jak jego ciało zamieniło się w proch, a słup energii oślepił chłopaka. To nie będzie łatwe, ale…
- Baczność, żołnierzu. – Po raz pierwszy Aleks usłyszał w głosie Nocy jej prawdziwe emocje: gniew, niechęć, złość… oczywiście żadnej sympatii.
Wyprostował się, wstrzymując oddech. Ostre polecenie w połączeniu z lodowatym wiatrem podrywającym kartki z biurka nie mogło zostać zignorowane. Nie było siły, dzięki której mógłby się sprzeciwić. Nie w tej sytuacji.
- Generałowie prosili, bym pobłażała twojej bezczelności, lecz ta przekroczyła wszelkie granice. Twoje zachowanie jest karygodne. Dopuściłeś się niesubordynacji, braku szacunku wobec przełożonych oraz opuszczenia stanowiska w czasie służby. Grzywna w wysokości szesnastu srebrników będzie potrącana z twojej pensji przez sześć miesięcy. Za każdy kolejny, choćby najmniejszy wybryk zostaniesz zdegradowany. Wystarczy, że choć raz zwrócisz się do mnie bez należytego szacunku. Czy to jest jasne, adiutancie?
Przełknął, zanim zmusił się do odpowiedzi.
- Tak jest, pani generał.
- Przyjęcie rozkazu powinieneś potwierdzić salutem.
Natychmiast się poprawił.
- Tak jest, pani generał – powtórzył, przykładając zaciśniętą pięść do serca.
Nie patrzył na nią. Wiedział, że ją rozgniewał. Generał broniła go wbrew swojej woli, mimo złości, a on rzeczywiście zachowywał się jak bezczelny dzieciak.
- Możesz wrócić do swoich obowiązków, adiutancie – ponagliła go Noc.
Potrząsnął głową, zanim się powstrzymał. Była jeszcze jedna sprawa, z którą nie mógł dłużej zwlekać. Zresztą to nie był rozkaz, tylko pozwolenie, prawda?
- Potrzebujesz czegoś jeszcze? – Ton kobiety jasno sugerował, że to nie jest odpowiedni moment. Instynkt samozachowawczy się z nim zgadzał.
Chłopak zebrał się w sobie. Noc się niecierpliwiła.
- Mam do pani prośbę – wyrzucił.
Kobieta milczała zdecydowanie zbyt długo. Aleks odważył się zerknąć na nią, ale zaraz tego pożałował. Biała Noc patrzyła na niego ze wściekłością i niechęcią, jakiej nigdy dotąd nie widział. Natychmiast opuścił głowę.
- Jeśli mogłaby pani…
Urwał, kiedy Noc uderzyła otwartą dłonią w blat.
- Twoja bezczelność, chłopcze, naprawdę nie zna granic.
Przygryzł wargę. Jej głos był w miarę spokojny, ale przecież to nadal była Biała Noc. Ona nigdy by nie krzyczała. I tak zareagowała gwałtownie jak na nią. Aleks nie powinien tego ciągnąć, ale im dłużej będzie czekał, tym większe zagrożenie stworzy dla innych.
- Przepraszam, pani generał – powiedział bardzo poważnie. – Wiem, że to nie jest odpowiedni moment, ale to naprawdę bardzo ważne. Od tego może… - Westchnął. Przecież już się nie oszukiwał. – Od tego może zależeć życie Wojowników.
Noc patrzyła na niego z niechęcią, jasno dając mu do zrozumienia, że powinien wyjść. Perfekcyjna kontrola mimiki pozwalała jej wiele wyrazić samym spojrzeniem, jednak w tej chwili Aleks sporo by dał, by wiedzieć, co naprawdę myśli.
- Niech mi pani przynajmniej pozwoli powiedzieć – dodał ciszej.
Nie potrafił przewidzieć, czy Noc każe mu się wynosić, czy nie. Nie wiedział, co by było „logicznym” z jej punktu widzenia rozwiązaniem, nie miał pojęcia, na ile ją rozzłościł. Postanowił poczekać na werdykt.
- Słucham – rzuciła sucho Noc.
Odetchnął z ulgą.
- Gdyby pani zauważyła, że zaczynam się zmieniać w demona, gdyby pani to tylko podejrzewała, proszę, by pani mnie zabiła – wyrzucił z siebie szybko, by nie zdołała mu przerwać.
Noc milczała. Udało mu się ją zaskoczyć po raz drugi w ciągu może pięciu minut. W innej sytuacji odczuwałby z tego powodu satysfakcję, ale teraz to było frustrujące. Ugryzł się w język, by jej nie ponaglać.
Noc wciąż milczała, patrząc na niego sceptycznie. Nie wytrzymał.
- Nie obchodzi mnie, jak pani to zrobi. Wiem, że jestem od pani szybszy, a demon nie pozwoli mi zginąć od kuli, ale mogłaby pani na przykład zamrozić mi ciało… nie wiem. Byle to było skuteczne. – Przymknął oczy. Powiedział za dużo, wiedział o tym.
- Wojownik ma możliwość wybrania momentu własnej śmierci. Dlaczego z niej nie skorzystasz? – spytała powoli Noc.
Aleks zastanowił się przez chwilę nad składną odpowiedzią.
- Dopóki jestem sobą, zrobię wszystko w obronie innych, a kiedy już demon przejmie nade mną kontrolę, nie będę mógł zrobić nic – odparł z rezygnacją.
Kiedy odważył się popatrzeć Nocy w twarz, zauważył, że znów założyła maskę surowej, bezstronnej generał, i chłopak poczuł, że ta rozmowa po prostu go przerasta, a wszystkie argumenty mu się wymykają.
- Rozważę twoją prośbę, adiutancie – powiedziała tonem całkowicie pozbawionym emocji.
Aleksa nie tak łatwo było zbyć.
- Kiedy mógłbym się spodziewać odpowiedzi, pani generał? – spytał szybko.
Noc zmrużyła oczy. Była zirytowana? Trudno powiedzieć.
- W swoim czasie – odparła sucho.
Kusiło go poprosić o sprecyzowanie albo chociaż wytknąć, że dopóki mu tego nie obieca, będzie się bał uwolnić miecz, ale nie wiedział, jak to uprzejmie wyrazić.
- Pani generał… - zaczął, chcąc się pożegnać.
- Tydzień, Obrońco Ludzi.
- Dziękuję pani.
Zasalutował i wyszedł.

~*~

Dec. 21st, 2012

avatar swan

Powojenność, rozdział 22

Powinnam się uczyć i w ogóle. Ale wolę pisać tekst.

~22~

Zielony Ptak wciąż uparcie twierdził, że wiele mu brakuje do pełnego uwolnienia. Aleks nie ustępował mu pod względem uporu, powtarzając, że siłą dorównuje Piorunowi i walczy się z nim nie gorzej niż z generałem, a nawet że jego obecne uwolnienie jest zdecydowanie zbyt niebezpieczne, by trenować nawet na zabezpieczonym stadionie. Przyjaciele zdecydowali się przenieść na niezamieszkałe tereny na północ od Czerwonego Miasta. Wiatr towarzyszący ich treningom i tak łamał grube konary, więc wydawało się to najrozsądniejszą opcją.

Aleks lubił trenować z Ptakiem choćby dlatego, że było to wyzwanie, jakie ostatnio coraz trudniej było mu znaleźć. Teraz nie tylko noże raniły jego ciało, ale sam pęd powietrza ciął jak bicz. Chłopak osłaniał się przed atakami energią, współczując wszelkim przeciwnikom Ptaka, którzy by tego nie potrafili. Nie chciałby spotkać się z przyjacielem w prawdziwej walce.

Nawet on, Obrońca Ludzi, nie był w stanie uniknąć drobnych, powierzchownych zranień, które na nieszczęście krwawiły obficie. Już dawno, kiedy jeszcze trenowali u pana Heisuia, nauczył się, by nie zakładać do ćwiczeń żadnych nowych ubrań, ponieważ wszystkie i tak kończyły w strzępach. Teraz, kiedy maj przyniósł ze sobą ciepłą pogodę, zdecydowali się na trening bez koszul. Aleks założył i tak już przedarte spodnie oraz buty tak zniszczone, że szewc odmówił prób reperacji (a przynajmniej Żagwin tak twierdził w ramach wymówki, by więcej ich nie nosić do warsztatu). W czasie krótkich przerw w sparringu z rozbawieniem znajdował coraz to nowe rozcięcia na płótnie i skórze.

Po chwili odpoczynku wrócili do ćwiczeń. Ptak przyspieszył ataki, a chłopak niechętnie pozwolił Bezimiennemu leczyć zranienia. Zdawał sobie sprawę z tego, że to nie jest najlepszy pomysł, ale inaczej się nie dało. Zresztą obiecał sobie, że nauczy się panować nad demonem.

Rozproszył się dosłownie na ułamek sekundy. Potężny podmuch uderzył go w pierś i pchnął w tył. Aleks zatoczył się, ale nie upadł. Na skórze pozostał ślad, jakby rzucił się na niego wściekły kot. Chłopak nie przejął się tym ani trochę, czując, że demon już się zajął obrażeniami. Nagle poczuł kolejne uderzenie, tym razem w plecy. Wydawało mu się, że skórę i płuca ma rozdzierane przez tysiące ostrzy. Kompletnie zaskoczony bólem, upadł na kolana, z trudem łapiąc powietrze.

Bliski utraty przytomności, dostrzegł, że Ptak przykucnął przed nim z wyrazem bezgranicznego szoku na twarzy. Nie on go zranił, Aleks doskonale o tym wiedział. Opanował się, na ile zdołał. Bezimienny najwyraźniej zablokował jako tako receptory bólu i zatamował krwawienie – Aleks wiele godzin spędził, wbijając mu do głowy, jak działa organizm, by mógł tę wiedzę wykorzystać właśnie w takich sytuacjach. Jednak coś było nie tak. Chłopak nie czuł charakterystycznego mrowienia towarzyszącego zrastaniu się tkanek. Coś było stanowczo nie tak.

Co jest?

Demon wymruczał coś z irytacją. Odpowiedział dopiero po chwili.

Masz w płucach mnóstwo siekanego metalu, ale jak chcesz, by to tam zostało, mogę zrosnąć…

Nie!

Tak myślałem.

Aleks poczuł krople potu na karku. Skąd metal? Poszukał wzrokiem Ptaka. Pułkownik trzymał go za ramiona, by chłopak nie upadł, jednocześnie przechylając się, by przyjrzeć się ranie. Zaklął cicho.

- Trafili cię pociskiem rozrywającym.

- Kto? – wykrztusił chłopak. Zabrzmiało to bardziej jak skrzek.

- Nie mów. Zaraz się wykrwawisz. – Mimo wszelkich starań, głos Ptaka drżał.

Przy Aleks okazji zauważył, że Bezimienny przestał się wyrabiać ze znieczuleniem, kiedy chłopak mówił, więc zastosował się do rady przyjaciela.

- Kto tu jest!? – zawołał pułkownik, ostrożnie kładąc Aleksa na boku.

Przez jakiś czas nic się nie działo i Aleks znów zaczął odpływać. Potem zza krzaków ze sto kroków od nich wyszło trzech mężczyzn. Chłopak zmrużył oczy, ale obraz i tak się rozmywał. Chyba mężczyzn. W mundurach.

- Pułkownik drugiego pułku Sił Specjalnych Zielony Ptak w towarzystwie adiutanta generała Lotnych Obrońcy Ludzi. Zidentyfikujcie się – polecił szybko Ptak.

Wojownicy podeszli dość blisko, by być lepiej widocznymi w szarówce.

- Patrol Sił Specjalnych pod dowództwem sierżanta Borowika. Z pańskiego pułku, panie pułkowniku.

- Taak, wiem – wycedził Ptak. – Sierżancie, otworzysz Przejście i poślesz meldunek do generała Gronostaja. Ty – skinął głową na chudszego szeregowca – wezwiesz Uzdrowicieli. Ty – zwrócił się do drugiego – wyjaśnisz, dlaczego strzelaliście.

Aleksowi zbyt mocno szumiało w głowie, by mógł zrozumieć, co mówił Wojownik. Zresztą, to nie należało do jego priorytetów. Skupił się na zachowaniu przytomności.

- Dasz radę – powiedział Ptak.

Aleks nie był pewien, czy to było stwierdzenie czy życzenie. Zapamiętał tylko tyle, że stracił przytomność zaraz potem.



Posłaniec zasalutował, wyrecytował wiadomość i znikł Rozmyciem, jak mu kazał protokół. Pytanie go o cokolwiek mijało się z celem, znał tylko wyuczoną wiadomość.

Adiutant generała Obrońca Ludzi i pułkownik Zielony Ptak wdali się w walkę z nieokreślonym demonem osiem wiorst na północny wschód ku północy od Czerwonego Miasta. Energia demona była niestabilna i wykrywalna przez krótki czas. Nie wysłano dodatkowych posiłków. W okolicy przebywa patrol Sił Specjalnych.

Noc oparła łokcie o blat i splotła palce. Przez chwilę rozważała wezwanie Gronostaja, który musiał otrzymać identyczną wiadomość, ale uznała, że to niewarte zachodu. Nie wątpiła, że oficerowie bez problemu poradzą sobie z demonem, a następnego dnia będzie mogła dowiedzieć się wszystkiego z raportu Obrońcy. Nie zaprzątając sobie tym więcej myśli, wróciła do przeglądania dokumentów dotyczących studentów ostatniego roku Głównej Akademii Wojskowej. Tego lata każda dywizja potrzebowała uzupełnić niedobory.

Wtedy stanął przed nią kolejny Posłaniec. Wysłuchawszy wiadomości, Noc opuściła ręce na blat.

- Przekaż te same słowa generałowi Gronostajowi – poleciła i znów sięgnęła po dokumenty. Nie patrzyła, jak Posłaniec odchodzi.



~*~



- Co tym razem? – Gronostaj niechętnie podniósł wzrok znad księgowości, którą powinien zająć się jego wciąż czysto teoretyczny adiutant.

Posłaniec zasalutował.

- Adiutant generała Lotnych Obrońca Ludzi trafił do Pierwszego Szpitala z powodu postrzału w lewe płuco pociskiem rozrywającym. Według słów pułkownika Zielonego Ptaka był to wypadek podczas treningu. – Posłaniec popatrzył przez chwilę na albinosa. – Pan pułkownik wciąż przebywa w szpitalu, by wyjaśnić tę sprawę – dodał wyraźnie poza wiadomością i skłonił się.

- Stój, sierżancie – zatrzymał go albinos. – Który protokół zezwala na udzielanie dodatkowych informacji?

Mężczyzna, nie, chłopak, opuścił wzrok, wyraźnie zmieszany.

- Żaden, panie generale – odpowiedział cicho. – Liczyłem, że zechce pan to wiedzieć.

Albinos zmarszczył czoło.

- Z kolei ja liczę, że nie złamiesz więcej protokołu z tak błahego powodu.

- Tak jest, panie generale.

- Kto nadał tę wiadomość?

Chłopak zacisnął usta, wahając się bardzo wyraźnie i patrząc na albinosa przepraszająco. Ten uśmiechnął się krzywo.

- Bardzo dobrze, możesz odejść.

Kiedy energia sierżanta znikła, Gronostaj wściekle uderzył ręką w blat biurka. Jeszcze nie wiedział, czy powinien podziękować Białej Nocy za przekazanie wiadomości. Wysuwając nieco miecz, znikł w cieniu pod ścianą.

Kiedy Gronostaj dotarł do jej gabinetu, Biała Noc siedziała za biurkiem, beznamiętnie śledząc wskazówki srebrnego zegarka. Albinos skinął jej głową i zajął krzesło naprzeciwko niej. Kobieta wsunęła zegarek do kieszeni, oparła łokcie na blacie i splotła palce.

- Nasi drodzy zastępcy nie powinni mieć problemów z żadnym demonem – zagaił.

Noc zmrużyła oczy.

- Jeśli ten konkretny demon sprawi problem Obrońcy Ludzi, postaram się, by nie przeszło mu przez myśl ponowne korzystanie z jego usług.

- Nie masz chyba na myśli… - Mężczyzna zacisnął palce na podłokietnikach.

- Patrol z twojej dywizji, Gronostaju, musiał zareagować na energię demona. Twoi ludzie są zbyt dobrze wyszkoleni, by strzał był chybiony. Wątpię, że nie doszedłeś do podobnych wniosków.

- Nie wierzę, by ten chłopak był aż takim głupcem, żeby skorzystać z mocy demona w czasie treningu.

Nie odpowiedziała, bo i co miała powiedzieć? Jej nie obchodziło, co albinosowi się wydawało. W bezsilnej złości uderzył głową w oparcie krzesła.

- Biała Nocy, jak zamierzasz to rozwiązać?

- Jestem otwarta na sugestie.

- Zamierzasz ukarać go zgodnie z prawem?

- Przypominam, że został postrzelony przez twoich podkomendnych.

Żachnął się. Sytuacja opisana przez Posłańców była absurdalna. Jeśli Obrońca rzeczywiście uwolnił demona, postrzał musiał być dziełem przypadku. Nie chciał, by jego ludzie ponieśli z tego powodu surową karę, ale mowa tu była o Białej Nocy, która przede wszystkim sumiennie przestrzegała prawa.

Teraz przyglądała się mu beznamiętnie. Nie był pewien, czy rozumiała, dlaczego się waha. Kobieta, która o zdradę oskarżyła własnego brata. Nie odzywał się, chcąc wymusić na niej jakąś reakcję. Jakąkolwiek. Wreszcie wstała i podeszła do regału na prawo od biurka. Z półki na dogodnej wysokości zdjęła cienki tom – podstawy prawa wojskowego. Noc usiadła i przekartkowała książkę. Gronostaj poczuł się przy niej bardzo nieporadnie, ale nie zamierzał jej przeszkadzać. Nikt nie rozumiał prawa tak dobrze jak ona, zresztą sprawa dotyczyła jej adiutanta. Całe szczęście Ptak był tylko biernym świadkiem. Oby. Gronostaj zaczął się obawiać, co kobieta mogła znaleźć w kodeksie.

- Biała Nocy – zaczął ostrożnie. – Wybacz mi otwartość, ale czy nie powinnaś zainteresować się stanem zdrowia swojego adiutanta? Postrzał pociskiem rozrywającym to jednak poważna sprawa.

- Nie dla niego.  – Kobieta zacisnęła usta w wąską kreskę.

- Obdarzasz go sporą wiarą – stwierdził.

- Znam jego możliwości. Nie myl tego ze ślepym zaufaniem – odparła chłodno.

- Jemu nie zaufałbym nawet z patykiem.

Nie powinien się cieszyć ani odczuwać satysfakcji z tego, że wysoko postawiony oficer został postrzelony pociskiem rozrywającym.  Trudno było uwierzyć, jak wiele szkód te kuleczki potrafiły wyrządzić. Ptak był zbyt odpowiedzialny i rozsądny, by w czasie byle treningu ich używać, zatem to musiała być wina patrolu.  To nie był przyjemny temat, ale cóż.

- Biała Nocy, jeśli chodzi o patrol…

- Ufam, że zgodnie z prawem zamierzasz ukarać sprawców tego wypadku.

Przełknął z trudem ślinę. Miał pewność, że kobieta nie pozwoli mu się od tego wykręcić. Zaciskając zęby, odpowiedział tylko:

- Tak będzie.


Szpital wojskowy znajdował się w pobliżu centrum badawczego Dywizji Obronnej, w ogromnym gmachu o skrzydłach zawijających się jak rogi byka. Sale przeznaczone dla starszych oficerów znajdowały się w jednym z nich, z dala od zgiełku i zamieszania. Aleks uznał przydzielony mu pokoik za całkiem przytulny, w ogóle nieprzypominający tych, jaki widział w szpitalach na Ziemi. Nawet łóżko było zaskakująco wygodne, choć bynajmniej nie był w nastroju do wylegiwania się.

- Poszli już?

- Kto? – Ptak siedzący na krześle przy łóżku poderwał głowę.

- Uzdrowiciele. Nie chcę, żeby wyczuli energię demona, jak będę to leczył.

- Chyba nie zamierzasz go użyć?

- Nie chcę tu spędzić tygodni, siłując się z nim, by go powstrzymać.

- Nie powinieneś.

- Ptak, osłoń mnie, dobra? Uwolnij nieco energii, by to zamaskować.

- Tak jest.

- I cholera, nie mów tak do mnie.

Pułkownik popatrzył na niego wymownie, ale posłusznie zamaskował energię Bezimiennego swoją własną. Nie potrzebował jej dużo, Obrońca naprawdę się postarał. Na koniec przeciągnął się i powiedział.

- Dzięki.

- …Proszę. – Ptak odwrócił wzrok.

Aleks dźwignął się i usiadł na poduszce, zmęczony, ale zdecydowanie nie ranny. To wprawiło pułkownika w jeszcze większe zakłopotanie.

- Co jest? – spytał czujnie chłopak.

Ptak wstał i po chwili wahania odłożył kurtkę mundurową na krzesło. Zasalutował.

- Panie adiutancie generała, proszę przyjąć moje najszczersze przeprosiny za ten nieszczęśliwy…

- Zamknij się. – Mężczyzna urwał, zaskoczony. – To wciąż ja, Ptak. Nie Szmaragdowy Bluszcz, nie generał czy kto. Nie musisz tak do mnie mówić.

- Obrońco, wciąż przewyższasz mnie stopniem.

- To nie ma znaczenia.

- Mimo wszystko przepraszam za to. I za swoją reakcję.

Aleks mruknął pytająco. Był zmęczony i nie miał ochoty na poważne rozmowy.

- Powiedziałem moim ludziom, że zaatakowali adiutanta generała. Teraz wiedzą o twoim demonie.

- To nic.

- Jeśli wieść się rozniesie, staniesz przed sądem. Generałowie nie będą w stanie uciszyć plotek, nie mają wyboru.

- Generałowie o tym wiedzą.

- Miałem na myśli to, że nie będą mogli tego dłużej ukrywać.

- To nic. Noc pomoże mi coś wymyślić, nie przejmuj się.

- Mimo wszystko czuję się winny postawieniu cię w takiej sytuacji – wycedził pułkownik. Wyraźnie chciał zakończyć temat, jednocześnie stawiając na swoim, a dalsze przeprosiny kłóciły się z jego dumą. – Przepraszam cię również za tę ranę.

- Twoi ludzie mnie postrzelili, nie ty.

- Ja jestem za nich odpowiedzialny.

- Nie. Ty się za nich tłumaczysz. Rany już nie ma, musisz się o tym przekonać naocznie? – Pokręcił głową. – Poza tym to był wypadek. Wypadki się zdarzają.

Ptak zwiesił głowę na piersi.

- Co jest? – spytał czujnie Aleks.

Pułkownik odwrócił głowę.

- Obrońco, z całym szacunkiem, nie mogę sobie pozwolić na dalsze naruszanie…

- Ptak – przerwał mu stanowczo. – Proszę cię, przestań. Jesteś moim kumplem, to nie ma znaczenia.

- Przewyższasz mnie stopniem i mimo wszystko powinieneś wyciągnąć konsekwencje.

- A ty w kółko to samo. Nie zamierzam. Mówisz jak Noc. – Wdech, wydech. – I nawet gdybym chciał (a nie chcę!), to bym nie mógł, bo, mówiąc wprost, nie wiem, jak.

Ptak uśmiechnął się słabo, dostrzegając jego zirytowane i jednocześnie odrobinę rozpaczliwe spojrzenie.

- Naprawdę?

- Niby skąd mam wiedzieć? Noc nie należy do rozmownych. Nie mam pojęcia, jak Piorun z nią wytrzymał tyle czasu. Posłuchaj mnie, Ptak. Wiem, że będziesz czuł się winny, dopóki nie zostaniesz za to ukarany, bo jesteś aż takim idiotą, ale nie przepraszaj mnie więcej, dobra? Siedzimy w tym razem, nam obu oberwie się od generałów.

Właśnie w tym momencie w szybę zastukał dziobem biały ptak. Pułkownik wpuścił go do środka. Aleks nie mógł powiedzieć, że ucieszył się na widok Szrona, ale na pewno był mu wdzięczny za przerwanie tej krępującej rozmowy.






Noc przyglądała się spokojnie dwóm oficerom. Obrońca Ludzi i Zielony Ptak zjawili się w jej gabinecie z samego rana, a teraz stali obok siebie przed jej biurkiem. Byli zdenerwowani, to dobrze. W takim stanie przeciętnej osobie trudniej zataić prawdę. Byli przygnębieni, wnioskując z wykrzywionych ust i opuszczonego wzroku.  Nie zwiesili głów – stali na baczność wyprostowani dzięki resztkom dumy. Generał skrzyżowała spojrzenia z Gronostajem, który opierał się o jej krzesło. Skinął jej głową.

- Obrońco Ludzi, oczekuję pełnego sprawozdania ze zdarzeń, które miały miejsce wczorajszego wieczoru.

Chłopak zerknął na albinosa i popatrzył jej ostrożnie w oczy.

- Dobrze.

Uniosła ponaglająco brew.

- Teraz?

Skinęła głową. Potarmosił sobie włosy i przestąpił z nogi na nogę. Znów zerknął na Gronostaja.

- Czy obecność generała Sił Specjalnych ci przeszkadza, chłopcze?

Skrzywił się.

- O ile zachowa komentarze dla siebie to nie. Pani generał.

Zmroziła go spojrzeniem.

- Pomagam Ptakowi trenować pełne uwolnienie. – Pułkownik skinął głową na potwierdzenie jego słów. Aleks urwał, niezdecydowany.

- Dlaczego udaliście się poza obręb miasta zamiast skorzystać ze stadionu Sił Specjalnych?

Chłopak znów potarmosił sobie włosy i zerknął na przyjaciela.

- Pani generał – odezwał się Ptak. – Manifestacją mojego miecza jest wiatr. Nie jestem pewien, na jak dużym obszarze miałoby to wpływ na pogodę. Poza tym… - Urwał mimo zachęcającego spojrzenia Obrońcy, zbyt dumny, by się przyznać, że nie do końca panuje nad własną bronią.

Aleks nie zdziwił się, że Gronostaj wstawił się za pułkownikiem.

- Trening poza miastem nie jest zakazany, Biała Nocy. Dozwolone jest też opuszczanie terenu koszarów po służbie, o ile nie kłóci się to z obowiązkami – powiedział w miarę spokojnie albinos. W miarę. Jego intensywne spojrzenie zdradzało, że naprawdę zależało mu, by kandydat na  adiutanta wyszedł z tego z czystym kontem.

Noc skinęła głową.

- Jak doszło do postrzału? – indagowała.

- W czasie sparringu Ptak mnie drasnął. – Aleks mówił coraz ciszej.  – Nie zauważyliśmy tego, rana zagoiła się od razu, jak zwykle. Myślę, że energia demona mogła się na chwilę pojawić…

Aleks urwał znowu, zerkając na Gronostaja. Albinos poczerwieniał na twarzy. W pomieszczeniu zapanował półmrok.

- Obrońco Ludzi, mam rozumieć, że używasz demona do byle treningu?

- Na oskarżenia przyjdzie czas później – uspokoiła generała Noc. – Kontynuuj, chłopcze.

- Pojawił się patrol, wzięli mnie za demona, oberwałem w płuco, tyle – zakończył z kwaśną miną.

- Obrońco Ludzi – zaczął powoli Gronostaj. – Skoro skorzystałeś z usług swojego ukochanego demona, by leczyć byle zadraśnięcie, z pewnością obyłoby się też bez wizyty w szpitalu.

- Zatamował krwawienie, ale kula utkwiła w ranie – odpowiedział ponuro chłopak. – I nie kocham go. Panie generale.

- A jednak pod jego wpływem prowadzisz innych na śmierć.

Aleks zamarł. Gronostaj się mylił, ale nadal… Bluszcz. Cięcie na wylot od barku. Płonące oczy, druga ręka zaciśnięta na przedramieniu chłopaka. I słup energii, kiedy puste ciało rozsypało się w proch i pył. Bluszcz. Jedyny, który chciał go uczyć jak zwykłego dzieciaka, a nie traktował go jak wybrańca. Który życzliwie poświęcał mu swój czas.

Aleks półprzytomnie zauważył, jak Gronostaj okrąża biurko Nocy i narzuca płaszcz, który dotąd trzymał w ręku.

- Konsekwencje wobec patrolu wyciągnę zgodnie z kodeksem, znajdzie się dużo precedensów – rzucił w stronę Nocy. – Obrońcę zostawiam tobie i twojej przysiędze. Pójdę, zanim znowu ulegnie demonowi.

Aleks stał jak wryty, dopóki drzwi się nie zatrzasnęły za generałem. Noc oparła łokcie na biurku i splotła palce. Milczała przez dłuższą chwilę, po czym powiedziała:

- W przeciwieństwie do generała Gronostaja nie będę kierować się emocjami w osądzie, jednak nie oznacza to, że nie poniesiesz konsekwencji za…

- Uwolnienie demona w czasie treningu – wszedł jej w słowo. – Nie uwolniłem go. Po prostu wykorzystałem nieco jego mocy. Panuję nad nim! – Jego rozpaczliwy ton temu przeczył.

- Doprawdy.

- Pani generał. – Podszedł do biurka i oparł ręce na blacie, nachylając się do niej. – Chcesz wiedzieć, co by się stało, gdybym go uwolnił? Ptak zginąłby pierwszy, patrol zaraz potem. Demon walczy rękoma i pazurami. Znaleźlibyście ich umierających z powyrywanymi kończynami i wyprutymi wnętrznościami. Jeśli któryś generał spróbowałby go powstrzymać, skończyłby tak samo. Dlatego przysięgam ci, przysięgam!, nie pozwolę mu choćby drgnąć bez mojego pozwolenia. Nie mogę się go pozbyć, nie ginąc przy tym samemu. On nie chce mojej śmierci, martwy na nic mu się nie przydam. Dlatego mnie leczy, a ja mu pozwalam, bo zrobię wszystko, by ochronić moich bliskich. Wszystko, rozumiesz?! Zniżę się do korzystania z jego mocy w tym jednym wypadku, bo osłabiony fizycznie będę bardziej podatny na jego ataki. Zrobię wszystko, by ochronić rodzinę i przyjaciół przed każdym zagrożeniem, w tym przed sobą samym, przed tym demonem.

Ptak potrząsnął nim za ramię. Chłopak zamknął oczy, oddychając głęboko, i odwrócił się na pięcie. Na miękkich nogach ruszył w stronę wyjścia.

- Stój – poleciła Noc.

Zatrzymał się na niespełna sekundę i wyszedł bez słowa.



Ptak nie wiedział, jak powinien się zachować. Chciał dogonić przyjaciela, pójść za nim, upewnić się, że nie wyrządzi sobie żadnej krzywdy, ale nie miał pojęcia, co mógłby mu powiedzieć.  Chłopak znacznie pogorszył swoją sytuację, ale Ptak widział, że słowa Gronostaja naprawdę go zabolały. Nie miał pojęcia, co się stało, kiedy zginął Szmaragdowy Bluszcz, a każde nieuważne słowo mogło pogorszyć sprawę. Poza tym Biała Noc nie pozwoliła mu odejść.

- Usiądź, pułkowniku.

Bez wahania spełnił rozkaz, próbując opanować mętlik w głowie.

- Jak dużą krzywdę wyrządził ci Obrońca Ludzi pod wpływem demona? – Nie martwiła się o niego, chciała tylko poznać fakty.

- Żadnej, pani generał. Jeśli pani pozwoli, uzupełnię jego sprawozdanie – zaproponował z ciężkim sercem. Skinęła głową.

Opisał treściwie zdarzenia od momentu opuszczenia Czerwonego Miasta, przyglądając się kobiecie. Domyślał się, że rzeczowy raport bardziej przypadnie jej do gustu niż chaotyczne wypowiedzi Obrońcy, co może ją nieco udobruchać. Zadała mu kilka pytań dotyczących okolicy i innych szczegółów, które nieumyślnie przemilczał. Odpowiadał, niczego nie tając. Przy niej żadne wybiegi nie miały sensu. Jednak kiedy usłyszał ostatnie pytanie, zawahał się.

- Pani generał, jego więź z demonem jest czymś, o czym nie powinienem mówić – odpowiedział szeptem.

- Doprawdy.

- Adiutant Obrońca Ludzi nie rozmawiał ze mną na ten temat i chociaż z obserwacji jestem w stanie wiele wywnioskować, nie powinienem o tym mówić, na wypadek gdyby on sobie tego nie życzył.

- W przeciwieństwie do niego odebrałeś formalną edukację również w teorii energii, duszy i miecza. Opisz tę więź, którą miałeś okazję zaobserwować – powtórzyła uparcie.

Pułkownik westchnął. W końcu to był rozkaz.

- Energia demona jest bardzo skutecznie zagłuszona energią adiutanta Obrońcy, do tego stopnia, że jestem w stanie ją wyczuć tylko, kiedy demon leczy jego rany.

- Ile razy byłeś świadkiem uwolnienia miecza Obrońcy?

Z ulgą przyjął zmianę tematu.

- Kilka… naście, pani generał.

- Jak opiszesz jego manifestację?

Ptak zacisnął palce na podłokietnikach.

- Z pewnością jest niematerialna. Umożliwia mu osiąganie niewiarygodnej prędkości bez Rozmycia, unoszenie się w powietrzu przez zgromadzenie cząsteczek energetycznych pod stopami, poza tym kilka razy spowodował potężną falę surowej energii, łamiącą drzewa i wyrywającą głazy z ziemi. Powiedziałbym, że jego manifestacją jest czysta energia, pani generał.

Ptak słyszał, jak absurdalnie to brzmi. Przymknął oczy, starając się uspokoić.

- Obrońca nigdy nie wykorzystałby demona do samej walki, a tym bardziej treningu – oświadczył z całym przekonaniem, na jakie go było stać.

- Twierdzisz, że to nie miało miejsca w czasie jego walki z Krukiem, pułkowniku?

- Nie byłem świadkiem tej walki, ale nie wierzę, by Obrońca posunął się do czegoś takiego. Pamiętam, że wyczułem energię jego demona, chwilowo silniejszą od jego własnej, ale nadal nie sądzę, by to miało miejsce.

- Dlaczego nie?

- Obrońca nie zrobiłby tego.

- Jakie jest prawdopodobieństwo tego, że śmierć adiutanta Bluszcza miała związek z energią demona, którą wyczułeś?

- Nie wiem, pani generał. Obrońca jest niesamowicie silny i oddany chronieniu innych. Podejrzewam, że adiutant Bluszcz mógł spróbować udzielić mu pomocy w czasie walki i zginąć z ręki Kruka.

- Co sądzisz o słowach, które tu wypowiedział?

Ptakowi zaschło w gardle.

- Pani generał, nie mam pojęcia, jakie zdarzenia przypomniał mu generał Gronostaj i nie chcę nastawać na jego prywatność, jeśli pani pozwoli, że tak to ujmę.  Obrońca był pod wpływem bardzo silnych emocji.

- W takich sytuacjach ludzie najczęściej mówią szczerze, pułkowniku.

- Z całym szacunkiem, pani generał, zdarza im się też wyolbrzymiać fakty lub być nieobiektywnymi.

Przełknął ślinę. Nie powinien dyskutować z Białą Nocą. Tym bardziej nie powinien jej wytykać potencjalnego błędu, ale robiło mu się słabo na myśl o tym, jak beznamiętnie ta kobieta podchodziła do spraw, które inni uznawali za piekielną tragikomedię. Ptak sam się zastanawiał, co Obrońca miał na myśli, ale miał złe przeczucie, że nie chciał poznać całej prawdy.

Ku jego zdziwieniu, generał bez cienia irytacji oświadczyła:

- Wezmę to pod uwagę.

Pułkownik poderwał głowę i popatrzył w jej szare jak stal oczy. Natychmiast odwrócił wzrok, zmieszany.

- Pani generał, w jego imieniu chciałbym przeprosić panią za ten wybuch. Mogę poręczyć za lojalność Obrońcy Ludzi i brak jakichkolwiek złych intencji z jego strony.

- Pułkowniku, to nie jest twoja rola. – Przez chwilę przyglądała mu się przenikliwie. – Zapewniam cię, że zgodnie z prawem popartym precedensami Obrońca nie zasłużył na surowszą karę niż grzywna za złamanie rozkazu i brak szacunku wobec przełożonego. Obawiam się, że sytuacja, w której oficer miałby podobną więź z demonem, nigdy dotąd nie zaistniała, a nawet nie została przewidziana przez prawa.

- Dziękuję, pani generał – powiedział z ulgą.

Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że nie zrozumiała, za co jest jej wdzięczny, ale jej twarz natychmiast zastygła w pozbawioną emocji maskę.

- Możesz odejść, pułkowniku.

Wstał i zasalutował. Wyszedł, łudząc się nadzieją, że znajdzie Obrońcę w przyległym gabinecie, jednak chłopaka tam nie było. Oparł się o ścianę, by ochłonąć.

~*~


Kolejny rozdział: 23

Sep. 9th, 2012

avatar swan

Powojenność, rozdział 21

~21~

Zgodnie z tradycją generał poinformował Zielonego Ptaka o awansie tydzień przed uroczystością. Taką okazję bez dwóch zdań trzeba było uczcić. Niedźwiedź i Jaskółka byli nieosiągalni, a  Kocimiętka nadrabiała zaległe obowiązki pod czujnym okiem Gronostaja, więc w kameralnym gronie trzech najbliższych przyjaciół  Ptak zaproponował wyjście do dość odległej od koszarów Lotnych i Sił Specjalnych, ale bardzo przez nich lubianej „Srebrnej Jagody”. Był to lokal nastawiony na przeciętnych młodszych oficerów i chorążych, dość cichy, co nie do końca odpowiadało członkom Ciężkiej Piechoty, więc przyjaciele skorzystali z okazji.

Aleks nieco się zdziwił na widok drzwi z dużymi szybami i lśniącą złoto klamką, które otworzył im szczupły mężczyzna we fraku. W przestronnym hallu odebrano od nich wierzchnie okrycia. Aleks zauważył, że jego bury, zwykły płaszcz dość mizernie wygląda choćby przy eleganckiej pelerynie Półksiężyca. Poprowadzono ich do dużej Sali zastawionej okrągłymi stolikami. Nie było tam tłoku, ale dało się zauważyć, że restauracja nie może narzekać na brak klientów. Wśród zebranych niewielu było Strażników, przeważali młodzi Wojownicy o energicznych ruchach, jakie trudno zaobserwować u starszych, doświadczonych oficerów. Między szarymi mundurami dało się zaobserwować letnie sukienki towarzyszących im dam. Oczy wszystkich zwrócone były na scenę, gdzie pięć dziewcząt w zwiewnych strojach kończyło właśnie skoczny taniec. Tancerki stanęły w równym rzędzie i dygnęły jednocześnie, dziękując za oklaski.

Kelner poprowadził przyjaciół do stolika na uboczu, częściowo skrytego za rośliną o dużych ciemnozielonych liściach. Aleks nie skomentował tego wyboru. Wiedział, że zwłaszcza Piorun i Ptak wolą pozostawać incognito, tęskniąc za beztroską, jaką odebrały im wysokie stopnie. Chłopak usiadł obok pułkownika, plecami do ściany, z zaciekawieniem obserwując salę.

Tancerki znikły ze sceny i pomieszczenie wypełniła cicha muzyka, nieprzeszkadzająca w rozmowach. Kelner podszedł do ich stolika i przyjął zamówienie – wino i lekka ciepła kolacja złożona z ryb i półmięsnych dań. Aleks jak najbardziej aprobował ten wybór. Czując na sobie badawcze spojrzenie Półksiężyca, uśmiechnął się lekko.

Kelner wkrótce podszedł do ich stolika z tacą z kieliszkami i karafką białego wina i zatrzymał się niezdecydowany. Półksiężyc skinął na niego ręką, więc podszedł do kapitana, postawił przed nim kieliszek i nalazł odrobinę trunku. Półksiężyc z aprobatą skinął głową i poprosił, by kelner nalał wszystkim. Kiedy ten odszedł, Strażnik wzniósł pierwszy toast.

- Za Ptaka.

- Za Ptaka – powtórzyli zgodnie Aleks i Piorun.

Wino nie było cierpkie, ale chłopak wyraźnie czuł gorzki smak alkoholu. Skrzywił się lekko, zły na siebie, że tak trudno było się do tego przyzwyczaić.

- Nie za mocne? – spytał z niepokojem Półksiężyc.

- Nie, w porządku.  – Machnął ręką. Jeszcze bardziej irytowała go zbyteczna troska.

Półksiężyc zaczął więc rozwodzić się nad osiągnięciami Ptaka. Zażenowany, pułkownik przerwał mu wesoło:

- Przestań, jeszcze zastosuję się do twoich sugestii i spocznę na laurach.

- Masz do tego pełne prawo. Zasłużyłeś na parę tygodni wytchnienia – odparł Strażnik.

- Generał nie da mi urlopu od razu po awansie…

- Nie mówię o urlopie. Od paru miesięcy nie istnieje dla ciebie nic poza służbą i treningami.

- Księżyc ma rację – zauważył ostrożnie Aleks.

Ptak wyraźnie się stropił.

- Obrońco, jeśli nie masz ochoty tego kontynuować… - zawiesił znacząco głos.

- Nie! Chodziło mi tylko o to, że... umm…  - Aleks nie bardzo wiedział, jak to ująć, by nie urazić przyjaciela.

- Zresztą my również możemy z tobą trenować – wtrącił się Piorun, za co chłopak był mu wdzięczny.

- Nie ma mowy! – odparł natychmiast Ptak.

- Dlaczego? – Generał wyraźnie się zdziwił.

Pułkownik zerknął prosząco na Aleksa. Chłopak westchnął w myślach. Nie mógł powiedzieć wprost, że Ptak wciąż nie jest w stanie hamować swoich ciosów na tyle, by nie zranić przeciwnika, a z drugiej strony nie chciał przypominać wszystkim o Bezimiennym. Jednak nie było innego wyjścia… Krzywiąc się, mruknął cicho.

- Piorunie, jakby ci to powiedzieć… W twojej głowie nie siedzi demon, który w ekspresowym tempie będzie leczyć każde draśnięcie, o które w czasie tych treningów naprawdę nie trudno.

- Już o tym dyskutowaliśmy – dorzucił Ptak. – Nie chcę ryzykować.

Piorun odwrócił wzrok, nie odpowiadając.

- Wiesz, że nie powinieneś używać demona do treningów? – zauważył cicho Półksiężyc.

Aleks pokiwał głową.

- Wiem, ale nie zaszkodzi, jeśli nauczę się nad nim panować w czasie walki, nie?

- To prawda, tylko uważajcie z tym.

- Jasne.

Znów zapanowała cisza. To miał być radosny wieczór, mieli świętować awans Ptaka, nie siedzieć nad kieliszkami, ponurzy i zdenerwowani. Chłopak poczuł, że jeśli zaraz się nie odezwie, ta niezręczna cisza przerodzi się w kłótnie z byle powodu. W dodatku już dawno miał przyjaciołom powiedzieć o ojcu, a sytuacja temu sprzyjała – póki co wolał to ukryć przed Jaskółką i Kocimiętką. Na wszelki wypadek.

- Przy okazji, skoro jesteśmy tu bez Ciężkiej Piechoty i Kocimiętki – zaczął ostrożnie. – Kojarzycie tę sprawę z zaginięciem generała Jesiona?

- Śmiercią, chciałeś powiedzieć – poprawił go Piorun.

- Nie. On nie zginął. Stracił miecz, zwiał na Ziemię i żył tam długo i szczęśliwie – oświadczył niezbyt wesoło chłopak.

- Skąd możesz to wiedzieć? – zainteresował się Ptak.

- Powiedział mi. – Aleks wyjął z kieszeni zawinięte w list guziki. – I dał mi to.

Piorun założył ręce na piersi, patrząc na niego sceptycznie. Księżyc odważył się sięgnąć po paczuszkę i  zaczął ostrożnie rozwijać papier. W międzyczasie Ptak spytał:

- Kiedy z nim rozmawiałeś?

- Ze dwa tygodnie temu, nie, więcej.

- I nie powiedziałeś nam od razu? – Ptak był zdziwiony, może lekko zawiedziony, ale nie urażony. Aleks odetchnął z ulgą w myślach.

- Musiałem to jakoś potwierdzić, jego poczucie humoru bywa wnerwiające, a mi samemu trudno było uwierzyć. Zresztą, nie chciałem póki co mówić tego Niedźwiedziowi i Jaskółce, a nie było okazji, byśmy się zebrali we czwórkę. – Pułkownik pokiwał głową. – Właśnie, Ptak, ty znałeś Jesiona?

Zanim odpowiedział, wtrącił się Półksiężyc.

- Mógłbym to przeczytać? – Podniósł wymiętą kartkę i odłożył na bok niezaprzeczalnie generalskie guziki.

- Jasne. Więc? – Chłopak znów zwrócił się do Ptaka.

- Kiedy odszedł, byłem jeszcze kapitanem, dostałem pułk po generale Gronostaju. Nie znałem generała Jesiona osobiście, tylko…

- Obrońco, jak mam rozumieć to „syneczku”?

Półksiężyc, kiedy nie chciał pokazać, że coś mu się wymyka z rąk, przybierał stanowczą minę i surowy ton głosu, zupełnie jak jego siostra. Aleks uznał, że to bardzo łatwo było rozgryźć.

- To może ja opowiem po kolei? – zaproponował.

Zrelacjonował całe podchody, w jakie grał z ojcem. Kiedy opisał swoją ostatnią wizytę w domu, urwał. Nie był pewien, czy powinien im mówić o rozmowie z Nocą. Od dylematu jak zwykle wybawił go Księżyc.

- Moja siostra o tym wie?

Aleks przesunął wzrokiem po twarzach przyjaciół. Piorun patrzył na niego krytycznie, jakby oceniając, czy to nie jest żart. Jego małomówność tego wieczoru trochę Aleksa niepokoiła, ale łatwo dało się ją wytłumaczyć problemami z kadrą. Ptak miał minę, jakby kompletnie zabrakło mu słów. Patrzył na Aleksa z szeroko otwartymi oczyma i uchylonymi ustami, spięty i gotowy w każdej chwili zakwestionować jego słowa. Aleks skrzywił się w myślach. Takie żarty bynajmniej nie były w jego stylu, przyjaciel powinien o tym wiedzieć.

- Obrońco? Mam nadzieję, że nie mówiłeś o tym mojej siostrze? – Półksiężyc przypomniał o swoim pytaniu.

- Domyślała się od dawna. – Odpowiedział cicho, na wszelki wypadek rozglądając się po sali.

Mina Księżyca była aż nazbyt wymowna. Aleks machnął ręką.

- Mówiła, że jej to nie przeszkadza.

- Obrońco. – Księżyc popatrzył na niego poważnie. – Drobna rada. Nie ufaj wszystkiemu, co ci powie. Na wszelki wypadek.

Aleks popatrzył na niego dziwnie. Przecież doskonale o tym wiedział i wcale mu się nie podobał sposób, w jaki Noc się do niego zwracała, jakby nic nie było dla niej nowością. Irytowało go, że się w to wtrąciła, ale z czasem się z tym pogodził. Z drugiej strony Półksiężyc mówił o swojej siostrze, chłopak nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego…

- I tak by się dowiedziała wcześniej czy później. Chwila… wy nie jesteście zaskoczeni?

Piorun uniósł brwi, jakby chciał powiedzieć „kto niby nie jest?”, ale Półksiężyc i Ptak nie zaprzeczyli. Co więcej, pułkownik odwrócił wzrok i powiedział cicho:

- Mówiłem ci już, że moc twojego miecza bardzo przypomina jego. Nie przeczę, że ta historia jest bardzo… oryginalna, ale jeszcze mniej prawdopodobne jest to, by twoja moc była dziełem przypadku. Zdolności Wojownika są dziedziczne.

Księżyc pokiwał głową. Aleks poczochrał sobie włosy i mruknął.

- W każdym razie, teraz przynajmniej wiecie.

Ptak uśmiechnął się i klepnął go w ramię, po czym wzniósł kolejny toast. Rozmowa potoczyła się nieco raźniej, choć nie dało się nie zauważyć, że Piorun wciąż jest markotny. Półksiężyc  z niepokojem obserwował generała, pochylonego ponuro nad kuflem. Wymienił spojrzenia z Obrońcą i zapytał:

- Coś nie tak?

Młody generał skrzywił się nieznacznie.

- Ty, Obrońco Ludzi – zwrócił się do chłopaka.

Aleks i Księżyc ponownie wymienili spojrzenia.

- Rozwiń – poprosił chłopak.

Piorun był wystarczająco pijany, by to zrobić.

- Wydaje ci się, że nie popełniasz błędów. Uważasz się za geniusza. Naucz się, że nie powinieneś pouczać innych w sprawach, o których nie masz pojęcia.

- O czym ty mówisz?

- Już nie pamiętasz, jak mi radziłeś w sprawie moich oficerów? „Odmów im,” powiedziałeś, „tego właśnie chcą.” Spróbowałem z nimi porozmawiać. I co? Dwaj kapitanowie bali się słowem odezwać, a porucznik była tak spanikowana, że wybuchła płaczem.

- Masz rację, Piorunie – odpowiedział spokojnie Aleks, choć ręce zaczynały mu drżeć. Gorycz przyjaciela była prawie wyczuwalna. – Nie znam się na dowodzeniu, ale za to znam się na ludziach. Naprawdę sądzisz, że Zdrajca pozwoliłby tej dziewczynie się wypłakać?

- Nie znasz się na dowodzeniu, dlatego poszedłem z tym do pani generał, nie do ciebie, ale ty oczywiście musiałeś się wtrącić.

Półksiężyc zerknął ostrożnie na Obrońcę.

- Mógłbym wiedzieć, o czym mówicie?

Aleks streścił mu rozmowę sprzed dwóch tygodni i dodał:

- Piorun poszedł do złej osoby.

- Uważasz się za lepszego? – prychnął generał.

- Nie. Ale Noc w życiu by ci dobrze nie doradziła w takich sprawach. Nie widzisz, jak bardzo brzydzi się emocjami?

Piorun już otworzył usta, by odpowiedzieć, ale zerknął na Półksiężyca i to go powstrzymało. Oczy Strażnika lśniły niezbyt dobrze skrywanym gniewem.

- Co masz na myśli, Obrońco Ludzi?

- Pomoże Piorunowi, bo wdzięczność generała jej się przyda, ale szeregowym nie potrafi nawet współczuć! Ona jest świetnym dowódcą, bo zna wszystkie prawa i się w nich nie gubi, jest genialnym strategiem, bo nie ma skrupułów, ale kompletnie nie radzi sobie z emocjami innych. Do licha, czasami wątpię, czy sama cokolwiek czuje. Nie rozumiem, jak możecie iść do niej po radę w takiej sprawie. Ocknijcie się. Możecie ją uwielbiać, ale ona nadal będzie nieczułą socjopatką!

Aleks nie spodziewał się, że ten drobny, spokojny chłopak go uderzy. To było do Półksiężyca niepodobne. On był dyplomatą, walczył słowem, nie brutalną siłą. A jednak cios był na tyle mocny, że Aleks prawie spadł z ławy. Nie odpowiedział na atak, tylko rozmasował sobie żuchwę.

- Przepraszam – to już było bardziej w stylu Strażnika. – Zasłużyłeś na to, Obrońco Ludzi. Nigdy więcej nie waż się mówić źle o mojej siostrze, tym bardziej pod jej nieobecność.

- Ale to była prawda! – oburzył się chłopak.

- To nie ma znaczenia.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Aleks pierwszy ustąpił.

- Zrozumiałem.

Nie ruszył się, dopóki Półksiężyc, zgarbiony i wyraźnie smutny nie wyszedł z sali. Wkrótce potem Piorun pożegnał się oszczędnie i odszedł, pozostawiając Ptaka i Obrońcę samych.

Aleks popatrzył smętnie na przyjaciela.

- Nie tak wyobrażałem sobie świętowanie twojego awansu – powiedział przepraszająco.

Ptak machnął ręką, ale nie odpowiedział.

Czerwone Miasto nocą wyglądało prawie że przytulnie. Gazowe lampy nie dawały zbyt wiele światła, ale ich ciepły blask czynił półmrok miękkim i przyjaznym. Księżyc bliski pełni co chwilę wyglądał zza chmur, a drzewa szumiały cicho. Aleks wbił ręce w kieszenie płaszcza. Wiatr wciąż bywał chłodny.

Ptak podniósł głowę i rozejrzał się czujnie.

- Co jest? – Aleks zerknął na niego kątem oka.

- Nic. Późno już, za pół godziny zgaszą latarnie.

Chłopak pokiwał głową, patrząc jak Ptak kopie jakiś kamyk po bruku. Pułkownik przez cały wieczór był mrukliwy. Aleks w karczmie nie zwracał na to uwagi, przysłuchując się Piorunowi i Półksiężycowi, ale teraz miał okazję wypytać przyjaciela o powód jego przygnębienia.

- Pytałem o ciebie. Dlaczego nie masz nastroju.

- Ostatnia misja. Generał uznał, że powinienem od czasu do czasu wyruszyć w teren. We Wschodnim Księstwie pojawił się Wojownik, który nie panował nad swoim mieczem, przez co był coraz bardziej wściekły, przez co coraz bardziej tracił kontrolę. Dywizja Obronna nie dawała sobie z nim rady, więc posłali Siły, żeby go spacyfikować.

- W jakim sensie spacyfikować? – spytał Aleks, zanim ugryzł się w język.

- Usunąć. – Widząc minę chłopaka, zapewnił go natychmiast. – To naprawdę rutynowe działania. Tacy Wojownicy stanowią zbyt wielkie niebezpieczeństwo dla cywili, przyciągają demony, a nawet sami potrafią wpaść w szał i wyrządzić sporo szkód. Nie zachowują się jak cywilizowani ludzie. Lepiej jest odesłać ich na Drugi Świat, by za kilkadziesiąt lat odrodzili się tutaj z oby większym szczęściem.

- Ptak. Jak możesz o tym mówić w ten sposób?

- Nie. Próbowałem z nim rozmawiać. Zawsze próbujemy. Pokaz sił przeważnie trochę ostudza ich zapędy, więc można spróbować ich przekonać, by dołączyli do armii. Czasami musimy ich wystraszyć. Tym razem się nie udało, Wojownik mnie zaatakował. Próbowałem go rozbroić, ale… wciąż nie panuję nad własnym mieczem wystarczająco dobrze. Może i by nie zginął, gdyby nie odmówił pomocy Uzdrowicieli, nie wiem. Cholera! – Z rozmachem przyłożył dłoń do czoła.

- Nigdy wcześniej nie słyszałem o takich problemach.

Ptak uśmiechnął się smutno.

- Uroki Sił Specjalnych. Lotni to rycerze na białych koniach, to Skrzydlaci w srebrnych zbrojach. My jesteśmy od brudnej roboty.

- Ptak…

- W porządku. Przywykłem. To rutyna. Tylko pozostawia niesmak i tyle.

Jakiś czas szli w milczeniu. Aleks czuł, że musi coś powiedzieć, by odciągnąć myśli pułkownika od tej sprawy. Zaczął mówić o pierwszym, co mu przyszło do głowy.

- Martwię się o Pioruna. Wiem, że jest na mnie wkurzony i nie mogę zbyt wiele zrobić, ale chciałbym.

- Wierzę. Ale on musi sobie poradzić. To dopiero początek.

- Co masz na myśli?

Ptak wzruszył ramionami. Znów zapanowała cisza. Ulice pustoszały coraz bardziej i Aleks pożałował, że poszli nieco okrężną drogą. Robiło się coraz bardziej ponuro, mimo ciepłego blasku ulicznych latarni. Ptak wbił ręce w kieszenie i zaczął kopać przed sobą kamień.

- Obrońco, w jakiej sprawie poprosiłbyś mnie o radę? – odezwał się nagle.

Pytanie zaskoczyło chłopaka. Poprawił płaszcz, by zyskać na czasie.

- O coś związanego z armią, ale nadal dość osobistego. Znasz się na tym i podchodzisz do tego poważniej niż Piorun. Z kolei Półksiężyc czy Noc są zbyt formalni.

- I zaufałbyś mojej radzie?

- Ptak, dlaczego o to pytasz?

Pułkownik odwrócił wzrok.

- Rozmawiałem niedawno z Kryształem. Nie mów o tym Piorunowi, Kryształ zbiera się na odwagę, by samemu z nim porozmawiać. Chce…

Urwał, cofając się i sięgając pod kurtkę po nóż. Aleks odwrócił się, podążając za jego spojrzeniem.

W ich stronę biegła kobieta. Dziewczyna, z wyglądu może piętnastoletnia, jak Gosia. Na widok Wojowników przystanęła, niezdecydowana, i obejrzała się przez ramię. Z zaułka, z którego wypadła, wynurzyło się dwóch mężczyzn. Przerażona dziewczyna rzuciła się pędem w stronę Aleksa i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Mój drogi! Tak się stęskniłam. – W jej głosie słychać było histerię. – Nie spodziewałam się, zgubiłam drogę i…

Aleks zerknął na goniących ich mężczyzn i objął ją ostrożnie, odwzajemniając uścisk. Dziewczyna drżała. Przez dość cienki materiał sukienki chłopak poczuł, że, pomijając strach, była też zmarznięta.

- Ćśś… - szepnął jej wprost do ucha i powiedział głośno, by goniący ją mężczyźni to usłyszeli. – Już dobrze, nic ci nie grozi. Chodź, odprowadzimy cię do domu.

Dziewczyna odwróciła się, odsuwając się nieco od niego, i popatrzyła, jak niedoszli napastnicy się oddalają. Westchnęła tak głęboko, jakby miała zemdleć. Na wszelki wypadek Aleks przytrzymał ją za łokieć. Dziewczyna spróbowała opuścić ręce, którymi się osłaniała, ale trafiła na rękojeść miecza ukrytego pod płaszczem. Ze strachem podniosła wzrok na chłopaka. Uśmiechnął się przyjaźnie, ale jej spojrzenie już opadło na gwiazdki na guzikach. Usta jej zadrżały, jakby próbowała coś powiedzieć. Jej oczy znów rozszerzyły się ze strachu. Jedną ręką wciąż macała rękojeść miecza, jakby niedowierzała. Nogi się pod nią ugięły.

Aleks przeklinał siebie, że tak niewiele było trzeba, by wzbudzić w nim litość. Dziewczyna przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy, pobladła, wciąż rozdygotana i przerażona. Chłopak ściągnął z ramion płaszcz, by ją nim okryć. Jej wzrok przesunął się po skrzydełkach na pagonach, wreszcie po jego mundurze w pełnej krasie. Szarpnęła się w tył z piskliwym okrzykiem.

- Żołnierze – wykrztusiła. – Nie, proszę…

Aleks nie próbował jej powstrzymać. Chciała rzucić się biegiem, ale wpadła wprost na Ptaka. Dostrzegając kolejny mundur, cofnęła się, padając do tyłu. Spróbowała się odczołgać, zaplątując się we własny fartuch. Strach jakby odebrał jej siły. Kiedy Aleks przyklęknął przed nią, wyciągając do niej rękę, zamarła w bezruchu, wstrzymując oddech.

Chłopak westchnął.

- Znasz ją, Obrońco? – spytał Ptak, przyglądając im się z góry.

Aleks pokręcił głową i zwrócił się do niej.

- Chodź, już nic ci nie grozi. Odprowadzimy cię do domu.

Wciąż nie reagowała.

- Nazwała cię… - zaczął Ptak.

- Żeby zmylić tamtych.

W oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Aleks pociągnął ją za rękę do pozycji siedzącej. Miała bardzo zimną dłoń. Podciągnęła kolana pod brodę i zasłoniła się rękoma. Chłopak okrył ją płaszczem i zerknął na Ptaka, dając mu znać, by milczał. Pułkownik skinął poważnie głową i rozejrzał się.

- Tam jest skwer – zasugerował, wskazując kierunek.

Aleks pokręcił głową i zwrócił się do dziewczyny.

- Dasz radę iść?

Pomógł jej wstać. Pociągnęła nosem i jedną ręką otarła łzy, drugą przytrzymując płaszcz. Zerknęła na Wojowników ze strachem. Kiedy się odezwała, jej głos był cichy i wciąż się łamał.

- Nie wiem, jak mam wam dziękować. Gdyby nie wy, panie…

- To nic takiego. – Aleks uśmiechnął się życzliwie. – Gdzie mieszkasz? Odprowadzimy cię do domu.

Dziewczyna cofnęła się o pół kroku. Aleks poczuł, że jej nieufność wzrosła.

- To naprawdę niekonieczne, panie, nie musicie.

- Nie wybaczyłbym sobie, jeśli po tym wszystkim coś by się stało.

- Radzę ci przyjąć propozycję – wtrącił się Ptak, śledząc wzrokiem zgarbiony cień, przemykający pod ścianami. – Latarnie wkrótce zgasną.

Dziewczyna pokiwała głową i ruszyła przed siebie, oglądając się na Wojowników. Poszli za nią, po obu jej stronach. Skuliła się pod płaszczem Aleksa.

- Co robiłaś poza domem tak późno? – spytał chłopak.

- Pracuję w karczmie, w kuchni.

- To ciężka praca dla tak młodej dziewczyny – zauważył ostrożnie. Chciał przeciągnąć rozmowę, by dziewczyna uspokoiła się nieco.

Wzruszyła ramionami.

- Inaczej nie zarobię pieniędzy, by utrzymać matkę. Ma niedowład nóg, moja siostra spędza dnie razem z nią w domu, szyją i haftują, a ona potem to sprzedaje… - Urwała, jakby zawstydzona swoją otwartością.

- Mów dalej – zachęcił ją chłopak.

Pokręciła głową. Co chwila zerkała na mundury.

- Nie wiem, jak mogłabym wam podziękować za pomoc – powtórzyła.

- W porządku. Niczego nie chcemy w zamian, to nic takiego.

Opuściła głowę, wtulając policzek w płaszcz.

- Wybaczcie mi, że tak bezceremonialnie na was wpadłam i sprawiłam wam kłopot. Przepraszam was… - mamrotała coraz szybciej.

- Dziewczyno, uspokój się. – Aleks stanął przed nią i położył jej ręce na ramionach. – To nic nie szkodzi. Zachowałaś się bardzo dzielnie. To było naprawdę sprytne, co zrobiłaś.

Zarumieniła się. Znów miała łzy w oczach.

- Tak się bałam…

- Ale przezwyciężyłaś strach, to się liczy.

- Znasz tamtych mężczyzn? – wtrącił się Ptak.

Pokręciła głową.

- Wyszli z karczmy tuż po mnie, musieli być klientami. Dogonili mnie i spróbowali złapać, ale chwycili za chustę, więc się wyrwałam. Tak bardzo wam dziękuję…

Kilkanaście kroków przeszli w milczeniu. To dziewczyna pierwsza je przerwała.

- Panowie naprawdę jesteście wojskowymi? – Pytanie było bardzo ciche, jakby wstydziła się swojej śmiałości.

Ptak skinął głową, obserwując jej reakcje. Skuliła się pod płaszczem. Nie ciągnęła tematu.

- Uczęszczałaś do szkoły dla dziewcząt, prawda? – spytał. Przytaknęła. – I z takim wykształceniem nie znalazłaś lepszej pracy?

- Nigdy nie skończyłam szkoły, panie. Póki mój ojciec służył w prywatnych oddziałach, jego żołd starczał na moje czesne i na utrzymanie, w dodatku matka mogła wtedy chodzić, ale ojciec zginął, matka pracowała w karczmie, nami zajmował się wuj, który twierdził, że wykształcenie pannie nie przystoi. Kiedy urodziła się moja siostra, to nas zostawił, twierdząc, że nie będzie płacił za dziecko jakiegoś Wojownika, którego imienia matka nie poznała. – Dziewczyna urwała, patrząc na niego z przestrachem.

- To dlatego tak się nas bałaś? – spytał łagodnie Aleks. Ze wstydem pokiwała głową.

- Przepraszam was.

- Nie przepraszaj. I nie dziękuj.

Skręcili w boczną uliczkę w prawo, potem w lewo. Dziewczyna zatrzymała się przed niepozorną bramą.

- Tu mieszkam. Dziękuję wam.

Zsunęła z ramion płaszcz i z ociąganiem oddała go Aleksowi. Kiedy go założył, dziewczyna pochyliła się i pocałowała jego dłonie. Zaskoczony, cofnął się, ledwo go puściła. Chciał odpowiedzieć coś uspokajającego, ale po prostu zabrakło mu słów.

Ptak, niewzruszony, przyglądał im się spod przymrużonych powiek.

- W której karczmie pracujesz?

Dziewczyna odskoczyła, zaskoczona. Wpadłaby na Aleksa, gdyby Ptak jej nie przytrzymał za rękę. Znów zerwał się zimny wiatr.

- Pod Srokatą Szkapą – odpowiedziała. – To nie jest drogi lokal, zbyt skromny jak dla panów oficerów.

- To nic. – Aleks odetchnął głębiej. – Może kiedyś tam wpadniemy. Dobranoc. Uważaj na siebie na przyszłość.

- Będę, panie.

Już się odwrócili, kiedy zawołała za nimi:

- Proszę, wasze imiona?

Aleks zerknął na Ptaka. Ten pokręcił głową.

- Obrońca Ludzi – odpowiedział chłopak za siebie.

Pokłoniła się szybko i znikła w bramie. Wojownicy ruszyli w swoją stronę. Ptak wyglądał na jeszcze bardziej ponurego. Aleks przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, zanim odważył się spytać:

- Znów złamałem jakąś niepisaną zasadę, pomagając jej?

- Nie. – Pułkownik zgarbił się. – Ale radzę ci na przyszłość unikać takich sytuacji.

- To co, miałem pozwolić tamtym facetom ją dorwać?

- Takie rzeczy się zdarzają. Nie ocalisz wszystkich, Obrońco. W czym ta dziewczyna była lepsza od innych potrzebujących?

Aleks zmarszczył buntowniczo czoło.

- Pomogę tym, którym mogę pomóc. Nie potrafię przejść obojętnie, kiedy widzę coś takiego.

- Z całym szacunkiem, Obrońco Ludzi, jesteś naiwny.

- I co z tego? Dobrze mi z tym. Pomoc innym nic nie kosztuje…

Urwał, kiedy Ptak wyjął z kieszeni sakiewkę. Jego sakiewkę. Pułkownik potrząsnął nią, by to potwierdzić.

- Doprawdy, nic nie kosztuje. Tylko kilkanaście srebrników, za które wyżywiłaby rodzinę przez ponad miesiąc.

Aleks przeszukał kieszenie. To rzeczywiście była jego sakiewka.

- Jak…?

- Nie jestem pewien, w którym momencie ci ją gwizdnęła. Odciąłem ją spod jej fartucha już pod bramą. Będziesz musiał znaleźć nowe troczki, przepraszam.

- Skąd wiedziałeś? – Wciąż przeszukiwał kieszenie.

Ptak popatrzył na niego pobłażliwie.

- Wychowałem się na ulicach Miasta Światła. Pierwszy raz zabiłem człowieka, mając kilkanaście lat. To był jednonogi żebrak, który podliczał, co uzbierał w ciągu dnia. Złapał mnie, kiedy próbowałem to zabrać, i zaczął dusić. Był za silny w rękach, bym mógł mu się wywinąć, na szczęście miałem nóż i dałem radę dosięgnąć do jego gardła. Zabiłem go dla siedemnastu miedziaków. – Uśmiechnął się smutno, oddając chłopakowi sakiewkę. – W tobie historia tej dziewczyny  wzbudziła litość. Ja jej zazdroszczę.

Aleks zacisnął dłonie w pięści.

- Ptak, przecież wiesz… - zaczął nieswoim głosem. – Gdybym tam był, cholera, gdybym mógł cofnąć się w czasie i cię tam odnaleźć, gdyby to tylko było możliwe, zrobiłbym coś. Cokolwiek, by było inaczej.

Ptak przystanął i popatrzył mu prosto w oczy.

- Zrobiłbyś coś – powtórzył z wyraźnym podziwem. – Tak, wiem o tym, Obrońco – oświadczył poważnie.

Latarnie zgasły.



~*~

Aug. 1st, 2012

avatar swan

Powojenność, rozdział 20

Przeżyłyśmy Srebrną Górę, uratowałyśmy świat, teraz czas na wskrzeszenie Powojenności.


~20~
Piorun długo się wahał, czy powinien pytać Białą Noc o radę. Wciąż uznawał ją za kogoś w rodzaju mentora, a już na pewno za dowódcę i bardzo cenił jej zdanie, jednak wiedział doskonale, że nie należała do osób, które pozwalają na użalanie się. Problem, z którym chciał się do niej udać, dotyczył tylko i wyłącznie Lekkiej Piechoty. Mógł pójść do chociażby Jaśmina, który chętniej by go wysłuchał, jednak przeczuwał, że stary generał nie pomoże mu w ogarnięciu wszystkiego za pomocą jasnych argumentów. Tak więc padło na Białą Noc.
- Pani generał, chciałbym poprosić panią o radę – powiedział, zamykając za sobą drzwi jej gabinetu. Przelotnie dostrzegł pokrzepiający uśmiech Obrońcy Ludzi z sąsiedniego pomieszczenia.
Noc oparła łokcie na blacie i splotła palce. Piorun zerknął w bok.
- W jakiej sprawie?
- Wielu z moich oficerów chce zrezygnować ze służby, to znaczy, pójść na długotrwałe zwolnienia. Wszyscy mają do tego prawo, odsłużyli swoje, ale nie chcę stracić połowy kadry. 
- Czego ode mnie oczekujesz?
- Jak mogę im odmówić? Co w ogóle pani radzi mi zrobić?
Mężczyznę coraz bardziej denerwowało to, że nie mógł niczego wyczytać z jej miny.
- Decyzja należy do nich, Szklany Piorunie, nie powinieneś ich przekonywać – powiedziała powoli Noc. – Możesz natomiast odmówić ich podaniom pod pretekstem konieczności utrzymania minimalnej kadry, przynajmniej do czasu naboru absolwentów Akademii. To raczej dość oczywiste rozwiązanie.
- Piechota to zgrana dywizja, nawet bez generała radzili sobie świetnie. Jeśli odejdą, to przepadnie, zresztą nie mogę dać żółtodziobom dowództwa.
- To nie jest wystarczający powód, Piorunie. Chorążowie po czterech latach doskonalących mają odpowiednie wykształcenie, by zostać młodszymi oficerami. 
- Pani generał, mam na myśli pięciu pułkowników i siedmiu adiutantów pułkowników. Wszystkich poza Deszczowym Szkiełkiem, która nawet o tym nie myślała, ponieważ nie ma pułkownika. Jak mogę im odmówić?
- Nie widzę powodu, by to robić. Nie ma różnicy między niedoświadczonym dowódcą a takim, który nie radzi sobie z odpowiedzialnością.
- Pani generał, oni chcą, by im odmówić! – dobiegł ich zza drzwi głos jej adiutanta.
Piorun spiął się, wiedząc, że przyjaciela czeka surowa nagana. Noc zmarszczyła brwi. 
- Dobre wychowanie nie zezwala na podsłuchiwanie cudzych rozmów, chłopcze.
Aleks stanął w drzwiach z plikiem papierów w rękach.
- Dlatego się przyznaję, że i tak wszystko słyszałem. Oni chcą, żeby im odmówić – powtórzył.
- Z czego wyciągasz tak absurdalny wniosek?
Aleks załamałby ręce, gdyby nie groziło to upuszczeniem dokumentów. Podszedł do biurka i swobodnie oparł się o krawędź.
- Bo oni stracili wiarę w siebie i uważają, że są nic niewarci. Jeśli ich generał pozwoli im odejść, tylko się w tym utwierdzą. Jeśli odmówi, pokaże im, że są do czegoś potrzebni i chce ich zatrzymać.
- Chcesz powiedzieć, że testują własnego dowódcę?
- Tak. Może nie do końca świadomie, ale tak.
- To niedopuszczalne.
- Oni są zbyt zdesperowani, by się tym przejmować. 
- Rozwiń.
- Niedawno zamieniłem kilka słów z którymś bodajże kapitanem z Piechoty. Bał się mnie. Bał się popatrzeć mi w oczy, odezwać się głośniej niż szeptem czy wyrazić własne zdanie. On praktycznie nie miał własnego zdania. Nie chciał pełnić dalej służby. Nie wiem, co Zdrajca naopowiadał tym ludziom, ale naprawdę ich skrzywdził.
- Jeśli nie radzą sobie z odpowiedzialnością, powinni zostać usunięci z kadry – powtórzyła Noc.
Obrońca popatrzył na nią wymownie.
- Pani generał – odezwał się Piorun. – Zgadzam się z panią, ale nie mam kogo awansować na ich stanowiska. Nie mogę się zgodzić na zwolnienia.
- Za sześć tygodni zakończy się rok akademicki. Do tego czasu masz obowiązek wybrać kandydatów na członków twojej dywizji, w tym na oficerów. Ufam, że nie będzie problemu z oddaleniem obecnych oficerów, kiedy nowi zostaną przyjęci. Poza tym w innych dywizjach z łatwością znajdziesz oficerów, którzy zasłużyli na awans, i sugeruję, byś zwrócił na nich uwagę. Doprawdy, nie widzę tu żadnego problemu.
Nie widzisz, tak? Aleks zacisnął zęby, powstrzymując się od komentarza. 
- Sądziłem, że podchorążych po trzecim roku doskonalącym przyjmuje się na dwumiesięczny okres próbny – powiedział ostrożnie Piorun. – Co potem?
- Wiesz, ilu kandydatów w zeszłym roku przyjął generał Zwierciadło Prawdy?
Piorun skrzywił się. 
- Nie mam pojęcia. Wiele papierów po Zdrajcy tak czy inaczej przepadło.
Noc uniosła sceptycznie brew.
- Dlaczego do tej pory tego nie zgłosiłeś?
- Najważniejsze dokumenty są. Jest mnóstwo papierów z dziwnymi zapiskami. W archiwum znalazłem teczkę, która wygląda na profile podchorążych, ale nie sposób się doczytać, którzy z nich zostali przyjęci, pomijając już to, ilu po wojnie zechce dołączyć. Pracujemy nad tym, pani generał.
- Co nazywasz dziwnymi zapiskami?
- Niezrozumiały dla mnie alfabet, pani generał.
Skinęła głową.
- Chcę je zobaczyć. Przypominam ci też, że sześć tygodni to wbrew pozorom niedużo czasu.
- Tak jest.
- Tego nie będzie gdzieś w archiwach Akademii? – spytał Aleks.
Piorun pokręcił głową. 
- Nie mam pojęcia. Nawet o tym nie pomyślałem.
Chłopak popatrzył na przyjaciela ze współczuciem. Zastanawiał się, kiedy obowiązki zaczną go przerastać, i chyba właśnie to nastąpiło.
- Piorunie – odezwała się Noc. – Spośród podchorążych, którzy nie otrzymali w zeszłym roku stażu, Lotni i Siły Specjalne mają zwyczaj wybierać sobie podoficerów. Choć teoretycznie mamy do tego pierwszeństwo przed Lekką Piechotą, w tej sytuacji jest dobry powód, by pierwszeństwa ci ustąpić. Czy to cię satysfakcjonuje?
- Jak najbardziej, pani generał!
Piorun już się zbierał, by wstać, kiedy Aleks się odezwał:
- Zaczekaj. Zanim podpiszesz zgodę na te zwolnienia, porozmawiaj z tymi ludźmi i dowiedz się, dlaczego tak naprawdę chcą odejść, co? Może ich przekonasz.
- Nie mogę ich na siłę przekonywać.
- Nie na siłę. Po prostu pogadaj z nimi. Dowiedz się, którzy naprawdę chcą odejść, a którzy wciąż mają nadzieję na coś. Cokolwiek.
Piorun westchnął.
- Wolę nie próbować. 
- Dlaczego? Co ci szkodzi? Nawet ja rozumiem, że doświadczeni oficerowie więcej znaczą od nieopierzonych absolwentów Akademii. Młodym szeregowi nie zaufają, a ich morale też jest bardzo marne.
- Obrońco, Zdrajca tak robił. Nie chcę się do niego upodabniać.
Aleks odchylił się do tyłu, jakby te słowa go uderzyły.
- Ty nigdy nie będziesz do niego podobny! Mówiłem, żebyś porozmawiał z nim jako ty, w swoim stylu – wyjaśnił ostrożnie.
- A może ty to zrobisz, co?
- Dlaczego? – szczerze się zdziwił. – Przecież to ty jesteś ich dowódcą, oni potrzebują ciebie, ja im nie jestem w stanie pomóc.
- Najwyraźniej chcesz, żebym porozmawiał z nimi w twoim stylu. Nie jestem tobą, Obrońco Ludzi, nie potrafię pociągnąć za sobą tłumów.
- Wierzę, że by ci się udało, gdybyś spróbował. A jeśli przekonasz tylko kilku, to i tak więcej niż nic. – Tyle że pozostałych skrzywdzisz jeszcze bardziej. 
- A jeśli zrażą się na samą myśl o rozmowie z dowódcą? Wiesz, przez co przeszli? Kryształ mi mówił.
Aleks odwrócił wzrok.
- Obrońca przedstawił logiczne argumenty – odezwała się Noc.
- Pani generał, ryzykuję ich zdrowie psychiczne, czego nie mogę sobie wybaczyć. Już teraz boją się własnego cienia – stwierdził ostrożnie Piorun.
- Ci, którzy nie zmienią decyzji, i tak powinni odejść, gdyż dadzą dowód, że nie nadają się na piastowane stanowiska. Odnoszę wrażenie, że sprawa jest warta ryzyka, gdyż żołnierze chętniej podążą za rozkazami dowódców, których znają od lat. Nie powinieneś zaprzątać sobie myśli tymi pierwszymi.
- Zgadza się, pani generał. Zrobię, co w mojej mocy. Jutro przyślę zapiski Zdrajcy.
Piorun pożegnał się i wyszedł. Aleks powiódł za nim smętnym wzrokiem. Kiedy zerknął na Noc, ta przyglądała się mu, marszcząc lekko brwi.
- Pani generał, czasami jesteś zbyt surowa – stwierdził lekko. – Ci ludzie potrzebują wsparcia, nie można ich tak po prostu wyrzucić.
- Nie powinieneś krytykować osób bardziej doświadczonych od ciebie, chłopcze. Służba wojskowa nie pozwala na sentymenty. 
- I nic cię nie obchodzi, że starzy, doświadczeni oficerowie odejdą z wojska?
- Boleję nad tym, że środki włożone w ich wyszkolenie pójdą na marne.
Aleks stanął naprzeciwko niej i pochylił się, opierając ręce na blacie.
- To są ludzie, Noc! Nie możesz ich traktować jak bydła. Każdy Wojownik to myśląca, czująca osoba!
- Obrońco Ludzi, nie życzę sobie więcej słyszeć tego tonu. – Temperatura w pomieszczeniu spadła. Opanował się. 
- Przepraszam.
- Nie życzę sobie również, byś mnie więcej przepraszał.
- Co?
Noc popatrzyła na niego wzrokiem zarezerwowanym dla najpaskudniejszych karaluchów.
- Postępuj tak, bym nie musiała więcej słuchać twoich przeprosin.
Chłopak westchnął. Wracając do swojego biurka, obiecał sobie, że więcej nie będzie się wtrącał.
Aleks się nudził. Noc często zostawiała go w biurze, sama znikając na różne spotkania. Tym razem chyba zbierali się wszyscy pułkownicy Lotnych, jak co dwa tygodnie. Chłopak już dawno się w tym pogubił i był wdzięczny pani generał, że na początku każdego tygodnia przygotowywała dla niego rozpiskę wszystkich zebrań, za którymi szczerze nie przepadał. Robota papierkowa mogła być żmudna, ale z pewnością przyjemniejsza.
Księgowość załatwił poprzedniego dnia, teraz zajmował się raportami przesyłanymi przez pozostałe dywizje. Póki co nic nie zwróciło jego uwagi. Powoli zaczynał się irytować. To prawda, że ataki przerośniętych demonów ustały, odkąd otrzymano pozwolenia na użycie blokad, ale przecież musiało się dziać coś jeszcze. Od jakiegoś czasu dostawali suche, schematyczne i kompletnie nieciekawe świstki.  Z drugiej strony pamiętał, jak obszerne raporty kazała mu pisać Noc po akcjach, w których brał udział. Teraz przeglądał okrojone przez archiwistów notki. To z pewnością oszczędzało czas; czytanie stronicowych opisów zajęłoby wieki, a tak wystarczyło mu rzucić okiem na liczbę demonów, miejsce akcji i uwagi.  Uwagi bywały ciekawe. Czasem dotyczyły sprzętu i protokołów, te najwyraźniej były zawarte w oryginalnych raportach. Inne były na nie odpowiedzią lub uszczypliwym komentarzem dodanym przez archiwistów. Chorążowie tam pracujący musieli się piekielnie nudzić.
Aleks nie rozumiał, dlaczego musiał to przeglądać. Owszem, Noc twierdziła, że potrzebuje pełnego obrazu sytuacji, by móc decydować o optymalnych posunięciach w najbliższej przyszłości, w końcu to należało do jej obowiązków jako naczelnego stratega. Jak chce, to niech ma, ale w takim razie sama powinna się tym zająć, a nie kazać chłopakowi streszczać to jeszcze bardziej. Ciągle miał wrażenie, że umyka mu coś ważnego, czego ona może potrzebować. 
Skończył plik otrzymany od Lekkiej Piechoty, najokazalszy ze wszystkich, i zaczął grzebać w szufladach w poszukiwaniu pieczęci i laku. Powinien to odesłać z powrotem z adnotacją, że zrobiono z tego użytek.
- Panie adiutancie generała.
Zajęty pracą, nie zauważył, że do gabinetu wszedł Posłaniec. Aleks odgarnął wpadającą do oczu grzywkę i wyprostował się.
- Przepraszam, zagapiłem się. O co chodzi?
- Przesyłka dla pani generał Białej Nocy – oświadczył Posłaniec formalnie. Był całkiem młody, o krótkich włosach, które tylko podkreślały jego odstające uszy. Na guzikach kurtki lśniły czteroramienne gwiazdki kapitana. Aleksowi coś podpowiadało, że bardzo niedawno je otrzymał.
- Dobra, zostaw ją tu. – Machnął ręką w stronę stolika w kącie. – Nocy nie ma.
Posłaniec stropił się, obracając w rękach grubą paczkę, która z trudem zmieściłaby się do jego torby.
- Mam rozkaz doręczyć ją osobiście, panie adiutancie.
Aleks jeszcze raz machnął ręką w kierunku stolika i foteli, co mężczyzna zignorował.
- To zaczekaj. Noc zaraz wróci, przynajmniej powinna. – Chłopak znalazł lak i nadtopił go własną energią. Zakleił paczkę i odcisnął pieczęć Lotnych przedstawiającą stylizowanego ptaka drapieżnego. – Co to za przesyłka?
- Ma status generalski, nie mam prawa nawet o niej dyskutować.
- Co to za status?
Posłaniec popatrzył na niego z zaskoczeniem. Aleks zachęcił go wzrokiem.
- Status generalski to drugi najwyższy stopień tajności, pomijając specyficzne rozkazy. Sprowadza się do tego, że to przesyłka od generała do generała i nikt inny nie ma prawa naruszyć pieczęci. Do tego dochodzą drobne szczegóły, jak dostarczenie do rąk własnych i potwierdzenie dostarczenia u nadawcy.
- Nieźle. To jak wygląda ten najtajniejszy?
Mężczyzna uśmiechnął się.
- Status marszałkowski, każdy Posłaniec marzy o dostarczeniu takiej. Znam protokół: dostaje się torbę zawierającą przesyłkę i kilka innych przedmiotów, by utrudnić określenie kształtu i ciężaru. Nie można się kontaktować z nikim do momentu dostarczenia przesyłki do adresata, bez świadków, a po wykonaniu zadania nie można o nim nigdy wspominać.
- Co się tak przesyła? – zdziwił się chłopak.
- Nie wiemy, nie mamy prawa wiedzieć. Ale, panie adiutancie, to zawsze oznacza ciekawe czasy.
Aleks wyszczerzył zęby, przyglądając się przesyłce, którą Posłaniec oparł na jego biurku. Na pieczęci widniały dwa skrzyżowane miecze, oznaczające Lekką Piechotę.
- Mówiłeś, że masz pokwitować dostarczenie, więc wrócisz do Szklanego Pioruna, tak? – Posłaniec spiął się, otwierając szeroko oczy ze strachu. Nerwowo szukał w minie starszego oficera… czego? Dopiero po chwili Aleks przypomniał sobie, że mężczyzna przecież tak bardzo się starał nie wymienić imienia nadawcy. – Nie przejmuj się, Noc mi mówiła, że przyjdzie ta przesyłka, zresztą widzę pieczęć. – Posłaniec nerwowo odwrócił paczkę, by zakryć nieszczęsny symbol. Chłopak westchnął. – Chciałem tylko spytać, czy możesz przy okazji wziąć te raporty do archiwum Lekkiej Piechoty, nic więcej – powiedział na swoje usprawiedliwienie.
Posłaniec odetchnął z ulgą.
- Z przyjemnością, panie adiutancie. Przesyłka sztabowa?
- Tak. To nie będzie problemem?
- Żadnym.
Posłaniec schował plik dokumentów do torby, po czym zaczął przeglądać jej zawartość. Aleks ogarnął nieco bałagan na biurku. Kiedy zza drzwi dobiegły ich stłumione głosy, Posłaniec wyprostował się i chwycił przesyłkę, po czym zaczął obracać ją nerwowo w rękach. Aleks również wstał, pamiętając, co Noc mówiła o dawaniu przykładu osobom młodszym stopniem.
Generał weszła w towarzystwie Bursztynowego Płomienia, wyraźnie zajęta dyskusją. Na widok Posłańca dała pułkownikowi znak, by poczekał. Kapitan stanął przed nią i zasalutował.
- Przesyłka dla pani generał Białej Nocy – oświadczył formalnie, choć jego głos drżał lekko.
- Status? – spytała, przyjmując paczkę.
- Generalski.
Ledwo rzuciła okiem na pieczęć, zwróciła się do pułkownika.
- Płomieniu, czy masz zaplanowane zajęcia na najbliższe dwie godziny?
Mężczyzna zmierzył wzrokiem paczkę.
- Nie jest to nic niecierpiącego zwłoki, pani generał.
- Bardzo dobrze, zaczekaj w moim gabinecie.
Pułkownik zasalutował i spełnił rozkaz jak maszyna. Posłaniec również pożegnał się i zniknął za drzwiami. Aleks odgarnął włosy z czoła.
- To ta przesyłka od Pioruna? – Noc zmarszczyła brwi. – Posłaniec wyjaśnił mi status, ale nic poza tym.
- Zgodnie z protokołem, o czym powinieneś wiedzieć.
- Tak, więc? To to?
- To nie powinno cię interesować.
- Sama mówiłaś, żebym poznał twoje obowiązki równie dobrze jak swoje. Jeśli to są te notatki Zdrajcy, to po co te wszystkie zabezpieczenia?
- Być może posłużą za dowody przeciwko niemu.
- A. Jasne. – Rzeczywiście mógł się domyślić. – To powodzenia, pani generał.
Już miała się odwrócić, kiedy wyraźnie coś sobie przypomniała.
- Przy okazji chciałabym ci przypomnieć, że o ile zasady dotyczące munduru nie są zbyt surowe, to istnieje bezwzględny nakaz utrzymania takiej fryzury, by włosy nie wpadały do oczu i ust.
- To znaczy, że co?
Zmrużyła groźnie oczy, jakby chciała powiedzieć „domyśl się”.
- Możesz ściąć włosy lub je spiąć czy związać. Masz wolny wybór.
Przewrócił oczami, czego już nie dostrzegła. 
Noc weszła do gabinetu i zasunęła za sobą drzwi. Pułkownik siedział przed jej biurkiem, opierając brodę na dłoni. Kobieta usiadła naprzeciwko niego i położyła przesyłkę na blacie, po czym na jego oczach złamała pieczęć. Płomień uniósł brwi w uprzejmym zdziwieniu.
- Generał Szklany Piorun przesłał notatki Zdrajcy, których nie był w stanie odczytać. Podejrzewam, że są zapisane Królewskim Pismem.
Płomień sięgnął po pierwszy dokument i rzucił na niego okiem. Zmrużył oczy i zacisnął usta, ale poza tym nie pokazał po sobie niczego.
- Pani podejrzenia są słuszne. Czego pani ode mnie oczekuje? – To pytanie nie brzmiało służalczo czy uprzejmie, wręcz przeciwnie. Noc już dawno zauważyła, że Płomień nie potrzebował starać się o uznanie; każdy nowy członek dywizji mimowolnie okazywał mu respekt. Nawet impertynencki Obrońca Ludzi zwracał się do niego z szacunkiem, jakiego nie okazywał Nocy. Kobieta naprawdę chciałaby wiedzieć, skąd to się bierze, ale nie potrafiła znaleźć żadnego logicznego wytłumaczenia. Bursztynowy Płomień nie potrzebował widowiskowych bitew czy mocy swojego miecza, by to osiągnąć.
- Chcę poznać ich treść – oświadczyła, przesuwając palcem po krawędzi pliku notatek.
- To niemożliwe – odpowiedział po prostu Płomień.
- Chcę, żebyś je odczytał – sprecyzowała.
- Przykro mi, ale nie zrobię tego.
Patrzył jej spokojnie w oczy, jak osoba jej równa, a nie jej podkomendny. To ją irytowało.
- Potrafisz to?
- Oczywiście. Jednak ty, Biała Nocy, nie masz prawa poznać tajemnicy Królewskiego Pisma.
- Nie wymagam, byś zdradził mi jego tajemnicę.
- Moja odpowiedź nadal brzmi tak samo. 
Powstrzymała się przed skrzywieniem ust. Nie chciała powoływać się na przysięgę wojskową, którą mężczyzna złożył, ale nie dał jej wyboru.
- Pułkowniku, przypominam ci o twoim stopniu. 
Oczy Płomienia zabłysły groźnie. Noc, coraz bardziej świadoma swojej porażki, obserwowała, jak jego źrenice rozświetla wewnętrzny blask podobny do odległej błyskawicy pośród burzowych chmur. Kątem oka dostrzegła huczące płomienie, niedające jednak światła ani ciepła, pochłaniające całe otoczenie. Gabinet powoli przestawał istnieć, pozostawała tylko burza i pożar. Noc zamknęła oczy i odetchnęła głęboko, by uspokoić oddech.
- Przysiągłeś posłuszeństwo swoim dowódcom – przypomniała, nie patrząc Płomieniowi w oczy. W uszach wciąż dudniło jej echo gromów.
Kartka trzymana przez pułkownika stanęła w płomieniach. Noc szarpnęła się do tyłu, odruchowo oceniając ryzyko, że ogień przejdzie na inne dokumenty.
- Ty, kobieto, swoim urodzeniem przysięgłaś posłuszeństwo prawu ustanowionemu przez Króla. Żądasz, bym złamał to prawo i zbezcześcił pismo, którym tylko Król i jego potomkowie mogą się posługiwać. Twoich przodków mogły z Królem łączyć więzy przyjaźni, lecz nawet oni nie domagali się tego. Ty, dziecko, żądasz, bym zdradził ci tę tajemnicę?
Noc zwiesiła głowę na piersi, uznając swoją przegraną. Nie było sensu próbować wyjaśnić jej interpretacji prawa, gdyż Płomień nie ustąpiłby jej w żadnym wypadku, skoro powołał się na swoje pochodzenie. Jego głos wciąż huczał jej w głowie. Wystrzegaj się burzy, Panienko, ostrzegał ją Gwiezdny Blask, lecz nigdy nie pomyślała, że zdoła tę burzę wywołać. Płomień nigdy dotąd nie okazał jej zdenerwowania, nawet gdy popełniała błędy. Raczej w spokojnej dyskusji starał się wyjaśnić jej swój punkt widzenia, wciąż traktując ją jak dowódcę, więc założyła, że ten schemat nie ulegnie zmianie. Myliła się. Mogła tylko liczyć na to, że Bursztynowy Płomień, królewski wnuk, który porzucił tytuł i o którym historia zapomniała, nie zmieni przez to swojego nastawienia do niej w przyszłości. Strata tak doskonale wykwalifikowanego pułkownika byłaby niepowetowana. Nie, to nie opłacałoby się żadnemu z nich. 
Kiedy uznała, że iluzje przeminęły na dobre, podniosła wzrok na jego twarz. Jego oczy nadal lśniły ostrzegawczo, ale poza tym wydawał się spokojny. Noc odezwała się z westchnieniem:
- Proszę o wybaczenie, zapomniałam się. 
Płomień zmrużył oczy. Noc popatrzyła na niego pytająco, nie wiedząc, czego jeszcze może od niej oczekiwać. Musiał wiedzieć, o czym pomyślała, bo powiedział:
- Jak rozumiem, wymaganie od pani szczerości nawet po odniesionej przez panią porażce to…
Urwał, kiedy drzwi rozsunęły się gwałtownie.
- Co tu, do jasnej cholery, się dzieje?!
Obrońca stał w progu, gotowy w każdej chwili dobyć miecza. Kryształowy Słowik, który stał tuż za nim, położył mu rękę na ramieniu w uspokajającym geście.
Noc popatrzyła na nich z oburzeniem. Kątem oka dostrzegła, jak płomienie znikają z kartki trzymanej przez pułkownika, a on sam przybiera minę wyrażającą uprzejme zdziwienie. 
- Słyszałem coś jakby grzmoty – wyjaśnił Aleks. – Wasze miecze nie powodują burzy. Poza tym wasza energia się rozszalała. Pan Słowik twierdzi, że to było czuć w Ptaszarni.
- To nie usprawiedliwia twojego bezczelnego zachowania – powiedziała surowo Noc, marszcząc brwi. – Nie życzę sobie, by to się powtórzyło.
- To co, jak zostaniesz zaatakowana przez jakiegoś zmutowanego demona, też mam się nie wtrącać?!
Aleks poczuł, jak lodowaty wiatr rozwiewa mu włosy. Skrzywił się, kiedy grzywka wpadła mu do oczu. Zanim Noc odpowiedziała, odezwał się Płomień. 
- Mocą mojego miecza nie są płomienie same w sobie, lecz iluzje oddziałujące na wszystkie zmysły. Uważam, że jako mój dowódca powinien pan o tym wiedzieć. Proszę przy tym, by zachował pan to w tajemnicy. Wojownicy  z reguły obawiają się tych, którzy potrafią wpływać na ich umysły.
- Oczywiście, nikomu nie powiem. – Poczochrał sobie włosy. Już się trochę uspokoił. – Wiedziałem, że z pana ogniem było coś nie tak.
- Co konkretnie? – Aleks odniósł wrażenie, że po raz pierwszy Płomień nie pytał z czystej uprzejmości. 
- To trudno określić. Może trochę chodzi o to, że napór płomieni nigdy nie jest tak równomierny, a pana są nieco zbyt perfekcyjne.
- Mógłbym spytać, jakie ma pan doświadczenie w tej kwestii?
Aleks popatrzył na niego z wahaniem. 
- Kiedyś wyciągnąłem dzieciaka z płonącego budynku w czasie jednej z tych akcji na północy.
- Proszę zaspokoić moją ciekawość: jak uniknął pan oparzeń?
- Otoczyłem się własną energią. Przez nią czułem napór ognia.
- Z całym szacunkiem, ale czy to nie wymaga naprawdę dużej ilości energii?
- Ogromnej. Dlatego nie wydaje mi się, by ktoś inny był takim idiotą, by próbować to zrobić. – Znów poczochrał sobie włosy. – Sądziłem, że to się panu przyda, nie chciałem… umm…
- Oczywiście. Dziękuję panu za rady. Zdziwiło mnie, że nie wydawał się pan zaskoczony.
- No, nie bardzo. Pan Słowik mi powiedział o swoim mieczu. To u was rodzinne?
- Można tak powiedzieć. 
Noc odchrząknęła. Aleks odwrócił się, ale zobaczył, że to było skierowane do Słowika, nie do nich. Młodszy brat odłożył na biurko notatki, które przeglądał.
- Nadal mnie ciekawi, co wywołało burzę – powiedział lekko.
- Mieliśmy drobne nieporozumienie – odparła Noc, patrząc mu prosto w oczy.
Obrońca przewrócił oczami, podchodząc do jej biurka.
- Tyle wiemy, ale o co wam poszło?
Kobieta zmarszczyła brwi.
- To nie powinno cię interesować, adiutancie.
Chłopak wzruszył ramionami i podniósł pierwszą z brzegu kartkę. Słowik stanął tuż za nim.
- Jak generał Szklany Piorun mógł wejść w posiadanie tych notatek? – spytał Noc. – Uprzejmie panią proszę o odpowiedź.
Aleks odgarnął z czoła włosy. Lodowaty wiatr poderwał z biurka leżące luzem papiery i rozsypał je po podłodze. Obaj adiutanci przycupnęli, by je pozbierać. Chłopak w międzyczasie zdążył przyjrzeć się zapiskom. Na niektórych pojawiały się imiona, które potrafił odczytać, ale zdecydowanie większa część była niezrozumiała. Pismo używane w Zaświatach potrafił odczytać intuicyjnie – podstaw nauczył go ojciec w ramach zabawy, poza tym znaczenie uproszczonych rysunków dało się odgadnąć, a z abstrakcyjnymi symbolami zapoznał go Szmaragdowy Bluszcz. To pismo było inne. Patrząc na nie, Aleks mimowolnie odczuwał niepowiązane, bezsensowne emocje. To było męczące, ale nie potrafił oderwać wzroku od kartki.
Słowik łagodnie wyjął mu ją z rąk i dołożył do pliku, który trzymał.
- Co to za pismo? – spytał chłopak, otrząsając się.
- Zakazane.
Aleks zmarszczył brwi, ale Słowik już się odwrócił. Chłopak z westchnieniem dźwignął się na nogi.
- Adiutancie. – Niechętnie zwrócił się do Nocy. – Skoro upewniłeś się, że żadne wyimaginowane niebezpieczeństwo mi nie grozi, może zechciałbyś opuścić mój gabinet?
Uniósł ręce w obronnym geście. Ton Nocy jeszcze nigdy nie był tak zimny.
- Nie wyżywaj się na mnie, skoro wkurzyłaś się na pana Płomienia. I nie, nie zamierzam wyjść, dopóki nie przeniesiecie się na stadion, bo inaczej ten budynek długo nie postoi.
- Adiutancie. – Noc odetchnęła głębiej. – Te sprawy bynajmniej ciebie nie dotyczą.
- Jak z tych notatek wynika, pani również nie. – Słowik położył stos kartek na biurku. – Nie powinna być pani w ich posiadaniu.
- Chcę poznać ich treść, Kryształowy Słowiku. 
- Dlaczego? – spytał zmęczonym głosem.
- Uważam, że będą stanowiły bardzo istotny dowód przeciwko Zdrajcy, kiedy dojdzie do procesu.
- Tak… - Słowik zacisnął palce na kartce, aż zbielały mu stawy. – To z pewnością byłby silny dowód, lecz pani nie może poznać ich treści.
- Sprzeciwicie się rozkazowi?
- Nie rozkaże nam pani tego. Na tyle, na ile mogę to stwierdzić, te notatki nie zawierają niczego, co mogłaby pani wykorzystać do jakiegokolwiek innego celu, poza obciążeniem Zwierciadła Prawdy. Nie tylko ze względu na Królewskie Pismo nalegam, by pani odpuściła.
- Więc co w nich jest? – spytał niecierpliwie Aleks. – Tak ogólnie. 
- Informacje. Opisy. Spisane największe lęki i pragnienia każdego oficera Lekkiej Piechoty i wielu podoficerów.
- I co to niby ma dać?
- Władzę. Znając ludzkie marzenia, łatwo jest tymi osobami manipulować, dopóki nie staną się fanatycznie oddani – powiedział Słowik bardzo smutno. – Czy mam kontynuować?
Aleks pokręcił głową, przełykając nerwowo. Oficerowie Lekkiej Piechoty. Kryształ. Deszczowe Szkiełko. Ten drań zrobił im pranie mózgu. Obrońca nareszcie zrozumiał nieuzasadnioną niechęć dziewczyny do niego. A Kryształ Górski… To było chore. Po prostu chore.
- Piorun powinien o tym wiedzieć – wykrztusił z trudem.
- Proszę pana, sądzę, że generał Piorun jest tego świadomy – powiedział łagodnie Słowik. – Nie potrzebuje namacalnych dowodów, które tylko by mu pokazały, w jak beznadziejnej sytuacji się znalazł.
- Tak. Jasne. – Aleks ucisnął skronie. Od tej rozmowy i próby odczytania pisma bolała go głowa.
- Czy to panią usatysfakcjonowało? – Słowik zwrócił się do Nocy.
- Będzie musiało – wtrącił się Płomień. – Balansujesz na granicy świętokradztwa, bracie.
Słowik skinął głową.
- Panie adiutancie. – Zaskoczony, Aleks zwrócił się do pułkownika. – Jeśli nie ma pan nic przeciwko, chciałbym zaproponować panu sparring, licząc na kilka bardziej szczegółowych rad.
- Oczywiście – wydusił chłopak
Kiedy liczył na ciekawe czasy, miał na myśli sytuacje nieco mniej skomplikowane, a nieco bardziej emocjonujące. Jak choćby ataki.
Jak na rozkaz, właśnie w tej chwili rozległ się dzwon alarmowy.
~*~

Jul. 20th, 2012

avatar swan

Powojenność, rozdział 19

~19~

Gronostaj miał w zwyczaju odwiedzać Białą Noc w każde czwartkowe popołudnie, by zagrać z nią w szachy i wypić wyśmienite wino sprowadzane przez nią z południa. Przez ostatnie dekady te spotkania stały się rutyną, którą zakłóciłby jedynie alarm generalny, i to też niełatwo. Co prawda Gronostaj wiedział, że wcześniej tego dnia Lotni zostali wysłani na północ w okolice Niebezpiecznych Wód i Noc udała się tam osobiście, by nadzorować poczynania Obrońcy Ludzi, więc humor zapewne jej nie dopisywał. Kiedy w okno zapukał kaniuk, albinos prawie się spodziewał, że w tubce zamiast tradycyjnego zaproszenia znajdzie uprzejme przeprosiny. To by było zrozumiałe. Bardzo się zdziwił, gdy odkrył, że karteczka zawierała prośbę, by w mieszkaniu kobiety pojawił się nieco wcześniej niż zwykle, oraz informację, że w spotkaniu będą uczestniczyli też Bursztynowy Płomień i Kryształowy Słowik, dowódcy pierwszego pułku Lotnych.

Gronostaj dość dobrze znał braci i darzył ich ogromnym szacunkiem. W czasie wspólnych misji przekonał się, że obaj, każdy na swój sposób, są wzorowymi, charyzmatycznymi Wojownikami, którzy umiejętnościami przewyższają niejednego generała. Wydawało się, że Biała Noc podzielała jego zdanie. Zapraszała ich razem z Gronostajem tylko, kiedy chciała omówić dość ważne sprawy, których lepiej nie powtarzać dwukrotnie. Generał przestąpił próg jej mieszkania mocno zaintrygowany.

Po bardziej formalnych niż zwykle powitaniach zasiedli we czwórkę przy stole w jadalni. Gronostaj obserwował braci ze skrywanym zainteresowaniem. Nic nie wiedział na temat ich pochodzenia, ale wydawali się doskonale obyci w towarzystwie i obeznani z etykietą. Z drugiej strony to o niczym nie świadczyło, on sam już od dawna nie przypominał tego dzieciaka z ulicy, którego spotkał Szmaragdowy Bluszcz.

Biała Noc odezwała się pierwsza.

- Na początek chciałabym zająć się sprawą natury po części służbowej. Uważam, ze dowódcy pierwszego pułku Lotnych oraz generał Sił Specjalnych powinni być poinformowani o tym, że Obrońca Ludzi jest synem byłego generała Jesiona, a co za tym idzie prawdopodobnie spadkobiercą Rodu Szóstego Drzewa.

Gronostaj milczał. Bracia też, choć nie wyglądali na tak zaskoczonych jak on. Z czystej uprzejmości czekali na kontynuację.

Jesion nie miał syna. To niemożliwe. Dziedzic z nieprawego łoża? Nie, może i generał był hulaką i nie traktował służby poważnie, ale był też do przesady honorowy i prostolinijny. Nie ukrywałby, że ma syna, tylko przyjąłby go i pewnie jeszcze wziął za żonę jego matkę. Chyba że nie wiedział…?

- Generał Jesion utracił moc przez niewyjaśnione zjawisko energetyczne i zamieszkał na Drugim Świecie – ciągnęła Biała Noc. – Tam narodził się Obrońca Ludzi i jego siostra.

Oczywiście, siostra. Wyjaśnienie kobiety wciąż brzmiało niewiarygodnie, ale Gronostaj nie miał argumentów, by upierać się przy swojej teorii. Przez szok wywołany tą wieścią wciąż czuł się nieco oszołomiony.

- Pani generał, jak rozumiem, były generał Jesion związał się z kobietą z Drugiego Świata, podczas gdy sam korzystał ze sztucznego ciała? – spytał Płomień. Noc skinęła głową. – Jakie są skutki uboczne takiego związku?

- Nieznane.

- Rozumiem. Skąd pochodzi ta informacja? – indagował pułkownik.

- Obrońca Ludzi wspomniał, że jego ojciec był Wojownikiem, poza tym jest w posiadaniu używanych guzików z ośmioramiennymi gwiazdkami, które, jak sam powiedział, otrzymał od kogoś mu przychylnego. Biorąc pod uwagę jego zdolności, wniosek nasuwa się sam.

Słowik westchnął, ściskając nasadę nosa.

- Mogę to potwierdzić, jednak nie uważam dyskusji na ten temat za właściwą, gdyż Obrońca Ludzi prawdopodobnie zechce utrzymać te informacje w sekrecie.

Noc skinęła głową.

- Nie rozpowszechniajcie ich.

- Dlaczego pani nam o tym powiedziała? – spytał młodszy brat.

- Bezpieczeństwo wewnętrzne armii znaczy o wiele więcej niż widzimisię jednostki.

- Nie da się zaprzeczyć – mruknął z rezygnacją. – Sugeruje pani, że ten chłopiec zechce zaszkodzić ludziom, których przysiągł bronić?

- Świadomie nie, a nawet jeśli spróbuje, nie powiedzie mu się. Jest za mało zorientowany w polityce.

- Też tak uważam.

- Jednakże jeśli Jarzębina dowie się o pokrewieństwie, może spróbować wywrzeć na niego wpływ.

- Prawo wytyczyło bardzo wyraźną granicę między oficerami a szlachtą – przypomniał Płomień.

- Ta kobieta nie honoruje prawa – odparła natychmiast Noc.

- Jednakże posiada swój honor i nie zechce narażać krewniaka na nieprzyjemności ze strony jego dowódcy – zripostował młodszy brat.

- Jego pochodzenie nie ma dla mnie żadnego znaczenia – zapewniła Noc. – Zależy mi wyłącznie na tym, by sumiennie wypełniał swoje obowiązki.

- Nie wątpię. – To nie brzmiało przekonująco.

- Słowiku, zdążyłam się przekonać, że ten chłopiec bynajmniej nie jest Jesionem.

Jest znacznie gorszy, dopowiedział w myślach Gronostaj. Noc posłała mu znaczące spojrzenie i wiedział, że Obrońca Ludzi znowu dokonał czegoś niewiarygodnie… idiotycznego. Zanim zdążył o to spytać, odezwał się Płomień.

- Podejrzewa pani, że Jarzębina wie o swoim pokrewieństwie z Obrońcą Ludzi?

- Nie mogę tego wykluczyć. Nie mam pewności, czy Jesion nie utrzymuje z nią kontaktu.

Słowik uśmiechnął się lekko.

- Nie sądzę, by przyjęła go z otwartymi ramionami po tym, jak stracił miecz, co dla każdego Wojownika jest hańbą.

- Dla bezpieczeństwa wolę założyć najgorszą ewentualność.

- Pani generał, rozmawiałem z Obrońcą Ludzi. Z tego, co mówił, wnioskuję, że sam przede wszystkim zechce poszukać potwierdzenia domysłów u swojego ojca. O swojej dalszej rodzinie wie zaledwie od kilku godzin, Jarzębina nie miała jeszcze szansy przekonać go do czegokolwiek. Poza tym to prosty chłopiec, nie będzie próbował wbić pani noża w plecy, zapewniam panią.

- Jaki jest na to dowód?

Słowik znów ścisnął nasadę nosa.

- Pani wie doskonale, że Obrońca Ludzi zaryzykuje życie w pani obronie. Jak mógłby jednocześnie spiskować przeciwko pani?

- Jego postępowanie jest zbyt chaotyczne, by dało się to stwierdzić z całą pewnością.

- Nie mogę się z panią zgodzić. Obrońca Ludzi kieruje się emocjami, nie rozsądkiem, to prawda, jednak przede wszystkim zależy mu na tym, by nikomu nie stała się krzywda.

- Nie da się zaprzeczyć. – Noc skrzywiła się z niechęcią.

Słowik popatrzył na nią pytająco. Gronostaj uśmiechnął się w myślach i powiedział:

- Zechciej zaspokoić moją ciekawość, czego dokonał tym razem?

Kobieta skrótowo opowiedziała o zdarzeniach po jej przybyciu na miejsce akcji. Te wieści zaskoczyły albinosa nie mniej niż poprzednie. Już samo spotkanie smoka było niesamowicie rzadkim zdarzeniem, ale zachowanie Obrońcy Ludzi… Mężczyzna parsknął cicho.

- Próbował cię bronić przed smokiem? – spytał z rozbawieniem.

- Twierdząc, że smok planuje mnie pożreć – dodała Noc.

Gronostaj zaśmiał się cicho.

- Tak przedniej historii nie słyszałem od dawna.

Spojrzenie Nocy odrobinę złagodniało. Albinos przesunął wzrokiem po twarzach braci, ale ci byli poważni, nawet Słowik, który nigdy nie ukrywał emocji.

- Pani generał. – Słowik odchrząknął. –Chcę zwrócić pani uwagę na fakt sam w sobie, że Obrońca Ludzi jest człowiekiem. Odczuwa strach i niepokój, miewa wątpliwości, martwi się o innych…

- To nadal nie usprawiedliwia jego lekkomyślności – przerwała kobieta.

- Kieruje się emocjami.

- Kryształowy Słowiku, skoro uważał smoka za niebezpieczną bestię, instynkt powinien nakazać mu ucieczkę.

- Pani tam była, pani generał. – Mężczyzna pozwolił sobie na lekki uśmiech. – Z pani słów wnioskuję, że wyglądała pani na bezbronną.

- Obrońca Ludzi doskonale wie, że tak nie jest.

- Ten chłopiec miał okazję skrzyżować miecze ze Zwierciadłem Prawdy. Nie będzie wybierał najprostszej drogi, jeśli przez to narazi innych na ryzyko. Nie będzie stał bezczynnie, kiedy inna osoba jest w niebezpieczeństwie.

- Nadal nie uważam jego postępowania za logiczne, a tym bardziej rozsądne.

- Nie kierował się rozsądkiem, lecz własną przysięgą. Pani ze wszystkich ludzi najlepiej powinna to zrozumieć.

- Przysięgą – prychnął pogardliwie Gronostaj.

- Pani generał, ten człowiek w obronie własnej siostry gotów był zmierzyć się ze wszystkimi zastępami Podziemi.

- Nic mnie z nim nie łączy.

- Uważam, że ocenia go pani zbyt surowo – stwierdził młodszy brat. – Jego zachowanie można łatwo wyjaśnić tym, że wychował się w świecie, w którym smoki żyją jedynie w baśniach.

- To nie zmienia faktu, że jego postępowanie jest nieprzewidywalne, przez co stwarza duże trudności, jeśli nie wręcz niebezpieczeństwo.

- Nie obwiniałbym o to jego.

- Wracając do poprzedniego tematu, jeśli w ten sposób zamierza mnie „bronić”, on sam może stworzyć dla mnie zagrożenie.

- Nieświadomie.

- To niczego nie zmienia.

- Może być pani pewna, że jeśliby swoim zachowaniem rozgniewał smoka na tyle, że ten zareagowałby gwałtownie, Obrońca Ludzi walczyłby z nim w pani obronie, poczuwając się do odpowiedzialności za te nieszczęśliwe wypadki. Oczywiście to jest niemożliwe, gdyż smoki są o wiele mądrzejsze od ludzi i dużo spokojniej podchodzą do wielu spraw.

- W tym wypadku mieliśmy do czynienia ze smokiem, w innym możemy nie mieć tyle szczęścia.

- Mimo to dla pani stanął naprzeciwko smoka, który według niego jest najpotworniejszą istotą, na jaką mógł się natknąć. Pani jest jego dowódcą. Siostrą jego przyjaciela. Wreszcie osobą, której bynajmniej nie życzy śmierci.

- Chcesz powiedzieć, że dla każdego zaryzykuje życie?

- Dla pani, pani generał, zaryzykuje znacznie więcej. Niech pani o tym nie zapomina, dla jego dobra.

- Jak mam rozumieć twoje słowa? – spytała, zanim skończył mówić.

- Są rzeczy, które Obrońca Ludzi ceni bardziej niż własne życie.

- Jak choćby?

- Życie innych.

- Słowiku – przerwał mu cicho Płomień. – Na dziś wystarczy wieszczenia.

- Tak, mój bracie. – Słowik pochylił lekko głowę. – Życzę pani dobrej nocy.

Gronostaj wstał, by się pożegnać z braćmi. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, Biała Noc dolała mu nieco wina. Sięgnął po kieliszek, ale kolejne pytanie kobiety sprawiło, że zamarł z ręką w powietrzu.

- Jeśli się nie mylę, jestem ci dłużna partię szachów?

Westchnął, opuszczając rękę.

- Biała Nocy, jesteś zmęczona. – Uniosła znacząco brew. – Zachowałbym się niehonorowo, wykorzystując tę nikłą przewagę.

Skinęła głową. Zanim zdążyła się odezwać, kontynuował łagodnie:

- Sugeruję, byś odpoczęła. Jutro czeka cię kolejny dzień „współpracy” z Obrońcą Ludzi.

- Gronostaju – przerwała mu niezbyt stanowczo.

- Pójdę już.

Wstał z lekkim ukłonem i bez dalszej zwłoki opuścił jej kwatery.






Aleks wiele razy zastanawiał się, kim był pan Heisui w Zaświatach, zwłaszcza dla armii. Wojownicy, zwłaszcza Strażnicy korzystali z jego usług dość często. Tworzył sztuczne ciała, zapewniał wszystko to, czego nie można było przetransportować z Zaświatów na Ziemię, a przede wszystkim wyznaczył miejsce w swoim centrum ogrodniczym, gdzie dało się otworzyć zabezpieczone przejście. To nie była pełnoprawna Brama, gdyż takich nie można było budować na Drugim Świecie, ale tak funkcjonowała.

W sobotnie popołudnie Aleks wylądował na ogrodzonym żywopłotem placyku tak, jak opuścił dowództwo Lotnych: w mundurze, długim płaszczu i z bronią u pasa. Między równymi rządkami sadzonek przechadzało się wielu klientów, a pan Heisui między nimi. Aleks pomyślał w pierwszym odruchu, że nie powinien pokazywać się obcym ludziom ubrany jak, nie przymierzając, ułan sprzed dziewięćdziesięciu lat, ale potem przypomniał sobie, że ci ludzie i tak go nie widzą, więc przemaszerował główną alejką jak gdyby nigdy nic. Kiedy mijał wysoką szczupłą dziewczynę, oglądającą rozmarzonym wzrokiem sadzonki kocimiętki, ta obejrzała się przez ramię i mruknęła coś, co zabrzmiało jak „przystojniak”. Chłopak wzdrygnął się. No tak, niektórzy mogli go zobaczyć. Na szczęście dziewczyna zaraz zwróciła się do roślin.

Chłopak poczekał na gospodarza w domu. Pan Heisui pojawił się po prawie czterdziestu minutach tylko na chwilę, by dać mu sztuczne ciało, i zaraz wrócił do klientów. Ciało było ubrane w jeansy, bluzę i znoszone trampki Aleksa i wyglądało zupełnie jak on. Chłopak przez jakiś czas po prostu na nie patrzył, nie wiedząc, co zrobić. Pan Heisui nie zostawił mu żadnych wskazówek, jak je założyć. Na szczęście Aleks pamiętał, jak to robił Półksiężyc: tak samo, jak on zakładał swoje prawdziwe, bez żadnych dodatkowych sztuczek. Warto spróbować.

Przez trzy tygodnie zdążył zapomnieć, jak to jest czuć ciężar ciała. Ciało samo w sobie było wygodne i dopasowane, rzeczywiście nie wymagało tyle energii, co utrzymanie więzi między duszą a poprzednią materialną połówką. Zadowolony, chłopak przeciągnął się, wypróbowując stawy, i wyszedł na ulicę.

Na wszelki wypadek założył kaptur i pochylił głowę. Gdyby któraś zbyt gadatliwa sąsiadka go zobaczyła, zrobiłaby się afera, o ile wcześniej kobiecina nie zeszłaby na zawał. Aleks szedł szybko, świadomy tego, jak niedoskonały jest tak prymitywny kamuflaż.

Przez trzy tygodnie niewiele się zmieniło, płytki chodnikowe pod stopami były takie same, szum silników równie monotonny. Poza tym Aleks był zły na siebie, że podskoczył, kiedy minął go rozpędzony samochód. Żeby zająć czymś ręce – i nie szukać co chwilę znajomego dotyku skóry na rękojeści – przeszukał kieszenie. Znalazł trochę drobnych i trzydzieści złotych w banknotach, swoją starą komórkę (nową oddał Goście, zresztą stara nie rozładowywała się przez tydzień) oraz odtwarzacz mp3.

Spacer do domu zajął mu prawie pół godziny, ale chłopak tego nie odczuł, przywykły do poruszania się pieszo po Czerwonym Mieście. W drzwiach powitała go Gosia, ściskając go mocno. To uczucie również było inne niż w Zaświatach – ciało tłumiło napór energii, za to sprawiało, że wyraźniej czuł dotyk i ciężar siostry. Kiedy postawił ją na ziemi, pobiegła do warsztatu, by zawołać ojca. Chłopak usiadł przy stole w kuchni, gdzie postawiono dwa nakrycia. Na kuchence gazowej stały trzy garnki z parą unoszącą się spod pokrywek. Aleks zajrzał do jednego z nich.

- Brat, umyj ręce i zaczekaj na obiad – usłyszał za plecami stanowczy głos Gośki. – Tata mówił, że wpadniesz w niedzielę.

- Dlatego wpadłem w sobotę – mruknął.

Kiedy pan Jesionowski wszedł do kuchni, Aleks przywitał się z nim dość oszczędnie. Trzy tygodnie nie były aż tak długą rozłąką, poza tym wciąż miał do niego żal za ukrywanie swojej przeszłości. Grabarz z rozmachem zasiadł na stołku i zagaił:

- No, synuś, opowiadaj.

Aleks skrzyżował ręce na piersi.

- Nie. Jesteś mi coś winien.

Mężczyzna nawet się nie skrzywił.

- Jestem, jestem, nie da się zaprzeczyć – odparł tym samym rubasznym tonem. – Pytaj, o co chcesz, tatuś ci odpowie.

- Właściwie to nie mam pytań, poza jednym.

Gosia odwróciła się od kuchenki.

- O co chodzi?

- Tata był Wojownikiem. – Pan Jesionowski skinął głową, wzdychając bezgłośnie. Pewnie chciał zacząć się tłumaczyć, jednak Aleks ponurym spojrzeniem kazał mu milczeć. – Poprzednim generałem Sił Specjalnych. Jesionem herbu Drzewo.

Z niemałą satysfakcją Aleks obserwował, jak ojciec opuszcza z rezygnacją głowę i przestaje się uśmiechać. Za jego plecami rozległ się metaliczny dźwięk. Gosia upuściła łyżkę.

- Naprawdę? – spytała, nie zwracając na to uwagi.

Ojciec wyszczerzył zęby.

- Zgadza się. Tatuś jest z ciebie dumny, Oleczku…

- Skończ z tym. Trzydzieści lat temu poświęciłeś miecz w walce, przez co straciłeś moce Wojownika i zwiałeś na Ziemię. Dlaczego?

- Skąd o tym wiesz? Tego nie powinno być w żadnych raportach.

- Odpowiedz – zażądał chłopak.

- Miałem wrócić do Czerwonego Miasta bez miecza? Ja? Generał? Chyba żartujesz – obruszył się ojciec. – To oczywiste, że wolałem…

- Zdezerterować – dokończył chłodno Aleks.

- Zginąć – poprawił go mężczyzna.

- Nie. Gdybyś umarł, nie mógłbyś mi dać guzików i w ogóle byś o tym nie pamiętał.

- Na jedno wychodzi.

- Nie na jedno. Jakbyś tam umarł, byłoby w porządku, ale tak nie jest!

- Dla nich w Zaświatach umarłem.

- Ale ja wiem, że tak nie było. I dowiedziałem się o tym po wojnie, po tym, kiedy najbardziej potrzebowałem wsparcia.

- Jak mogłem ci wtedy pomóc? Nie miałem miecza, nadal nie mam…

- Miecz nie jest wszystkim, do jasnej cholery!

- Brat, uspokój się – powiedziała Gosia, stawiając przed nim parujący talerz rosołu. – Tato, Olek ma rację. Mogłeś się na coś przydać.

Aleks odetchnął głęboko, by uspokoić oddech.

- Wiesz, że to Szmaragdowy Bluszcz mnie uczył? Twój adiutant.

Mężczyzna skinął głową.

- Wiem. Pan Heisui mi o wszystkim mówił. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak trudno było nie pisnąć ani słówkiem.

- Nie próbuj. Żadnych wymówek. Chcę znać powody.

- Straciłem miecz.

- I co z tego?

- Wolałem, żeby mnie uznali za zmarłego niż kalekę. Jarzębina by mnie wyrzuciła z domu.

- Kim jest Jarzębina? – wtrąciła się Gosia.

- Moją siostrą stryjeczną.

- Super. Mamy ciotkę – sarknął Aleks. – Ale nadal chcę wiedzieć, dlaczego nic nie powiedziałeś dla mnie.

- Tak było lepiej. Wszystko z troski…

- Och, serio? Wiesz, że to mój demon ostrzegł mnie przed tym, że mogę stracić miecz? Wiesz, że to ty powinieneś to zrobić? Przecież mogłeś.

- Tak, wiem. Przepraszam cię, synek.

- Dlaczego tego nie zrobiłeś?

- Co byś pomyślał o ojczulku, który zwiał?

- Nie starczyło ci odwagi, by się przyznać? – spytał ze zdumieniem. Pan Jesionowski pokiwał z ubolewaniem głową. – Tylko dlatego? Tylko dlatego pozwoliłeś mi prawie wysadzić się w powietrze własnym mieczem?

Mężczyzna westchnął.

- Drugim powodem było to, co by pomyśleli o tobie generałowie. Heisui powiedział mi też, że wielu podejrzewało, że tam nie zginąłem – wyjaśnił poważnie.

- A co mieliby pomyśleć?

- Prawo prawem, ale nie będą patrzyli na ciebie tak przychylnie, gdy dowiedzą się, że jesteś synem dezertera, a do mnie mają bardzo mieszane uczucia i tak.

- Białej Nocy jakoś to nie przeszkadza – mruknął chłopak, przechylając talerz, by wybrać z niego resztki zupy. Łyżka ojca z pluskiem wpadła w rosół.

- Powiedziałeś jej?

- Sama się domyśliła. – Aleks wzruszył ramionami.

Grabarz przetarł twarz dłonią.

- Synek, dam ci dobrą radę. Uważaj na nią. Jest sprawiedliwa i praworządna tylko, kiedy to jest jej na rękę, rozumiesz? Pod tą swoją maską ukrywa twarz intrygantki bez skrupułów. Nikt nie potrafi znajdować kruczków prawnych i naginać zasad na swoją korzyść tak dobrze jak ona.

Aleks machnął ręką.

- Z zasady nie mieszam się do polityki.

- Wiem, Oluś. Ale i tak na nią uważaj.

- Jasne.

Gosia postawiła przed nimi drugie danie: gołąbki w sosie pomidorowym, i przysiadła się do nich.

- To co się stało? – spytała. – Wtedy, jak straciłeś miecz.

- Właściwie to nie było nic wielkiego. Nie warte zachodu – powiedział grabarz.

- Przez to „nic wielkiego” zginął adiutant generała, a Gwiezdny Blask został przykuty do wózka inwalidzkiego – wytknął Aleks. – Więc?

- Na południu pojawiły się jakieś zmutowane demony, środek lata, upały, to się to tałatajstwo rozochociło i rozlazło. Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego Czerwcowy Wiatr z nami poszedł. Gwiezdny Blask się na to zgodził, jego sprawa, jego odpowiedzialność. Walka jak walka. Wiatr zginął, Blaskowi zmiażdżyło nogi, a ja zostałem bez miecza.

- To musiało być coś poważnego, skoro posłali generałów – zauważył Aleks.

- Ano tak. Mówiłem, że demony były jakieś zmutowane, ale nigdy wcześniej z niczym takim się nie spotkałem. Heisui twierdzi, że to były pierwsze próby Zdrajcy, by stworzyć potężnych.

Aleks zamyślił się.

- Ile tych demonów było? – spytał.

- Dwa.

- I… co ma do tego wszystkiego pan Heisui?

- Utrzymuje kontakt z Zaświatami, to mi powiedział, co ustalono po moim zniknięciu.

To brzmiało całkiem wiarygodnie. Potężni byli demonami, którym dano umysł podobny do ludzkiego i które posiadały miecze o takich samych właściwościach, co Wojownicy. Nikt nie wiedział, jak Zdrajca to osiągnął. Niektórzy podejrzewali, że to miało związek z niewyjaśnionymi zaginięciami Wojowników na krótko przed wojną, o czym poinformował chłopaka Szmaragdowy Bluszcz. Aleks wolał się nad tym nie zastanawiać. Walczył z dwoma Potężnymi – raz z Krukiem, kiedy wygrał tylko dlatego, że Bezimienny przejął kontrolę nad jego ciałem, a zwycięstwo zostało opłacone śmiercią Bluszcza. Drugim potężnym był Szakal, którego spotkał dwukrotnie.

Pierwszy raz miał miejsce, gdy razem z Półksiężycem odkrył na Ziemi laboratorium, w którym Zdrajca przeprowadzał doświadczenia na demonach. Aleks stanął naprzeciwko Szakala, by osłaniać Półksiężyca, który miał opowiedzieć o wszystkim generałom. Chłopak zginąłby wtedy, gdyby nie jego niewiarygodne szczęście. Szakal przeciął mu tętnicę udową i zostawił go tam, by się wykrwawił. Kiedy jeden z demonów służących za króliki doświadczalne, Bezimienny, zaproponował mu układ, chłopak przystał na jego warunki natychmiast, nie zważając na konsekwencje. To oczywiście był błąd.

Za drugim razem walczył z Potężnym jak równy z równym, ale kiedy zadał Szakalowi śmiertelne rany, darował mu życie. Nie dobił go nie przez złośliwość, jak to zrobił demon, ale po prostu nie był w stanie. Potężni byli rozumnymi istotami z wyglądu łudząco przypominającymi ludzi. Aleks nie potrafił go zabić, kiedy ten leżał na ziemi. Może pozostawienie go było okrutnym wyjściem, ale nie mógł zmusić się do zadania mu ostatecznego ciosu. Zresztą, wtedy nie miał na to czasu.

Z perspektywy czasu Aleks uznał, że wszystkie trzy spotkania przeżył tylko dzięki Bezimiennemu. Oczywiście wiele mu brakowało do siły i opanowania generałów, ale nie dziwił się, że dwóch Potężnych sprawiło aż tyle problemów, że jego ojciec był zmuszony sięgnąć po tak drastyczne środki jak poświęcenie miecza. Poza tym gotów był zaakceptować to wyjaśnienie, by mieć wreszcie spokój z tą sprawą.

- To, Aleks, jak tam ci się żyje? – odezwała się Gosia.

Na początku pomyślał, że pytała tylko, by przerwać milczenie, ale nie, rzeczywiście była zainteresowana. To naturalne, że ciekawiło ją życie w świecie jak z pięknego obrazu angielskiego malarza. Aleks opowiadał, nie szczędząc szczegółów. Ojciec się nie wtrącał, akceptując to, że chłopak miał do niego żal i nieprędko o tym zapomni.

Kiedy Gosia wstała, by pozbierać talerze i pokroić kruchy placek ze śliwkami, zdecydował się odezwać.

- Słuchaj, synuś. Żeby nie było, że coś jeszcze przed tobą ukrywam. Jarzębina nie była Wojownikiem, za to udała się w twojego dziadka. Zasłynęła z rusznikarstwa. Poleciłbym ci ją odwiedzić, poznać ją, w końcu to twoja ciotka, dobrze by było, gdybyś tam miał kogoś poza armią. Rozumiesz, rodzinę. Tylko że z tym będzie pewien problem.

- Tak, wiem, interesy na czarnym rynku.

Ojciec skrzywił się w prawie-uśmiechu.

- Ile o tym wiesz?

- To, że straciła licencję na produkcję broni i… chyba tylko to. – Zganił się w myślach, że przerwał wcześniej mężczyźnie.

- Skąd? – Grabarz wyraźnie pytał z ciekawości.

- Pan Słowik mi powiedział.

- Jaki Słowik?

- Kryształowy Słowik, adiutant Bursztynowego Płomienia.

- Jego braciszek został adiutantem? – Aleks przytaknął. – O, proszę. W każdym bądź razie, stracili licencję, to i tak mało powiedziane. Z tego, co wiem, kiedy Biała Noc zagroziła jej również odebraniem herbu, Jarzębina posprzedawała włości, wykupiła incognito trochę kamienic w różnych miastach, nie tylko w Pierwszym Księstwie i nad Morzem Wschodnim, ale co po całej Krainie Zachodnich Wzgórz, w każdej większej metropolii, a reszta pieniędzy… cóż.

- Co zrobiła? – Aleks nachylił się do niego.

- Najpierw obiecaj, Oluś, że nie piśniesz ani słówka na ten temat nikomu, zwłaszcza Białej Nocy. Ani słówka, rozumiesz? W ogóle nie powinienem ci tego mówić…

- Dlaczego miałbym ją w to mieszać? – zdziwił się chłopak.

- Ona sama będzie próbowała się wtrącić, jak ją znam. Wiem, że jesteś rozsądny chłopczyk, ale rozumiesz, tu nie o mnie chodzi.

- Oczywiście, że nikomu nie powiem.

- Na pewno?

- Tato! Zresztą, cokolwiek to jest, naprawdę sądzisz, że Noc o tym nie wie.

- Zapamiętaj, Oluś, ostrożność przede wszystkim.

- Bez przesady, nie planujemy tu zamachu stanu, a ciotka chyba nie jest najbardziej poszukiwanym przestępcą, nie?

Ojciec milczał, patrząc na niego wymownie.

- Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że jest? Tato?

- Przejdźmy może do salony…?

- Hej, ja też chcę wiedzieć – oburzyła się Gosia, odwracając się od zlewu.

Pan Jesionowski uniósł ręce, ustępując.

- Jarzębina straciła przywileje, nie mogła produkować broni legalnie, interes oficjalnie upadł (a mówię ci, synek, nikt nie potrafił produkować takich cudeniek), to zaczęła działać na czarnym rynku, w ogóle się z tym nie kryła. Właściwie już wcześniej zdarzyło nam się sprzedać pistolet czy dwa bez zezwolenie, ale na to się przymykało oko, skoro Ród Księżyca i Gwiazdy brał od nas karabiny dla swoich prywatnych oddziałów i służb porządkowych za pół darmo. Teraz ta lewa produkcja działa pełną parą. Dosłownie, bo już wcześniej siostrzyczka marzyła o maszynie parowej do napędzania miechów i takich tam.

- Więc ciotka sprzedała wszystko, co miała, by zbudować nową fabrykę?

- To niby tylko plotki, ale ja tam w nie wierzę. Po paru latach zaczęła pojawiać się broń bez sygnaturki, za to wykonana nieznanymi dotąd metodami. Ludzie podobno dają trzy do pięciu razy więcej i nie pytają o nic, byleby dostać w ręce te arcydzieła. Dla Białej Nocy to jak sól w oku, ale kompletnie nic nie może z tym zrobić. Broń pojawia się nie wiadomo skąd.

- Jak to nie? Przecież taką fabrykę trudno ukryć, to musi zwracać uwagę.

- Widziałeś kiedyś mapę Zaświatów, Oleczku? To mi powiedz, co znajdziesz między Wschodnim Morzem a Krańcowymi Stepami?

- Puszczę?

- Dużą puszczę. Nieprzebytą puszczę. Niezamieszkałą puszczę.

Chłopak parsknął z powątpiewaniem.

- To niemożliwe.

- A dlaczego nie?

- Chcesz powiedzieć, że twoja kuzynka po utraceniu licencji, w ogóle z popsutą reputacją i tak dalej zdołała wyprzedać wszystko, co miała, tylko po to, by niezauważona przez nikogo wybudować fabrykę opartą na technologii, która w Zaświatach wciąż nie jest używana na co dzień?

- Po pierwsze, żeby zepsuć reputację Rodowi Szóstego Drzewa, potrzeba czegoś więcej niż jednego dokumentu czy jego braku. Od ponad pięciuset lat jesteśmy najlepszymi rusznikarzami Krainy Zachodnich Wzgórz. Po drugie podczas gdy ja byłem generałem, mój ojciec i córka jego brata, oby odrodził się szczęśliwie, zajmowali się rodzinnym interesem i przygotowywali się na taką możliwość. Plany powstały, wystarczyło tylko je wykonać.

- To nie może być takie proste! Ona nie mogła po prostu zebrać forsy i ot tak zbudować fabryki. – Pstryknął palcami.

- Tak jak ja nie mogłem ot tak przenieść się na Drugi Świat i zostać grabarzem. Mamy do tego talent. W każdym razie, wiem, że Biała Noc próbowała odebrać Jarzębinie jeszcze tytuł szlachecki i herb, ale nie mogła.

- Dlaczego?

- Przede wszystkim w Zaświatach jest prawo, że wyrok tego typu można wydać tylko w obecności winnego, a Jarzębina przepadła jak kamień w wodę. Zresztą może i wszyscy wiedzą, że to ona produkuje broń, ale nikt jej tego nie udowodni. Z tego, co słyszałem, naprawdę nieźle zorganizowała sobie to wszystko.

- Świetnie – westchnął Aleks. Trudno było mu uwierzyć w to, co słyszał, ale póki co nie wiedział niczego więcej.

- W każdym razie, Oluś, teraz wiesz, jaka jest sytuacja. Sam zdecydujesz, czy chcesz poznać rodzinkę.

- Jak to sobie wyobrażasz? Odnalezienie tej fabryki w środku puszczy. Jak mam się tam dostać?

- Nie wiem, jak tobie, ale mi dotarcie do Niebezpiecznych Wód na Północy Rozmyciem zajmowało ze trzy kwadranse z odpoczynkami.

Aleks machnął na to ręką. Póki co nie wybierał się do ciotki w odwiedziny.

- Ostatnie pytanie – odezwał się poważnie. – Po co te całe podchody? Nie mogłeś mi powiedzieć od razu, przed pogrzebem?

- Nie chciałem, żebyś zniechęcił się do tak prestiżowego tytułu, jak adiutant generała Lotnych, przez rodzinne zatargi z Białą Nocą – odparł lekceważąco mężczyzna.

- Niech ci będzie. A nie mogłeś tego napisać w liście?

- Jakby twój ordynans to przeczytał, następnego dnia stare dobre Czerwone Miasto kipiałoby od plotek.

- Nie jestem aż takim idiotą, by to komukolwiek pokazywać! Może choć trochę wiary we własnego syna, co?

- Oj tam, zdarza się.

Fakt. Już się zdarzyło – Noc widziała guziki.

- I naprawdę nie przyszło ci do głowy, że same guziki nie wystarczą, by się wszystkiego domyślić?

Pan Jesionowski popatrzył na niego z politowaniem.

- Pójdziesz do głównego magazynu, w dziale umundurowania od ręki dostaniesz tuzin. Prędzej by zaczęli gadać, że próbujesz się podszyć pod generała.

Aleks wzruszył ramionami. Nie miał siły ciągnąć tej rozmowy i póki co skończyły mu się pytania. Postanowił wykorzystać resztkę popołudnia na relaks w domowym zaciszu, na ile to było możliwe.

Niedzielę spędził na wertowaniu książek w bibliotece przyległej do kasyna oficerskiego. Znalazł „Historię szlachty i książąt Krainy Zachodnich Wzgórz”, ale treść książki była bardzo ogólnikowa i zawierała bardzo niewiele informacji na temat zdarzeń z ostatniego wieku. Fakt, dla niego to była historia, ale większość mieszkańców Zaświatów doskonale pamiętała te zdarzenia.

Domysły na temat Jarzębiny nie dawały mu spokoju. Suche fakty niewiele o niej mówiły, zresztą wszystko brzmiało inaczej, opowiedziane mu przez ojca, niż przez Słowika. W dodatku chłopak nie mógł odeprzeć wrażenia, że ten drugi był dużo bardziej obiektywny, wiarygodny, a przede wszystkim lepiej poinformowany.

W poniedziałek Noc jak zwykle udała się na spotkanie generałów, więc Aleks mógł dalej rozmyślać nad tym problemem, rutynowo wykonując swoją pracę. Kiedy generał wróciła, odebrała od niego streszczenie raportów i znikła w swoim gabinecie, nie przeszkadzając mu. Sielanka oczywiście nie mogła trwać zbyt długo.

- Obrońco Ludzi – rozległo się zza drzwi i chłopak już wiedział, że zrobił coś nie tak.

Kiedy stanął przed biurkiem Nocy, ta przesunęła w jego stronę kartkę, którą rozpoznał jako podsumowanie wydatków z ostatniego miesiąca.

- Pomyliłeś się w obliczeniach – oświadczyła Noc.

Pochylił się nad kartką, marszcząc brwi.

- Rzeczywiście. Głupi błąd, przepraszam.

Skinęła głową, akceptując jego przeprosiny. Zanim chłopak odwrócił się do wyjścia, powiedziała:

- Ufam, że twoja wizyta w domu była satysfakcjonująca?

- Tak, dzię… - Aleks urwał, kiedy dotarło do niego, że to Biała Noc zadała to pytanie. – Dlaczego pytasz?

Kobieta oparła łokcie o blat i splotła palce.

- Usiądź.

Czyli szykuje się trzecia wersja historii, świetnie. Jakby dwóch mu było mało. Kiedy opadł na krzesło, kobieta powiedziała spokojnie:

- Wielu ludzi, zwłaszcza z wyższych sfer, żywo interesuje się losem Rodu Szóstego Drzewa.

- Dlaczego? – wyrwało się chłopakowi.

- Zyskali reputację nie tylko dzięki produkcji broni. Dużo udzielali się na wiecach i poza nimi i choć nie mieli specjalnych przywilejów czy władzy większej od innych rodów szlacheckich, z ich opinią się liczono. Ród Szóstego Drzewa był bogaty, w dodatku produkował broń palną używaną w większości prywatnych oddziałów i w straży miejskiej, a nawet w armii, więc zarówno generałom, jak i arystokracji zależało na dobrych stosunkach. Dlatego często przymykano oko na drobne interesy na czarnym rynku, jak i różne ekscentryczności jego członków. Mówiąc wprost, kto cieszył się ich sympatią, miał najlepszą broń w Krainie Zachodnich Wzgórz.

- Ale po co? W Zaświatach ludzie ze sobą nie walczą – zauważył Aleks.

- Oddziały te mają charakter prewencyjny, a zadaniem straży miejskiej jest utrzymanie porządku w miastach należących do danego księstwa, głównie walka z przestępczością. Zwykli ludzie dużo bardziej cenią władcę, jeśli są przekonani, że ten nie oszczędza na ich bezpieczeństwie. – Aleks mógł tylko pokiwać głową. – Około trzydziestu pięciu lat temu Ród Szóstego Drzewa zaczął bardzo wyraźnie nadużywać swoje przywileje. Pokrótce nie wywiązywał się ze swoich obowiązków, w tym z poboru podatków czy utrzymania traktów w dobrym stanie. Po zniknięciu generała Jesiona jego kuzynka Jarzębina, która do tej pory rządziła w jego imieniu, przejęła tytuł głowy rodu. Wkrótce przestała się kryć z nielegalnymi transakcjami, niemalże się nimi afiszując.

- W jakim sensie nielegalnymi? Ciągle to słyszę.

- W Pierwszym Księstwie panuje bardzo surowe prawo dotyczące broni palnej. Zanim będzie można dokonać zakupu, należy postarać się o pozwolenie, które nie jest łatwo uzyskać. Jarzębina sprzedawała broń osobom nieposiadającym pozwolenia, dodatkowo sprowadzała surowce ze wschodu, zza Gór Granicznych, unikając podatków na wszelkie możliwe sposoby. Po kilku latach takiej działalności zalegała z niebagatelną sumą. Sam rozumiesz, że nie mogłam mieć dla niej względów, gdy było oczywiste, że złamała prawo.

- Ty?

- Sprawuję najwyższą władzę w Pierwszym Księstwie, to należy do moich obowiązków.

- I co zrobiłaś?

- Odebrałam jej licencję na produkcję i sprzedaż broni, jak nakazuje prawo.

- Czy ona przez to nie zaczęła przypadkiem sprzedawać jeszcze więcej broni na lewo?

- Przyznaję, że w tej sytuacji niemożliwością było pogodzić prawo z dobrym interesem księstwa.

Aleks zamyślił się. Noc pewnie była na siebie wściekła, że przysięga zmusiła ją do wybrania niekorzystnej opcji.

- Jarzębina po tym znikła?

- Wyprzedała cały majątek i razem z domownikami przeniosła się tam, gdzie nikt jej nie będzie nękał. Wiesz może, co to za miejsce?

Aleks zacisnął usta, co Noc dostrzegła.

- Nie wymagam, byś stawiał szczerość wobec mnie nad lojalność wobec rodziny. Liczyłam, że dzięki temu rozmowa potoczy się szybciej, choć nie sądzę, by generał w stanie spoczynku Jesion był na ten temat lepiej poinformowany ode mnie.

- Nie jest – zapewnił natychmiast chłopak.

Noc wstała i podeszła do regału po swojej lewej ręce. Otworzyła drzwiczki szafki umieszczonej nad ziemią i wyjęła zwiniętą mapę. Korzystając z chwili przerwy, Aleks spytał:

- Dlaczego mi to mówisz?

Kobieta rzuciła mu uspokajające spojrzenie, ale nie odpowiedziała.

- Od ponad dwudziestu lat w różnych miastach pojawiają się pistolety wykonywane dużo precyzyjniej i solidniej niż dzieła licencjonowanych rusznikarzy – ciągnęła. – Nie są sygnowane.

- Wiem, pan Słowik mi mówił.

- Na podstawie skonfiskowanej broni rzeczoznawcy stwierdzili, że jej produkcja wymaga siły i powtarzalności, jakiej nigdy nie osiągną ludzkie dłonie, za to umożliwi to maszyna. Podejrzewam, że Jarzębina wykorzystuje nowatorski silnik parowy, by napędzać przynajmniej część fabryki. – Tego Kryształowy Słowik nie powiedział. Ojciec tak. – Z pomocą Szrona i innych ptaków zawęziłam obszar, gdzie się ona znajduje, do kilkuset łanów. To nadal jest bardzo niedokładna lokalizacja.

- Noc – przerwał jej chłopak, kiedy dotarło do niego, do czego kobieta zmierza. – Czy ty chcesz, żebym odnalazł ciotkę, żeby ci pokazać, gdzie ona mieszka, żebyś mogła ją postawić przed sąem?

- Nie. – Oczywiście, że by się nie przyznała.

- Na pewno?

- Obrońco Ludzi, jako cywilizowane osoby nie rozwiązujemy takich spraw brutalną siłą, ale słowami. Przyznaję, że zależy mi na nawiązaniu z nią kontaktu dzięki tobie, gdyż wszystkie inne próby skontaktowania się z nią zawiodły. Jej klienci nie rozmawiają z osobami, które kiedykolwiek były w Leśnym Dworze, tylko z dobrze opłacanymi najemnikami…

- Chwila, Leśny Dwór?

- Fabrykę wybudowano przy niewielkiej osadzie w Odwiecznej Puszczy, gdzie nie przebiegają żadne trakty. – Wskazała obszar na mapie na północ od Krańcowych Stepów, rzeczywiście z dala od zamieszkałych terenów.

- Jak?

- Ptaki wypatrzyły słup białego dymu, który jest nieodmiennie związany z maszynami parowymi, oraz różne zabudowania, jak i gospodarstwo rolne.

- Jesteś pewna, że to to?

- Nikt inny nie miał powodu ani środków, by zbudować fabrykę w takim miejscu. Poza tym las zapewnia im samowystarczalność, a dodatkowo materiał opałowy.

- No tak. Więc czego ode mnie chcesz?

- Nie stawiam ci żadnych żądań.

- Więc to jest prośba? Wydawało mi się, że jesteś przekonana, że zamierzam odszukać ciotkę.

- Czyżbyś nie zamierzał?

Chłopak zmieszał się.

- Nie będę miał przez to żadnych problemów? Naprawdę polityka mnie nie interesuje, po prostu chcę poznać rodzinę – przyznał.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Jestem skłonna to ułatwić, jeśli zgodzisz się posłużyć za posłańca.

- Chcesz, żebym zaniósł do niej wiadomość od ciebie? Ale dlaczego nie może tego zrobić Posłaniec?

- Ta sprawa nie dotyczy armii i nie mam prawa do tego mieszać innej dywizji. Zwracam się do ciebie całkowicie prywatnie.

- A jak niby mam się tam dostać?

- Ufam, że taka podróż Rozmyciem nie sprawi ci problemów? – To samo powiedział ojciec.

- Nie. Tobie też nie powinna.

- To inna kwestia. Liczę również na to, że Jarzębina uznaje odwieczny zwyczaj, by nie krzywdzić posłańca, a wasze pokrewieństwo również powinno zapewnić ci ochronę.


- Cudownie. Chcesz, żebym zaniósł wiadomość, która jej się nie spodoba, do miejsca, gdzie spotkam kilkuset nieprzyjaznych i uzbrojonych po zęby ludzi. Jasne, nie ma sprawy.

- Ironia jest zbędna. Nie zależy mi na ciągnięciu tego sporu, jednak nie mogę poręczyć za bezkonfliktowe nastawienie Jarzębiny.

- Czyli ona, krótko mówiąc, cię nienawidzi?

- Niezupełnie. Członkowie Rodu Szóstego Drzewa słynęli z dość wybuchowego charakteru. Nie jestem w stanie przewidzieć jej reakcji. W każdym razie nie chcę cię narażać na konflikt z rodziną czy nieprzyjemności ze strony Jarzębiny. Tylko jeśli przyjmie cię godnie przy pierwszej wizycie, zdecyduję się na powierzenie ci listu, który, zapewniam cię, ma na celu ugodę, a nie dalszy spór.

- A jeśli się nie zgodzę?

- Ufam, że dzięki moim wyjaśnieniom zdołasz skupić się na pracy i przestaniesz o tym rozmyślać w czasie służby.

Noc miała rację, nie miał już o czym rozmyślać. Noc zawsze miała rację i do chłopaka powoli docierało, że nie ma jak jej odmówić, nawet gdyby chciał.

~*~

Kolejny rozdział: 20

Previous 10